czwartek, 26 lipca 2018

"Content - elementarna cząstka marketingu. Kompletny przewodnik do content marketingu" Rebecca Lieb i Jaimy Szymański

Liczba stron: 288

Reklamy wyświetlane w otoczeniu wartościowej treści są o 42 procent bardziej efektywne. Ekspozycja reklamy w otoczeniu contentu premium sprawia, że staje się ona bardziej widoczna. Bardziej oznacza 52 procent. To naprawdę wiele w obliczu ślepoty banerowej, na którą cierpi współczesny użytkownik Internetu. Mniej niż 1 procent ludzi klika w banery. Przykłady na to,  że życie współczesnego marketera jest trudne można mnożyć. Tylko... Co można z tym zrobić? 

Odpowiedź na tak naiwnie zadane pytanie jest prosta i równie naiwna. Ludzie chcą kupować to co im się przyda, zaciekawi ich bądź zdumi. I takie powinny być reklamy. Gdy zobaczymy baner o treści - kup buty: kliknij. Co zrobimy? Nic, bo najpewniej go nie zauważymy. Współczesny użytkownik Internetu chce czytać teksty eksperckie, odpowiadające na coraz bardziej zaawansowane i skomplikowane pytania. Content marketing wie, o co pytają ludzie w Internecie i śpieszy z odpowiedzią, jednocześnie podsuwając gotowe produkty.
 "Content - elementarna cząstka marketingu. Kompletny przewodnik do content marketingu" jest to książka dla specjalistów marketerów, nie zaś dla osób, które zajmują się pisaniem contentu. Nie do końca rozumiem głosy osób, które 'NIE SPODZIEWAŁY SIĘ, MYŚLAŁY, ŻE DOWIEDZĄ SIĘ JAK PISAĆ BLOGASKA'. No nie, jest to kompendium wiedzy teoretycznej o tym jak działać i w ogóle dlaczego działać. Dlaczego nie poprzestać na reklamach w telewizji - na to pytanie odpowiada ""Content - elementarna cząstka marketingu". Ciekawym zagadnieniem, do którego wcześniej nie przywiązywałam uwagi, jest strategia contentowa. Nigdy do tej pory nie tworzyłam w mojej pracy czegoś takiego i content był zwykle robiony na bieżąco. Zgadzam się jednak z argumentami autorów, że ze strategią jest po prostu łatwiej. Ogólnie jestem bardzo za tym, by nim zaczniemy działać, chociaż w kilku słowach skonstruować swoją strategię. Często można spotkać się z problemem, że działamy, ale w sumie nie wiemy po co, a gdzie się firma/blog/cokolwiek znajdzie za 5 lat - los pokaże. Przy całym swoim profesjonalizmie książka jest po prostu przystępna, napisana bez lania wody, zawiera sporo ilustracji, tabel, wykresów, diagramów, które ułatwiają przyswajanie wiedzy. Nie ma mówienia dla samego mówienia, chociaż zauważyłam, że we słowa wstępu zostały powtórzone w późniejszym rozdziale (dziwne).Jest to zdecydowanie najlepsza, najbardziej wszechstronna książka o contencie, którą do tej pory czytałam. Nie jest nudna, nie jest przesadzona, opisuje tylko to, co istotne, podaje przykłady udanych kampanii content marketingowych. Problem ujęty został kompleksowo. Jestem bardzo zadowolona!Bardzo polecam specjalistom, juniorom, managerom i pasjonatom 

sobota, 14 lipca 2018

Filmowo #6


„Absolwent”
Młody chłopak –Benjamin nie ma pomysłu na dalsze życie po studiach. Nieoczekiwanie w romans wciąga go dużo starsza od niego pani Robinson.
Film kultowy, wielokrotnie nominowany do Oscara, koniec końców nagrodzony jedną statuetką. I tak naprawdę to nie wiem za co. Nie wiem zupełnie, co reżyser chciał powiedzieć i czy w ogóle cokolwiek chciał mówić. Może ja uparcie doszukuje się jakiegoś drugiego dna, a to po prostu historia niezwykłego romansu? Może to po prostu banalna historia kobiety w średnim wieku, która chce sobie udowodnić, że wciąż jest atrakcyjna i wykorzystuje w tym celu naiwnego chłopca. Tylko jaką rolę odegrała w tym jej córka? Co reżyser miał na myśli wprowadzając te postać. A raczej tę piękną kukłę, bo ekranowa Elaine jest tylko urodziwa. Stoi i jest kukłą bez charakteru, czy portretu psychologicznego.
Ale to nie jest zły film. Wykonanie jest genialne. Długie ujęcia, młody Dustin Hoffman i muzyka, która towarzyszyć mi będzie jeszcze długo. Ale nic poza tym. Dobry dramat obyczajowy z elementami groteski. 6/10

 

„Wybuchowa para”

Film, którego jedyną wartością jest umięśniona klatka piersiowa Toma Cruza i seksowne ciało w bikini Cameron Diaz. Momentami było nawet zabawnie. 3/10

 

„666 Park Avenue
 „666…” to taki soft horror. Z mroczną atmosferą. Mamy stary budynek z tajemniczymi przejściami i ukrytymi schodami, mamy duchy, zjawy, wizje, tajemniczą sektę, a to wszystko buduje tajemniczy i niepowtarzalny klimat. Aktorzy zostali świetnie dobrani, a muzyka wzmagała te delikatną grozę towarzyszącą oglądaniu odcinków. Podkreślę jeszcze genialną rolę Terry’ego O'Quinn’a (znanego z Lost). Wspaniale wykreował postać enigmatycznego właściciela Drake’a. Przez długi czas pozostaje niezdefiniowany pod względem moralnym, a jego pojawienie się na ekranie wywołuje dreszcz. Żałuję, że serial został anulowany. Najważniejsze wątki zostały domknięte, choć bardzo topornie. Ale drobniejsze wątki pozostały bez wyjaśnienia. Ostatnie epizody zostaną wyemitowane podobno w te wakacje, co bardzo mnie cieszy. Może wówczas wszystko zakończy się z klasą. 7/10

„Alcatraz”
Kolejny anulowany serial, który zaczęłam oglądać. Podoba mi się klaustrofobiczna atmosfera. Jest lekko mroczny, tajemnice nakładają się na siebie, a rozwiązanie zagadki powracających skazańców, popełniających morderstwa, nurtuje i przyciąga do dalszego oglądania serialu.
W większości gra aktorska mi się podoba. Nie odpowiadają mi tylko typowo amerykańskie zagrywki. Głowna bohaterka – seksowna blondynka, naturalnie sierota (widz musi jej współczuć i podziwiać, że kobieta bez rodziców tyle osiągnęła!), robi groźną minę, podczas scen w deszczu, uzewnętrzniania się pomiędzy rozwiązywaniem różnorakich spraw kryminalnych. Może jestem przeczulona, ale odrzuca mnie to.  Do tego serial po prostu jest nijaki. Nie wzbudza wielkich emocji. Autorzy lecą schematem i właściwie nie ma w sobie nic zaskakującego. Ogólnie na plus 5/10

niedziela, 1 lipca 2018

Żarcik i inne (bardzo różne) opowiadania - Antoni Czechow

Mam wrażenie, że Czechow lepiej realizuje się w dramatach. Dramaty, mimo że jednostajne, to mięsiste są od metafor. Z kolei opowiadania w książce „Żarciki”, choć ładne, to jednak jakieś takie niepogłębione, ledwie naszkicowane zostały, jakby były szkieletem, bez mięśni, tkanek, życia.

I to nie tak, że to opowiadania są złe, źle napisane, czy też nieciekawe. Pochłonęłam ją w czasie jednej podróży pociągiem, tak mnie wciągnęły! Ale było to jak patrzenie na nieistniejący świat, fantastykę niemalże. Bo choć emocje i zachowania, były bardzo realne i przystające do aktualności, to świat przedstawiony był obcy, zupełnie nie rozumiem Rosji początku wieku XX, jest dla mnie tworem niema egzotycznym i przez tę egzotykę nie potrafię dostrzec uniwersalności.

Czy „Żarciki” są zabawne? To zależy od poczucia humoru. Jeśli lubicie mroczny, przewrotny żart, mający na celu ocenianie postaw i zachowań innych, to tak, polubicie się z Czechowem. Wyśmiewa wady, jest bezlitosny dla ludzkich słabości, obnaża fałsz i obłudę, nie zostawiając suchej nitki na pozornie idealnych obywatelach. Jeśli Czechow stosuje żart, to tylko taki który wywołuje gorzkie parsknięcie, a nie radosny wybór wesołości. Porusza problematykę chociażby: małżeństw dla pieniędzy, czy też nepotyzmu oraz korupcji, z którą zmagała się Rosja w ówczesnym czasie. Ten zbiór opowiadań daje wgląd w tamtą epokę i wyjaśnia sytuację, z którymi musieli się zmagać Rosjanie. Tym samym publikacja ta jest także dobrym dokumentem historycznym.

„Żarciki” są przede wszystkim krytyką społeczną. W dalszej kolejności wszystkim innym. Język tekstu jest idealny. Bardzo wyważony, dozujący emocje, jasno stający po stronie konkretnej jednostki. To narrator mówi, co uważa za dobre, a co za godne pogardy. Bardzo podobały mi się opisy – nie występowały za często, ale gdy się pojawiały to były bardzo sugestywne. Przykładem był opis świecznika przedstawiającego nieobyczajną scenę.

Wydanie jest staranne jak każda publikacja wydawnictwa MG.

„Żarciki” to dobra książka, jednak nie zachwyca. Trudno odmówić Czechowowi bystrości spojrzenia, ale jednocześnie brak temu spojrzeniu świeżości. Niewiele odkrył, a jest w nim pewnego rodzaju gorycz. Jeśli lubicie gorzkie spojrzenie na świat, ludzi i życie – to coś dla Was. Jeśli wolicie patrzyć na zły świat z czułością, będziecie zirytowani tym, że Czechow nie dostrzega w ludziach dobra. Tylko zło.

niedziela, 10 czerwca 2018

Moje serce, mój wróg - Steiger A.J.

Bukowy las 
Liczba stron: 368

Myślałam, że na świecie nie istnieje powieść dla młodzieży, która mogłaby mi się podobać. Myślałam tak do czasu, aż nie sięgnęłam po powieść A. J. Steiger. Ta książka nie tylko porusza ważny temat, przybliża życie osób, które dotychczas były dla mnie zagadką, ale również jest przewrotnie napisanym romansem z nieoczywistym zakończeniem.

„Moje serce, mój wróg” opowiada historię uczucia rodzącego się między Alvie, która ma problem z dostowaniem się do społeczeństwa ze Stanleyem, który jest chory na nieuleczalną chorobę.

Główna bohaterka ma zespół Aspergera. Niby coś tam wiedziałam o tej chorobie, lecz tak naprawdę nie miałam pojęcia jakimi drogami chadzają myśli ludzi z tą chorobą. Dzięki „Moje serce, mój wróg” weszłam do głowy takiej niesamowitej osoby jak Alvie. Wciąż jej nie rozumiem, ale tak naprawdę czy trzeba wszystko rozumieć? Nie wystarczy akceptować i starać się poznać? Ja tak robię. Ja Alvie polubiłam w całej jej niezwykłości. W tym, że jest taka niedostosowana społecznie, w tym że kocha fizykę i uwielbia seriale fantasy. Nie rozumiałam wszystkich jej zachowań, ale nie ma to znaczenia. Jest świetna! Inteligenta, nieprzystosowana, genialna, deprymująca – taka jest Alvie.
Fantastyczne w tej książce jest to spotkanie się z czymś, co jest dziwne, nieznane, dla niektórych nienormalne. „Moje serce, mój wróg” oswaja inność, jednocześnie jej nie spłycając. To niesamowita umiejętność, która wymaga wrażliwości.

W książce tej jest wiele romansu – wszak chłopak, z problemami i to poważnymi, pojawia się na białym koniu (czy też o białej lasce) i układa Alvie życie. Z jednej stronie jest to powieść o wyobcowanych ludziach z problemami, którzy spotykają się w pewnym momencie  życia i postanawiają dzielić ze sobą samotność. Trudno jednak zaprzeczyć, że to Alvie jest tą gorzej przystosowaną, tą która wymaga pomocy i nie radzi sobie.

Problemy dotyczące rodziców zostały pokazane lekko pretensjonalnie, niemniej pasuje do treści i prowadzonej narracji. Ten problem został pokazany dość naiwnie, w przeciwieństwie do problemu zwierząt trzymanych w zoo. Pisarka, za sprawą przemyśleń protagonistki, przybliżyła uczucia towarzyszące zwierzętom trzymanym w klatkach, ich problemy psychologiczne, wzrastający poziom frustracji.

Fabuła nie jest szczególnie dynamiczna, ale dzięki temu po prostu poznałam Alvie i Stanleya. Ich postacie zostały doskonale nakreślone, a brak szczególnych wydarzeń i nieprzesadny dramatyzm sprawia, że to wszystko jest takie prawdziwe w swojej niezwykłości.

Nie dajcie się zwieść źle brzmiącemu tytułowi. Jest to cytat z książki „Wodnikowe wzgórze” i ma dużo głębsze znaczenie niż na pierwszy rzut oka można myśleć. Dlatego warto sięgnąć po tę książkę, nawet jeśli zwykle nie czytacie książek o tytule takim jak ten. Język jest prosty, a jednocześnie w łatwy sposób tłumaczy często zawiłe fizyczne problemy.

Zachęcam do zapoznania się nawet sceptyków – warto. 8/10

środa, 2 maja 2018

Hrabina Cosel - Józef Ignacy Kraszewski

Liczba stron: 200
Wydawnictwo MG



Hrabina Cosel” jest powieścią o intrygach. Nie ma w nich wyrafinowania, bynajmniej. Są to intrygi na polskim dworze, wynikające ze złej, małostkowej, podłej natury ludzi wówczas żyjących. Co tu dużo mówić. Są one siermiężne i łatwe do rozwikłania. Czy to źle? Czy wynika to z błędu pisarskiego? Absolutnie nie. Józef Ignacy Kraszewski daje lustro – nam Polakom, aktualne nawet teraz, zadając niemo pytanie, jak kraj ma funkcjonować, skoro jesteśmy do tego stopnia zdeprawowani i pozbawieni finezji? Nawet jeśli intrygujemy, to jest to tak przaśne, że wręcz żałosne...

Książka opisuje historię miłości Anny von Hoym i Augusta II Mocnego. Ona była żoną ministra skarbu, nieszczęśliwą w małżeństwie, została ukryta na wsi przez zaborczego męża. On był królem Polski i elektorem saskim, a o jego miłosnych podbojach krążą legendy. Ponoć miał ponad 300 nieślubnych dzieci. Piękna Anna zawróciła mu jednak w głowie na dłużej, czcił ją jak boginie. Cosel, jak twierdzi Krasiński, zbyt była dumna i szlachetna, by zostać po prostu kochanką (ja twierdzę, że zbyt była przezorna i perfidna), dlatego wymusiła na królu dokument, który czynił ją oficjalną konkubiną i żoną po śmierci królowej.

Jaka była Anna von Hoym, powszechniej znana jako hrabina Cosel? Narrator pragnie nas przekonać, że była to kobieta próżna, acz o woli nieugiętej i szlachetnym sercu. Czy można mu wierzyć? O to trudno, bo widząc szaleńczą radość i wykorzystywanie swojej pozycji, czułam nie tyle złość, ale współczucie. Ja hrabinie Cosel współczuję. Nie trzeba mieć tęgiej głowy, by wiedzieć, że główna bohaterka trzymając głowę zadartą wysoko, nie dostrzegła, że tanecznym krokiem dąży wprost do katastrofy. Walczyła o serce Augusta, jakby nie dostrzegając, że jego serce funta kułaków warte nie jest, a tym bardziej słowo. August był kimś w rodzaju trefnisia, w ogóle nie zwracający uwagi na to, co się dzieje w Polsce ani na świecie. Wszystko po nim spływało, ważne by uczty były wystawne, a kobiety wokół piękne. Był przykładem władcy strasznego, gdyż bezmyślnego i nieustannie szukającego rozrywki.

Nie potrafię powiedzieć, czy Cosel go kochała. Owszem był przystojny i czarujący, ale czy można kochać mężczyznę, który jest bałamutnikiem i się tym szczyci? A może Cosel zaakceptowała ten fakt i postanowiła, że wyciągnie z tego związku to, co może, nie przejmując się ani jego zdradami, ani kłamstwami...? Jakoś nie potrafię uwierzyć w szczere oddanie, bardziej w przebiegłą obłudę i szaleńczą potrzeb ocalenia swojego honoru – wszak nikt nie lubi być fraszką jedynie, nawet fraszką króla. Co nie znaczy, że Anny nie da się lubić. Jest niczym urocze dziecko – labilne, roześmiane, emocjonalne, próże, dumne, irytujące.

Ale nie tylko o miłość się tutaj rozchodzi! Ale też o kraj, o władzę, o Polskę – jest to wszystko obecne w tej książce, ale zdaje się jakby nie było istotne. Bo w gruncie rzeczy... nie było. Została przedstawiona perspektywa Augusta II Mocnego, który miał inne priorytety. Kraszewski doskonale to oddał. Książka, mimo wstawek historycznych, opisujących ówczesną sytuację, nie jest ani trochę nudna. Jest ich wystarczająco, by nawet ktoś kto nie fascynuje się historią, wiedział, o co chodzi, ale na tyle mało, że książka nie jest nudna.

Język tekstu jest wspaniały. Fantastycznie wprowadził mnie w tamte czasy, będąc jednocześnie zrozumiałym. Ma w sobie trochę poezji, czasem bywa prosty, ale nigdy banalny. Cudowne opisy sprawiły, że poczułam jakbym przebywała w Dreźnie ówczesnych lat.

Wydanie MG jest naprawdę piękne, okładka mnie urzekła, korekta w punkt.

piątek, 20 kwietnia 2018

Belladonna - Anne Bishop


tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska
seria/cykl wydawniczy: Efemera tom 2
wydawnictwo: Initium
data wydania: październik 2012
liczba stron: 416

Belladonna” to druga część serii o nazwie „Efemera”. Uważam, że kontynuacja plasuje się na identycznym poziomie, co poprzedniczka. Dostałam od tej książki dokładnie to, czego oczekiwałam.
Świat rozpadł się na kawałeczki. Stał się płynną substancją silnie powiązaną z ludzkimi sercami. Świat, czyli Efemera dostosowuje się do najgłębszych pragnień i zmienia się pod ich wpływem. W krajobrazach grasuje Zjadacz świata. Żywi się negatywnymi emocjami, które są przecież powszechne. Jedyną osobą, która może pokrzyżować niecne plany Zjadacza Świata jest Glorianna Belladonna. Choć jak się prędko okazuje, kobieta nie jest wcale taka osamotniona ze swoim darem. Poznaje innych podobnych do niej, z podobnymi problemami…

Dźwięk starych ran, bolesnych wspomnień, głęboko pochowanych lęków”.

Ten tom skupiony został na postaci Glorianny. Oczywiście bohaterowie z pierwszej części są istotnym elementem serii i przewijają się przez karty powieści. Główna bohaterka zaintrygowała mnie już w „Sebastianie” swoją incydentalną obecnością. Trochę tajemnicza, trochę zagadkowa i nierozpoznana. Poznawanie tej bohaterki było dla mnie bardzo interesujące. Ciąży na niej wielka odpowiedzialność. Ona doskonale zdaje sobie sprawę z misji, jaką musi wykonać i bierze na siebie to brzemię. Podkreśla ona wagę wypowiedzianych życzeń. Ukazuje także innym bohaterom, że większości decyzji raz podjętych nie można cofnąć. Reszta postaci tworzy ciekawy wachlarz charakterów. Niestety nowa postać, czyli Michael ukazał mi się jakoś dość nudny mężczyzna i nie wiem, co taka enigmatyczna, młoda kobieta jak Belladonna w nim widziała.

To moja tratwa, zbudowana z ułamków zniszczonego życia”.

O języku dokładniej pisałam przy części pierwszej. Styl tekstu jest prosty, a zarazem poetycki. Idealnie wpasowuje się w świat przedstawiony, dzięki czemu styk nie jest odbierany jako patetyczny.


Jeśli jestem skazany na mroczne miejsce, będzie to miejsce, które sam sobie wybiorę”.

Naprawdę nie chcę się powtarzać, ale światy, które tworzy Bishop są ogromnie oryginalne i w żaden sposób niepowielone. Od początku do końca stworzyła rzeczywistość w której żyją bohaterowie Efemery. Podziwiam ją za to. Poprzednia część poświęcona była rzeczywistości, jaką stworzyła Anne. Tym razem nasza wiedza o tej krainie została tylko delikatnie pogłębiona i usystematyzowana. Czytając „Belladonne” nie miałam żadnego problemu w zorientowaniu się w miejscu, którym się znalazłam. Autorka światy, które tworzy opiera na kobietach. To one są fundamentami, podwalinami, na których można coś budować i gwarantem bezpieczeństwa. To niewiasty w dziełach Bishop mają największy i najbardziej znaczący wpływ na akcję.
Autorka porusza także problematykę odrzucenia osób wyróżniających się. Życia, gdzieś na obrzeżach grup społecznych osób, które są inne. Ale także ważną kwestią przewijającą się w książce jest szukanie własne miejsca wśród ludzi i w świecie. Poszukiwanie własnego skrawka wszechświata, gdzie zostaniemy zaakceptowani. Wcale nie jest to takie proste, gdy się jest odmiennym.


Podróż życia. Po drodze wpływają na was inni, pomagają wam, krzywdzą was. Niektóre rzeczy zdarzają się, ponieważ na nie zasłużyliście. A inne dlatego, że z prądów Mroku wypływa okrucieństwo i podnosi się bez ostrzeżenia, zadając ból, raniąc, doprowadzając do tragedii, które mogę zniszczyć człowieka”.


Wątek miłosny był uroczy. Nie było zapowiadanego szumnie erotyzmu, ale ładnie i zgrabnie wpisał się on w atmosferę powieści. Lekko groźną, lekko filozoficzną, chwilami romantyczna.


Była wysublimowanym szaleństwem, cudowną wściekłością, boską obojętnością”.


To dobrze napisana powieść fantastyczna z nienachlanym wątkiem romansowym. Nie zawiodłam się. Mam nadzieję, że będzie wiedziała, kiedy skończyć, a nie tak jak w przypadku Czarnych kamieni, które mają już chyba tyle tomów, co Moda na sukces sezonów. Nie mogę doczekać się kolejnej części, mianowicie „Mostu snów. Głównym bohaterem będzie tym razem Lee – brat Glorianny. Darzę go sympatią, dlatego nie mogę się doczekać momentu, gdy poznam go bliżej.
6/10

sobota, 10 lutego 2018

"Dwudziestolecie od kuchni. Kulinarna historia przedwojennej Polski” Aleksandra Zaprutko-Janicka

Dodaj napis

Jaki obraz mamy przed oczami, gdy myślimy o przedwojennej Polsce. Prawdopodobnie widzimy pisarzy i poetów, którzy w tamtym czasie, przechadzali się uliczkami Warszawy/Krakowa/Lwowa, chłonąc niepowtarzalną atmosferę. Dwudziestolecie łączy się z dostojną Nałkowską, szalonym Witkacym i psychologiczną Kuncewiczową. W powszechnym przekonaniu dwudziestolecie międzywojenne było czasami piękna, szczególnego artyzmu i wyjątkowo dobrych manier. Kojarzy się nam ze wspaniałymi salonikami literackimi, na których cała śmietanka towarzyska bawiła się, omawiała problemy polityczne kraju i tworzyła historię.

O czymś zupełnie innym pisze Aleksandra Zaprutko-Janicka. Autorka skupia się nie na osobach uprzywilejowanych, spędzających czas na rautach. Zwraca uwagę na tę większą część społeczeństwa, która o zabawach mogła co najwyżej pomarzyć. Proste kobiety, które w dużej mierze całkowicie samodzielnie zarządzały chałupą lub gospodarstwem (zależnie na co mogły sobie pozwolić). Przemiany społeczne i możliwość pracy zawodowej często im (wbrew pozorom) nie sprzyjała, gdyż, mimo że dzięki pracy usamodzielniły się, to jednak tzw. obowiązki domowe wciąż zostały w 100 procentach na głowach kobiet.

Taki stan rzeczy skutkował tym, że kobiety wyrobiły sobie zmysł przedsiębiorczości. Zaprutko-Janicka pokazuje jak kobiety radziły sobie na dwa etaty, jednocześnie będąc pozbawionymi współczesnych udogodnień takich jak chociażby lodówka (co sprawiało, że podstawowe zakupy spożywcze musiały być robione bardzo często). To przedsiębiorczość zwykłych Polek sprawiała, że świat nie rozsypał się w posadach, gdy następowały polityczne zawieruchy. Wiele rodzin w tamtych czasach żyło w skrajnym ubóstwie i państwo Polskie nic z tym fantem nie robiło. Kobiety musiały nalewać z pustego w próżne, by wykarmić rodziny. Pisarka odziera z mitu Dwudziestolecie Międzywojenne, pokazując, że był to prawdziwie dramatyczny czas dla wielu rodzin, dla których jedyny posiłek mogła stanowić kora wymieszana z trawą.

Język „Dwudziestolecia od kuchni” jest fantastyczny. Prosty, lekki, publicystyczny. Publikację czytało się bardzo szybko. Autorka odwołuje się do źródeł, jednak nie czyni ze swojej książki hiperlinku do innych publikacji na ten temat. Dzięki temu odebrałam tę książkę bardziej jako fabularyzowaną historię wielu kobiet, aniżeli rozprawę naukową. To wielki plus, bo sprawiło to, że publikacja jest przystępna dla każdego.

Jednocześnie „Dwudziestolecie od kuchni” nie jest bardzo szczegółowe, ani rozwlekłe. Trudne tematy pisarka często omawia na ledwie kilku stronach. Przyczynia się to do pewnych uogólnień, ale jednocześnie upraszcza książkę, przybliżając ją do przeciętnego konsumenta. Według mnie można to uznać za zaletę, a w razie gdyby „Dwudziestolecie od kuchni” (nomen omen) rozbudziło apetyt można sięgnąć po którąś z pozycji wymienionych w bibliografii, które z pewnością będą bardziej szczegółowe i prezentowały omawiany problem w szerszym kontekście.

Bardzo interesującymi fragmentami książki były rozdziały o wprowadzaniu udogodnień w domach Polek takich jak gaz i elektryczność. Nie wiedziałam, że urzędy organizowały specjalne spotkania, na których kobiety mogły za darmo nauczyć się korzystać z tych nowinek.

Dwudziestolecie od kuchni” to fantastyczna publikacja, dzięki której mogłam wkraść się do domów przedwojennych kobiet. Odwiedziłam chłopskie chaty jak i domy zamożniejszych kobiet, które mogły pozwolić sobie nawet na... lodówkę! Wiem już jak wyglądało poprawne nakrycie stołu na przyjęcie gości, a także dowiedziałam się jak wówczas wyglądał wielkanocny koszyczek ze święconką. Poznałam także menu na święta Bożego Narodzenia i kto wie, może nawet wykorzystam niektóre dania? W razie gdybym potrzebowała informacji jak wywabić plamy z czerwonego wina to również sięgnę po tę książkę. Chociaż nie. Szybciej będzie, gdy użyję Internetu. Dodatkowym profitem są piękne zdjęcia i przedruki reklam pochodzących z tamtych czasów, dzięki czemu mogłam lepiej sobie zobrazować opisywane tematy.

Szczerze polecam tę książkę!