niedziela, 10 czerwca 2018

Moje serce, mój wróg - Steiger A.J.

Bukowy las 
Liczba stron: 368

Myślałam, że na świecie nie istnieje powieść dla młodzieży, która mogłaby mi się podobać. Myślałam tak do czasu, aż nie sięgnęłam po powieść A. J. Steiger. Ta książka nie tylko porusza ważny temat, przybliża życie osób, które dotychczas były dla mnie zagadką, ale również jest przewrotnie napisanym romansem z nieoczywistym zakończeniem.

„Moje serce, mój wróg” opowiada historię uczucia rodzącego się między Alvie, która ma problem z dostowaniem się do społeczeństwa ze Stanleyem, który jest chory na nieuleczalną chorobę.

Główna bohaterka ma zespół Aspergera. Niby coś tam wiedziałam o tej chorobie, lecz tak naprawdę nie miałam pojęcia jakimi drogami chadzają myśli ludzi z tą chorobą. Dzięki „Moje serce, mój wróg” weszłam do głowy takiej niesamowitej osoby jak Alvie. Wciąż jej nie rozumiem, ale tak naprawdę czy trzeba wszystko rozumieć? Nie wystarczy akceptować i starać się poznać? Ja tak robię. Ja Alvie polubiłam w całej jej niezwykłości. W tym, że jest taka niedostosowana społecznie, w tym że kocha fizykę i uwielbia seriale fantasy. Nie rozumiałam wszystkich jej zachowań, ale nie ma to znaczenia. Jest świetna! Inteligenta, nieprzystosowana, genialna, deprymująca – taka jest Alvie.
Fantastyczne w tej książce jest to spotkanie się z czymś, co jest dziwne, nieznane, dla niektórych nienormalne. „Moje serce, mój wróg” oswaja inność, jednocześnie jej nie spłycając. To niesamowita umiejętność, która wymaga wrażliwości.

W książce tej jest wiele romansu – wszak chłopak, z problemami i to poważnymi, pojawia się na białym koniu (czy też o białej lasce) i układa Alvie życie. Z jednej stronie jest to powieść o wyobcowanych ludziach z problemami, którzy spotykają się w pewnym momencie  życia i postanawiają dzielić ze sobą samotność. Trudno jednak zaprzeczyć, że to Alvie jest tą gorzej przystosowaną, tą która wymaga pomocy i nie radzi sobie.

Problemy dotyczące rodziców zostały pokazane lekko pretensjonalnie, niemniej pasuje do treści i prowadzonej narracji. Ten problem został pokazany dość naiwnie, w przeciwieństwie do problemu zwierząt trzymanych w zoo. Pisarka, za sprawą przemyśleń protagonistki, przybliżyła uczucia towarzyszące zwierzętom trzymanym w klatkach, ich problemy psychologiczne, wzrastający poziom frustracji.

Fabuła nie jest szczególnie dynamiczna, ale dzięki temu po prostu poznałam Alvie i Stanleya. Ich postacie zostały doskonale nakreślone, a brak szczególnych wydarzeń i nieprzesadny dramatyzm sprawia, że to wszystko jest takie prawdziwe w swojej niezwykłości.

Nie dajcie się zwieść źle brzmiącemu tytułowi. Jest to cytat z książki „Wodnikowe wzgórze” i ma dużo głębsze znaczenie niż na pierwszy rzut oka można myśleć. Dlatego warto sięgnąć po tę książkę, nawet jeśli zwykle nie czytacie książek o tytule takim jak ten. Język jest prosty, a jednocześnie w łatwy sposób tłumaczy często zawiłe fizyczne problemy.

Zachęcam do zapoznania się nawet sceptyków – warto. 8/10

środa, 2 maja 2018

Hrabina Cosel - Józef Ignacy Kraszewski

Liczba stron: 200
Wydawnictwo MG



Hrabina Cosel” jest powieścią o intrygach. Nie ma w nich wyrafinowania, bynajmniej. Są to intrygi na polskim dworze, wynikające ze złej, małostkowej, podłej natury ludzi wówczas żyjących. Co tu dużo mówić. Są one siermiężne i łatwe do rozwikłania. Czy to źle? Czy wynika to z błędu pisarskiego? Absolutnie nie. Józef Ignacy Kraszewski daje lustro – nam Polakom, aktualne nawet teraz, zadając niemo pytanie, jak kraj ma funkcjonować, skoro jesteśmy do tego stopnia zdeprawowani i pozbawieni finezji? Nawet jeśli intrygujemy, to jest to tak przaśne, że wręcz żałosne...

Książka opisuje historię miłości Anny von Hoym i Augusta II Mocnego. Ona była żoną ministra skarbu, nieszczęśliwą w małżeństwie, została ukryta na wsi przez zaborczego męża. On był królem Polski i elektorem saskim, a o jego miłosnych podbojach krążą legendy. Ponoć miał ponad 300 nieślubnych dzieci. Piękna Anna zawróciła mu jednak w głowie na dłużej, czcił ją jak boginie. Cosel, jak twierdzi Krasiński, zbyt była dumna i szlachetna, by zostać po prostu kochanką (ja twierdzę, że zbyt była przezorna i perfidna), dlatego wymusiła na królu dokument, który czynił ją oficjalną konkubiną i żoną po śmierci królowej.

Jaka była Anna von Hoym, powszechniej znana jako hrabina Cosel? Narrator pragnie nas przekonać, że była to kobieta próżna, acz o woli nieugiętej i szlachetnym sercu. Czy można mu wierzyć? O to trudno, bo widząc szaleńczą radość i wykorzystywanie swojej pozycji, czułam nie tyle złość, ale współczucie. Ja hrabinie Cosel współczuję. Nie trzeba mieć tęgiej głowy, by wiedzieć, że główna bohaterka trzymając głowę zadartą wysoko, nie dostrzegła, że tanecznym krokiem dąży wprost do katastrofy. Walczyła o serce Augusta, jakby nie dostrzegając, że jego serce funta kułaków warte nie jest, a tym bardziej słowo. August był kimś w rodzaju trefnisia, w ogóle nie zwracający uwagi na to, co się dzieje w Polsce ani na świecie. Wszystko po nim spływało, ważne by uczty były wystawne, a kobiety wokół piękne. Był przykładem władcy strasznego, gdyż bezmyślnego i nieustannie szukającego rozrywki.

Nie potrafię powiedzieć, czy Cosel go kochała. Owszem był przystojny i czarujący, ale czy można kochać mężczyznę, który jest bałamutnikiem i się tym szczyci? A może Cosel zaakceptowała ten fakt i postanowiła, że wyciągnie z tego związku to, co może, nie przejmując się ani jego zdradami, ani kłamstwami...? Jakoś nie potrafię uwierzyć w szczere oddanie, bardziej w przebiegłą obłudę i szaleńczą potrzeb ocalenia swojego honoru – wszak nikt nie lubi być fraszką jedynie, nawet fraszką króla. Co nie znaczy, że Anny nie da się lubić. Jest niczym urocze dziecko – labilne, roześmiane, emocjonalne, próże, dumne, irytujące.

Ale nie tylko o miłość się tutaj rozchodzi! Ale też o kraj, o władzę, o Polskę – jest to wszystko obecne w tej książce, ale zdaje się jakby nie było istotne. Bo w gruncie rzeczy... nie było. Została przedstawiona perspektywa Augusta II Mocnego, który miał inne priorytety. Kraszewski doskonale to oddał. Książka, mimo wstawek historycznych, opisujących ówczesną sytuację, nie jest ani trochę nudna. Jest ich wystarczająco, by nawet ktoś kto nie fascynuje się historią, wiedział, o co chodzi, ale na tyle mało, że książka nie jest nudna.

Język tekstu jest wspaniały. Fantastycznie wprowadził mnie w tamte czasy, będąc jednocześnie zrozumiałym. Ma w sobie trochę poezji, czasem bywa prosty, ale nigdy banalny. Cudowne opisy sprawiły, że poczułam jakbym przebywała w Dreźnie ówczesnych lat.

Wydanie MG jest naprawdę piękne, okładka mnie urzekła, korekta w punkt.

piątek, 20 kwietnia 2018

Belladonna - Anne Bishop


tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska
seria/cykl wydawniczy: Efemera tom 2
wydawnictwo: Initium
data wydania: październik 2012
liczba stron: 416

Belladonna” to druga część serii o nazwie „Efemera”. Uważam, że kontynuacja plasuje się na identycznym poziomie, co poprzedniczka. Dostałam od tej książki dokładnie to, czego oczekiwałam.
Świat rozpadł się na kawałeczki. Stał się płynną substancją silnie powiązaną z ludzkimi sercami. Świat, czyli Efemera dostosowuje się do najgłębszych pragnień i zmienia się pod ich wpływem. W krajobrazach grasuje Zjadacz świata. Żywi się negatywnymi emocjami, które są przecież powszechne. Jedyną osobą, która może pokrzyżować niecne plany Zjadacza Świata jest Glorianna Belladonna. Choć jak się prędko okazuje, kobieta nie jest wcale taka osamotniona ze swoim darem. Poznaje innych podobnych do niej, z podobnymi problemami…

Dźwięk starych ran, bolesnych wspomnień, głęboko pochowanych lęków”.

Ten tom skupiony został na postaci Glorianny. Oczywiście bohaterowie z pierwszej części są istotnym elementem serii i przewijają się przez karty powieści. Główna bohaterka zaintrygowała mnie już w „Sebastianie” swoją incydentalną obecnością. Trochę tajemnicza, trochę zagadkowa i nierozpoznana. Poznawanie tej bohaterki było dla mnie bardzo interesujące. Ciąży na niej wielka odpowiedzialność. Ona doskonale zdaje sobie sprawę z misji, jaką musi wykonać i bierze na siebie to brzemię. Podkreśla ona wagę wypowiedzianych życzeń. Ukazuje także innym bohaterom, że większości decyzji raz podjętych nie można cofnąć. Reszta postaci tworzy ciekawy wachlarz charakterów. Niestety nowa postać, czyli Michael ukazał mi się jakoś dość nudny mężczyzna i nie wiem, co taka enigmatyczna, młoda kobieta jak Belladonna w nim widziała.

To moja tratwa, zbudowana z ułamków zniszczonego życia”.

O języku dokładniej pisałam przy części pierwszej. Styl tekstu jest prosty, a zarazem poetycki. Idealnie wpasowuje się w świat przedstawiony, dzięki czemu styk nie jest odbierany jako patetyczny.


Jeśli jestem skazany na mroczne miejsce, będzie to miejsce, które sam sobie wybiorę”.

Naprawdę nie chcę się powtarzać, ale światy, które tworzy Bishop są ogromnie oryginalne i w żaden sposób niepowielone. Od początku do końca stworzyła rzeczywistość w której żyją bohaterowie Efemery. Podziwiam ją za to. Poprzednia część poświęcona była rzeczywistości, jaką stworzyła Anne. Tym razem nasza wiedza o tej krainie została tylko delikatnie pogłębiona i usystematyzowana. Czytając „Belladonne” nie miałam żadnego problemu w zorientowaniu się w miejscu, którym się znalazłam. Autorka światy, które tworzy opiera na kobietach. To one są fundamentami, podwalinami, na których można coś budować i gwarantem bezpieczeństwa. To niewiasty w dziełach Bishop mają największy i najbardziej znaczący wpływ na akcję.
Autorka porusza także problematykę odrzucenia osób wyróżniających się. Życia, gdzieś na obrzeżach grup społecznych osób, które są inne. Ale także ważną kwestią przewijającą się w książce jest szukanie własne miejsca wśród ludzi i w świecie. Poszukiwanie własnego skrawka wszechświata, gdzie zostaniemy zaakceptowani. Wcale nie jest to takie proste, gdy się jest odmiennym.


Podróż życia. Po drodze wpływają na was inni, pomagają wam, krzywdzą was. Niektóre rzeczy zdarzają się, ponieważ na nie zasłużyliście. A inne dlatego, że z prądów Mroku wypływa okrucieństwo i podnosi się bez ostrzeżenia, zadając ból, raniąc, doprowadzając do tragedii, które mogę zniszczyć człowieka”.


Wątek miłosny był uroczy. Nie było zapowiadanego szumnie erotyzmu, ale ładnie i zgrabnie wpisał się on w atmosferę powieści. Lekko groźną, lekko filozoficzną, chwilami romantyczna.


Była wysublimowanym szaleństwem, cudowną wściekłością, boską obojętnością”.


To dobrze napisana powieść fantastyczna z nienachlanym wątkiem romansowym. Nie zawiodłam się. Mam nadzieję, że będzie wiedziała, kiedy skończyć, a nie tak jak w przypadku Czarnych kamieni, które mają już chyba tyle tomów, co Moda na sukces sezonów. Nie mogę doczekać się kolejnej części, mianowicie „Mostu snów. Głównym bohaterem będzie tym razem Lee – brat Glorianny. Darzę go sympatią, dlatego nie mogę się doczekać momentu, gdy poznam go bliżej.
6/10

sobota, 10 lutego 2018

"Dwudziestolecie od kuchni. Kulinarna historia przedwojennej Polski” Aleksandra Zaprutko-Janicka

Dodaj napis

Jaki obraz mamy przed oczami, gdy myślimy o przedwojennej Polsce. Prawdopodobnie widzimy pisarzy i poetów, którzy w tamtym czasie, przechadzali się uliczkami Warszawy/Krakowa/Lwowa, chłonąc niepowtarzalną atmosferę. Dwudziestolecie łączy się z dostojną Nałkowską, szalonym Witkacym i psychologiczną Kuncewiczową. W powszechnym przekonaniu dwudziestolecie międzywojenne było czasami piękna, szczególnego artyzmu i wyjątkowo dobrych manier. Kojarzy się nam ze wspaniałymi salonikami literackimi, na których cała śmietanka towarzyska bawiła się, omawiała problemy polityczne kraju i tworzyła historię.

O czymś zupełnie innym pisze Aleksandra Zaprutko-Janicka. Autorka skupia się nie na osobach uprzywilejowanych, spędzających czas na rautach. Zwraca uwagę na tę większą część społeczeństwa, która o zabawach mogła co najwyżej pomarzyć. Proste kobiety, które w dużej mierze całkowicie samodzielnie zarządzały chałupą lub gospodarstwem (zależnie na co mogły sobie pozwolić). Przemiany społeczne i możliwość pracy zawodowej często im (wbrew pozorom) nie sprzyjała, gdyż, mimo że dzięki pracy usamodzielniły się, to jednak tzw. obowiązki domowe wciąż zostały w 100 procentach na głowach kobiet.

Taki stan rzeczy skutkował tym, że kobiety wyrobiły sobie zmysł przedsiębiorczości. Zaprutko-Janicka pokazuje jak kobiety radziły sobie na dwa etaty, jednocześnie będąc pozbawionymi współczesnych udogodnień takich jak chociażby lodówka (co sprawiało, że podstawowe zakupy spożywcze musiały być robione bardzo często). To przedsiębiorczość zwykłych Polek sprawiała, że świat nie rozsypał się w posadach, gdy następowały polityczne zawieruchy. Wiele rodzin w tamtych czasach żyło w skrajnym ubóstwie i państwo Polskie nic z tym fantem nie robiło. Kobiety musiały nalewać z pustego w próżne, by wykarmić rodziny. Pisarka odziera z mitu Dwudziestolecie Międzywojenne, pokazując, że był to prawdziwie dramatyczny czas dla wielu rodzin, dla których jedyny posiłek mogła stanowić kora wymieszana z trawą.

Język „Dwudziestolecia od kuchni” jest fantastyczny. Prosty, lekki, publicystyczny. Publikację czytało się bardzo szybko. Autorka odwołuje się do źródeł, jednak nie czyni ze swojej książki hiperlinku do innych publikacji na ten temat. Dzięki temu odebrałam tę książkę bardziej jako fabularyzowaną historię wielu kobiet, aniżeli rozprawę naukową. To wielki plus, bo sprawiło to, że publikacja jest przystępna dla każdego.

Jednocześnie „Dwudziestolecie od kuchni” nie jest bardzo szczegółowe, ani rozwlekłe. Trudne tematy pisarka często omawia na ledwie kilku stronach. Przyczynia się to do pewnych uogólnień, ale jednocześnie upraszcza książkę, przybliżając ją do przeciętnego konsumenta. Według mnie można to uznać za zaletę, a w razie gdyby „Dwudziestolecie od kuchni” (nomen omen) rozbudziło apetyt można sięgnąć po którąś z pozycji wymienionych w bibliografii, które z pewnością będą bardziej szczegółowe i prezentowały omawiany problem w szerszym kontekście.

Bardzo interesującymi fragmentami książki były rozdziały o wprowadzaniu udogodnień w domach Polek takich jak gaz i elektryczność. Nie wiedziałam, że urzędy organizowały specjalne spotkania, na których kobiety mogły za darmo nauczyć się korzystać z tych nowinek.

Dwudziestolecie od kuchni” to fantastyczna publikacja, dzięki której mogłam wkraść się do domów przedwojennych kobiet. Odwiedziłam chłopskie chaty jak i domy zamożniejszych kobiet, które mogły pozwolić sobie nawet na... lodówkę! Wiem już jak wyglądało poprawne nakrycie stołu na przyjęcie gości, a także dowiedziałam się jak wówczas wyglądał wielkanocny koszyczek ze święconką. Poznałam także menu na święta Bożego Narodzenia i kto wie, może nawet wykorzystam niektóre dania? W razie gdybym potrzebowała informacji jak wywabić plamy z czerwonego wina to również sięgnę po tę książkę. Chociaż nie. Szybciej będzie, gdy użyję Internetu. Dodatkowym profitem są piękne zdjęcia i przedruki reklam pochodzących z tamtych czasów, dzięki czemu mogłam lepiej sobie zobrazować opisywane tematy.

Szczerze polecam tę książkę!


wtorek, 30 stycznia 2018

Dzikie łabędzie.Trzy córki Chin - Jung Chang

Dzikie łabędzie.Trzy córki Chin - Jung Chang

„Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin” Jung Chang

Całkiem prawdopodobne, że właśnie przeczytałam najlepszą książkę w 2018 roku. Podejrzewałam, że powieść ta przypadnie mi do gustu, nie podejrzewałam jednak, że do tego stopnia mną wstrząśnie i pochłonie. Stałam się częścią opisywanej rodziny i współodczuwałam wraz z nimi.

„Jednak jej największym majątkiem były krępowane stopy, zwane po chińsku „siedmiocentymetrowymi złotymi liliami”. Oznaczało to, że jej chód był jak „kołysanie się młodych pędów wierzby w wiosennych powiewach”, jak to ujmowali chińscy znawcy urody kobiecej. Widok kobiety kołyszącej się na krepowanych stopach miał działać na mężczyznę erotycznie, ponieważ jej bezradność budziła opiekuńcze uczucia w patrzącym”.

Miałam przyjemność poznać trzy pokolenia kobiet, których życia wpisują się w dramatyczną historię polityczną Chin.  Jung Chang tworzy opowieść o swojej babci, matce i o sobie samej, bardzo sprawnie pokazując jak życie ludzi zostało całkowicie podporządkowane politycznym machinom terroru. Pokazała także jak Chiny przekształcały się pod wpływem zmian politycznych. Chiny były wielkim buzującym tyglem napięć, konfliktów i wrogich frakcji, które walczą ze sobą o władzę i wpływy, nie przejmując się anonimowym człowiekiem, który cierpi. To anonimowemu człowiekowi autorka oddaje głos. Opisuje to dzięki przypadkowi swojej rodziny – ale co rodzina to osobny dramat. W małym preparacie badawczym, jakim jest jej rodzina, pokazuje losy całych Chin.

„Nawet okazywanie uczuć własnym dzieciom było źle przyjmowane — jako wyraz rozszczepionej lojalności. Każda godzina — o ile nie jadło się lub nie spało — powinna należeć do rewolucji i pracy. Wszystko, co nie było związane z rewolucją, jak na przykład noszenie dzieci na rękach, powinno trwać jak najkrócej„.
Książka ma sporą liczbę stron, ale jest to wskazane i bardzo słuszne posunięcie pisarki. Dzięki temu książka jest szczegółowa, wielowątkowa, opisująca dobrze atmosferę, zwyczaje, nastroje społeczne. Zupełnie inne było życie babci od życia chociażby jej córki, tym samym każda z tych kobiet przeżywała osobisty, prywatny i całkowicie osobne zdarzenia.  Nie dało się tego streścić w kilku słowach. Konieczne było dokładne oddanie atmosfery, tradycji i charakteru danego czasu. Wszystkie opisane kobiety zasługiwały na to, by potraktować je z czułością i zrozumieniem.  
„Zdolna kobieta potrafi zrobić posiłek bez żywności”.

Jednak to nie jest tylko smutna historia kobiet z tej rodziny. To także bardzo wnikliwy opis reżimu Mao Tse-tunga. Pokazane zostało jak kształtowała się boska cześć, którą otaczano wodza, opisane zostały polityczne machinacje, które prowadził, by utrzymać swoją bezwzględnej i prawie boską władzę. Jednak „Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin” skupiają się także na niższych urzędnikach i pokazują, co nawet niewielka ilość władzy robi z niegodnymi jej ludźmi. Kampanie Mao zostały  wykorzystane przez nikczemnych urzędników do osobistych celów, często wendet. Kraj pogrążył się w chaosie, ponieważ nikt nie mógł ufać nikomu – dzieci odwróciły się od rodziców, mężowie od żon, każdy oczekiwał, że druga osoba jest donosicielem.

„… rodzice dziewczynki sprzedają wędzone mięso. Uprowadzi i zamordowali wiele małych dzieci. Sprzedawali je potem jako mięso królicze po ogromnie wysokich cenach”.

Połączenie tych dwóch aspektów  tj. bardzo prywatnych zapisków dotyczących życia kobiet z aspektem politycznym dotyczącym całych Chin sprawia, że książka niesamowicie wciąga i w ogóle nie nudzi. Wielka polityka niezbyt mnie interesuje, ale to że została ona sprowadzona do poziomu zwykłego człowieka, który czuje, myśli i cierpi, sprawia, że stała się przystępniejsza, groźniejsza zarazem, bo to zupełnie inaczej usłyszeć, że na skutek głodu wywołanego błędnymi poczynaniami Mao Tse-tunga zmarło 30 milionów ludzi, a co innego, gdy poznajesz ich imiona, znasz ich historię i obserwujesz jak umierają przez puchlinę głodową. Partia wchodzi w każdy aspekt życia człowieka. Ingeruje w to, jak ludzie spędzają wolny czas, w co chodzą ubrani. Matka Jung jest krytykowana za to, że zdarzyło jej się płakać, gdy była wyczerpana marszem. Nie wolno jej było także płakać po poronieniu – płacz był wymysłem burżuazji. Wszelkie naturalne odruchy takie jak rozpacz, śmiech, radość, smutek były wyrugowane z życia społecznego.

„Ojciec jest bliski, matka jest bliska, ale nikt nie jest tak blisko jak przewodniczący Mao”.

Każde wydarzenie z osobna wstrząsa i jest osobnym dramatem – straszne jest gdy czytamy o tym, jak babci Jung (nie miała nawet imienia, nazywano ją –drugą córką) krępowano stopy. Opis zmaltretowanych stóp jest bardzo dosadny. Okazało się, że takie stopy, mimo że śmierdziały, były silnym afrodyzjakiem. Kobieta poruszała się na zdeformowanych stopach bezradnie, przez co mężczyźni mogli poczuć się przy nich bardziej męsko.  Straszne jest to jak matka Jung jest katowana, by przyznała się do niezawinionych win. Po pewnym czasie wszystkie te nieszczęścia układają się w łańcuch ciągłego smutku. Matka była jednocześnie rozsądna, ale też oddana komunizmowi bezgranicznie. Przedstawiona była jako osoba mocno ideowo zaangażowana. Wszystko co robiła, czyniła dla wyższego dobra. Ojciec zaś był przede wszystkim działaczem partyjnym, a dopiero potem mężem i ojcem. Miał bardzo sztywne zasady moralne i był wręcz fanatycznie uczciwy, nawet jeśli od kłamstwa zależało jego życie, to wolał cierpieć katusze, niż zrobić coś przeciw sobie. Dzięki temu została pokazana także pewna prawda o partii – partia komunistyczna to nie tylko bezduszni, straszni sadyści. To także dobrzy ludzie, którzy chcieli lepszego świata. I nadal pewnie chcą. . Dramatyczne były także losy Jung Chang. Kobieta opisała fakt, że odebrano jej dzieciństwo. Nie mogła zbuntować się przeciwko rodzicom, nie mogła się zakochać w sąsiedzie, nie mogła być próżna i skupiona na własnym wyglądzie. Cała jej energia i jej rodzeństwa skoncentrowana była na tym, by ratować lżonych i bitych rodziców przed szaleństwem.

„Obelgi związane z kobietą mają w języku chińskim graficzny, obrazowy charakter: „czółenko” (od kształtu narządów płciowych), przelewająca się lampa olejowa (zbyt często się „puszcza”) i zdarty but (często używana)”.

Wielość osób i wydarzeń przedstawionych w „Dzikich łabędziach” nie powoduje chaosu. Ta mnogość buduje epickość fabuły i daje pełny obraz sytuacji chińczyków. Jeśli pojawiało się uczucie chaosu, to wynikało ono z faktu, że życie w Chinach w tamtym czasie było chaotyczne, nielogiczne – jednego dnia spokojnie pracujesz i spędzasz dni z rodziną, następnego dnia jesteś oskarżony o to, że jesteś „uczniem kapitalizmu” bez dowodów.

„Przyjm, proszę, moje przeprosiny, które przychodzą o całe życie za późno”.

Polecam osobom, które tak jak ja fascynują się losem jednostki w historycznych zawieruchach. Podczas wojen i przewrotów tak łatwo zapomnieć, że zamordowany człowiek miał imię, nazwisko, rodzinę i przyjaciół. I ktoś po nim płacze. To prawdziwa epopeja, ujmująca problemy jednostki i całego kraju jednocześnie. Mimo swojej objętości bardzo wciąga. Mocno zżyłam się z bohaterkami i przeżywałam wszystkie ich wzloty i upadki (a tych drugich było więcej). Wiele dowiedziałam się na temat historii Chin i dostałam wgląd w psychikę Chińczyków i lepiej rozumiem to, dlaczego poddali się reżimowi Mao Tse-tunga. Polecam! 10/10

piątek, 5 stycznia 2018

Jaka piękna iluzja – Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską

Liczba stron: 264

Szczera rozmowa dwóch kobiet jest czymś, co najgłębiej mnie porusza. Rozmowy, w których spotykają się różne sposoby patrzenia na świat i postrzegania rzeczywistości dotykają mnie bardzo głęboko. Zwłaszcza takie rozmowy, w których obie panie są dla siebie łaskawe i pozwalają swoim myślom płynąć. Tulli razem z Dąbrowską skupiają się na emocjach i opowiadają o miłości, stracie, macierzyństwie i nie tylko. Bardzo ważnym tematem jest opresja.

Wydawać by się mogło, że ta rozmowa jest odrobinę sztampowa. Wszak powyższe tematy są... takie przegadane. Możliwe, niemniej Magdalena Tulli nadaje swoim przemyśleniom wymiar nieomal metafizyczny. Widać, że jej styl bycia ciągle orbituje gdzieś wśród poetyckości. Książka zachowuje formę wywiadu rzeki, jednak niewiele w niej „wywiadu” tradycyjnie rozumianego. To bardziej rozmowa, wymiana doświadczeń, przy jednoczesnym obdarowaniu Magdaleny Tulli mnóstwem przestrzeni na wypowiedzi. Jej odpowiedzi (używam nomenklatury właściwej tradycyjnym wywiadom) są obszerne i wielowątkowe. Tulli zahacza o wiele trudnych dla niej i dla nas tematów.

Książka podzielona została na 12 rozdziałów, a każdy z nich scharakteryzowano jednym słowem. Mimo że rozmowy mają ten punkt przewodni to jednak czuć taką spontaniczność, w przechodzeniu z tematu na temat oraz brak scenariusza, który narzucałby kolejne punkty do odhaczenia. Przy tym wszystkim rozmowa jest uporządkowana, nie czuć chaosu myślowego, a zarazem naturalna i swobodna – to naprawdę sztuka!

Dowiedziałam się, że Magdalena Tulli lubi muzykę i śpiewa w chórze. Miała nawet doświadczenia podobne do mnie – też musiała stać pod tablicą i śpiewać piosenki na ocenę. Gdy ja to robiłam czułam się upokorzona i zgnębiona, a moje gardło zaciskało się i ledwie mogłam wydać z siebie dźwięk. Pisarka miała to szczęście, że po latach spotkała swojego nauczyciela muzyki i mogła mu powiedzieć, co wówczas czuła – jednak nie zrobiła tego. Może i dobrze. Podobnie jak ja rozwiązuje konflikty - poprzez wycofywanie się. To także mój ogromny defekt – milczę, gdy powinnam się postawić.

Ciekawym aspektem są również aspekty polityczno-społczene poruszanie w tej publikacji. Tulli razem z Dąbrowską analizują to, czy Polska jest na etapie tracenia wolności i czy dwie tak agresywne frakcje, które można zaobserwować w Polsce, mogą żyć w jednym państwie. Porusza także tematykę uchodźców. Przyznaje, że codziennie myśli o uchodźcach i myśli o tym, że kto wie, czy kiedyś nie zdarzy się to nam. Tulli stała się czymś w rodzaju mojego głosu sumienia.

Bardzo poruszyła mnie wypowiedź Magdaleny Tulli: „Jeśli cierpienia nie są nagłe i gwałtowne, większe niż na co dzień, organizm umie tak zrobić, żeby ich nie czuć. Takie ciężary dźwiga się inaczej. Nie w rozpaczy, tylko w nieczuciu, w jakimś wewnętrznym ubóstwie”. Poruszyło mnie to i chcę poznać dokonania powieściowe Magdalny Tulli. Dodatkowo bardziej przyjrzę się karierze Justyny Dąbrowskiej, ponieważ bardzo podoba mi się styl prowadzenia przez nią rozmów. Irytuje mnie, gdy dziennikarze podczas wywiadów próbują zabłysnąć bardziej niż gość i zamiast skupić się na rozmówcy to przedstawiają swój punkt widzenia – na wszystko. W przypadku książki „Jaka piękna iluzja” coś takiego nie miało miejsca. Dąbrowska chciała się czegoś dowiedzieć o Tulli i nie próbowała zawłaszczać rozmowy. Jest dla mnie fantastyczną dziennikarką ze świetnym warsztatem.

Wydanie nie zachwyca. Książka zachwyca.

7/10

niedziela, 26 listopada 2017

Historia kotów - Madeline Swan

Nie jest tajemnicą, że kocham koty miłością szczerą, acz nieodwzajemnioną. Z wielkiej miłości zrodziła się potrzeba przeczytania "Historii kotów" autorstwa Madeline Swan. Sięgnęłam po nią i... przepadłam w gąszczu ciekawostek i kocich anegdot.

Swan zachowuje chronologię, tym niemniej bardziej niż na faktach skupia się na anegdotkach i pojawianiu się mruczących przyjaciół w tekstach kultury. Ich popularność na przestrzeni wieków może przypominać sinusoidę - koty doświadczały wahnięć popularności - od nienawiści i bezwzględnego mordowania, aż po czczenie w starożytnym Egipcie (któremu poświęcona została duża część książki).
Anegdoty i analizy, chociażby tekstów literackich, są bardzo krótkie, migawkowe wręcz. Przyznam, że to trochę dla mnie za mało. Chciałabym głębszego wniknięcia w problematykę kocią na przestrzeni wieków. Ponadto autorka posługuje się schematycznym myśleniem i postrzeganiem- dla przykładu koty lepiej pasują do pisarzy, bo psy są zbyt hałaśliwe. Pisarze, z tego co wiem, mają bardzo różne charaktery - są pisarze weseli, smutni, otwarci, zamknięci, rozrywkowi i introwertyczni. Nie jest tak, że jest jeden model pisarza, który Madeline Swan akceptuje, ludzie są różni, a ich charakterów nie determinuje zawód, który wybierają.

Przy tym wszystkim autorka w ciekawy sposób zgromadziła kocie opowieści w jednym miejscu, za co należą się jej ukłony. Z przyjemnością oglądałam obrazy, zdjęcia i ryciny przedstawiające koty z różnych wieków i kultur, a nawet zdarzało mi się uśmiechnąć w reakcji na opowieść o jakimś kocie. Jedną z moich ulubionych ciekawostek jest ta o bitwie o Palazjum Persów z Egipcjanami. Otóż Egipcjanie mieli dużą przewagę nad Persami, więc wyniki bitwy były nieomal przesądzone na korzyść Egipcjan. Persowie zadziałali jednak sposobem - przeczesali okoliczne wsie, nałapali kotów, dzięki czemu w czasie bitwy każdy żołnierz dzierżył pod pachą kota. Jako że Egipcjanie uważają koty za święte, żaden nie podniósł ręki na przeciwnika z kotem. Tym sposobem Persowie wygrali, zdawałoby się, straconą bitwę.

To ładna, miła i urocza książka. Została wydana bardzo starannie, okładka jest fantastyczna (mam torbę z tym obrazkiem : ) ) i z przyjemnością ją czytałam. Madeline Swan niestety nie ustrzegła się pewnych uogólnień w postrzeganiu kotów, a także nie pogłębiła, w mojej opinii, wystarczająco tematu. Mam wrażenie, że koty jeszcze czekają na biografię godną ich pozycji społecznej. Póki co - 7/10