wtorek, 7 maja 2013

Słodkie słówka – Susan Mallery



Wydawnictwo: Harlequin
Data wydania: 22 marca 2013
Liczba stron: 352
Claire doskonale o tym wie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Jest światowej sławy pianistką. W wieku lat sześciu zaczęła podróżować po całym świecie i dawać koncerty na najsłynniejszych scenach. W tym czasie jej siostry prowadziły zwyczajne życie w Seattle. To sprawiło, że rodzeństwo nie ma ze sobą nic wspólnego. Najstarsza siostra bliźniaczka Nicole zaczęła obwiniać słynną Claire o wszystkie swoje nieszczęścia. Widzi w niej przyczynę swoich życiowych porażek. Wszystko się zmienia, gdy Nicole choruje i potrzebuje tymczasowej opieki. Claire rzuca wszystko i przyjeżdża, mimo że siostra jej nienawidzi. Czy po tylu latach rozłąki można jeszcze stworzyć siostrzaną więź?

Autorka tej powieści w ciekawy sposób wykreowała postaci. Są wiarygodne i bardzo zróżnicowane. Mam wrażenie jakby Pani Mallery po prostu znała życie i ludzi. Nie jest od świata oddalona. Prezentuje kawałek historii z życia wziętej. Tak to wszystko realne. Doskonale oddała psychologię postaci. W wiarygodny sposób zaprezentowała charakter osoby, która od małego musiała opiekować się domem i siostrą. Widać w postaci Nicole, w jej zgorzknieniu, wszystkie te stracone szanse, każdy zbyt duży ciężar wzięty na ramiona. To ukształtowało ją jako osobę odpowiedzialną za siebie i innych. Całkowicie racjonalną.
Claire to zupełnie inna osoba. Od małego żyła w wielkim świecie, koncertowała i żyła na walizkach. Sława nie zrobiła z niej osoby zadufanej w sobie, ale ciągłe wyręczanie jej w obowiązkach sprawiło, że jest zupełnie niezaradna życiowo. Ma problem z otworzeniem bagażnika, z praniem, gotowaniem i innymi zwykłymi czynnościami. To jej zagubienie wzbudziło we mnie ogromną sympatię, gdyż sama jestem ofiarą losu i pamiętam swoje przerażenie, gdy pierwszy raz wsiadałam za kierownice, a już gotowanie to czarna magia. Także łatwo mogłam się utożsamić z główną bohaterką. Ma także inne problemy psychiczne i sądzę, że pisarka świetnie stworzyła jej portret psychologiczny.
Jest także trzecia najmłodsza siostra. I jak to najmłodsza sprawia ciągłe kłopoty.
Co wyniknie ze starcia trzech różnych charakterów?

Język tekstu należy raczej do tych przeciętych. Bardzo prosty, dość ubogi, ale łatwo przyswajalny. Drażniły mnie odrobinę niektóre posunięcia pisarki. Przykładem może być to, że gdy Claire zrobi jakiś postęp, jeśli chodzi o asymilację do zwyczajnego świata, to nagle wszystkie postacie drugoplanowe biją jej brawo (w metaforycznym sensie). Czułam, że to zbyt nachalne. Jej ewolucja z emocjonalnego dziecka do osoby biorącej za siebie odpowiedzialność jest ukazana w interesujący sposób, jednak w mało naturalny.

„Słodkie słówka” to przede wszystkim romans. Lekko oderwany od rzeczywistości, bardzo specyficzny. Jest naprawdę niewiele kobiet poza Claire, które zachowałyby się w ten sposób, po wiadomości, jaką otrzymała na końcu książki. A jednocześnie można uznać, że postępowanie Claire jest zupełnie zrozumiałe, patrząc na kontekst jej biografii. Podkreślam również, że nie jest to kolejny erotyk. Powieść pozbawiona jest scen łóżkowych, jeśli takowe występują są jedynie zasugerowane.

Książkę czyta się naprawdę szybko i to z ogromną przyjemnością. To czysta rozkosz czytać takie lekkie powieści w taką pogodę. Z radością pogrążyłam się w zawiłości życia trzech sióstr o specyficznych charakterach i nie żałowałam nawet chwili spędzonej w ich świecie. „Słodkie słówka” pokazały mi, że jak się nie zna wszystkich faktów to nie należy dopowiadać sobie reszty historii. Warto poznać pełen obraz, zwłaszcza jeśli dotyczy to osoby, które są dla nas ważne.
7/10


poniedziałek, 6 maja 2013

"Medycyna duchowa - Uzdrawianie XXI w." Otmar Jenner



Tytuł oryginału: Spirituelle Medizin: Heilen mit der Kraft des Geistes
Wydawnictwo: Wydawnictwo Studio Astropsychologii
Data wydania: 28 czerwca 2012
Liczba stron: 332

Zacznę nietypowo, bo od okładki. Jest niesamowita. Po prostu… promienieje! To właśnie ona zachęciła mnie do zapoznania się z tą książką. Niezwykła światłość bijąca spomiędzy wyciągniętych dłoni autora, jest hipnotyzująca.

„Wszyscy z odsłoniętą twarzą wpatrujemy się w jasność Pańską jakby w zwierciadle.”

Zdaję sobie sprawę, że większość nie wierzy w samo uzdrawianie, pewnie część uważa to za szarlatanerie, inni za nieszkodliwą zabawę słabych umysłów, a jeszcze kolejni za wytwór mocy szatańskich. Jednak może ten tekst trafi choć na kilka osób, którzy  są skłonni zastanowić się nad tym zagadnieniem.

Wszystko wskazuje na to, że autor tej książki jest człowiekiem przy zdrowych zmysłach. Para się dziennikarstwem. Możliwe, że niektórzy znają go z jego cyklu reportaży „Reportaże z końca świata”.

Na podstawie długoletnich badań pisarz twierdzi, że przyczyna każdej choroby leży w umyśle, emocjonalności człowieka, w jego wspomnieniach, przeżyciach i nieuświadomionych traumach. Objawy chorobowe są skutkiem pewnych stanów psychiczno emocjonalnych. Lekarz medycyny duchowej nie tylko wykonuje ezoteryczne rytuały, ale także staje się w psychologiem. Bo żeby zrozumieć koniec trzeba znać przyczynę. Bez analizy psychologicznej pacjenta choroba wróci prędzej czy później, ponieważ jej przyczyna nie została usunięta.

Książka jest podzielona na cztery części. W pierwszej zaprezentowane są historie trzech dyplomowanych lekarzy, którzy uzupełniają swoją praktykę duchowym uzdrawianiem. Odpowiadają na pytania – dlaczego uwierzyli, czy to naprawdę pomaga, przytaczają rzeczywiste przypadki pomocy chorym ludziom.  W drugiej przedstawia całe podłoże filozoficzne takiego sposobu leczenia. W trzeciej uczy jak pomóc przede wszystkim sobie, a późnej innym. Końcowa część publikacji poświęcona jest psychologii – uwarunkowaniom powstającym w życiu płodowym i wczesnym dzieciństwie, rzutującym na nasze późniejsze życie.

Otmar Jenner mimo swojej ogromnej wiedzy nie sili się na wymądrzanie, ani na naukowość. Rozmawia z nami jak z przyjaciółmi. Jest otwarty na dialog. Dyskutuje, zachęca do przedstawienia swojego odmiennego poglądu. Nic nie narzuca. Posługuje się swobodnym stylem.
Myślę, że ta książka to idealny podręcznik dla początkujących w tym temacie. Publikacja jest prosta, klarowna, wyjaśniająca wiele kwestii i rozwiewająca wątpliwości. Jeśli chcecie dowiedzieć się, dlaczego, gdy boli Was głowa automatycznie przykładacie do niej dłonie to przeczytajcie tę książkę.


sobota, 4 maja 2013

„Ruth” Elizabeth Gaskell



Wydawnictwo: MG
Data wydania: 13 marca 2013
Liczba stron: 544

Klasykę wielbię bezgranicznie.  Minione epoki napawają mnie ogromną nostalgią. Kocham czytać powieści napisane w dawnych czasach i choć na sekundę zanurzyć się w ongisiejszym świecie. Nie był on idealny – żaden nie jest, ale ma w sobie wiele uroku, klasy, jakiegoś specyficznego czaru, który mnie urzeka. Z tym większą rozkoszą sięgnęłam po książkę pani Gaskell. Byłam przekonana, że trafi ona w mój gust i nie myliłam się nawet trochę.

Elizabeth Gaskell była przyjaciółką Charlotte Brontё. Napisała także jej pierwszą biografię. Myślę, że dla wielbicieli tej ostatniej to wystarczająca rekomendacja. Warto wspomnieć, że w publikacji utworów Elizabeth, pomagał Charles Dickens.

Ruth Hilton to tytułowa bohaterka tej powieści. Sierota, pracuje jako szwaczka. Niespodziewanie jej życie odmienia się, gdy poznaje pana Bellinghama. Zaprzyjaźniają się ze sobą. Mężczyzna daje jej wsparcie. Jednakże jej pracodawczyni źle interpretuje charakter ich relacji i wyrzuca ją z pracy. Co może zrobić szesnastoletnia panienka bez rodziny, pracy i wykształcenia? Z opresji ratują ją pan Bellingham. Jednak ratunek to zbyt duże słowo. Naiwna Ruth za sprawą swojego ukochanego zostaje okryta hańbą.

Historia jakich wiele – i wtedy, i teraz. Łatwowierne dziewczę, pozbawione krztyny miłości, lgnie do zblazowanego bogacza, który da jej choć namiastkę uczucia. Może i historia typowa, ale ile odwagi musiała mieć Gaskell, by opisać tę historię z takim współczuciem, z taką empatią w swoich czasach. Podkreślę, że okazała ją w stosunku do kobiety. Bo wówczas to mężczyźnie wolno było mieć kochankę i było to akceptowalne, jako coś naturalnego. Na taką kobietę zaś patrzono z odrazą, z pogardą, wyzywano, obrażano, poniżano na każdym kroku. A Elizabeth sprzeciwiła się temu. Pokazała w pełnej haniebnej krasie całą tę podwójną moralność. Podwójne standardy oceny zachowań kobiet i mężczyzn. Pokazała całą niesprawiedliwość, całą tę krzywdę która spotyka kobiety.
Pisarka, poprzez wykreowanie postaci pana Bensona, pastora, który pomoże Ruth, pokazała, że można inaczej. Że można wykazać się zrozumieniem. Że nieustanna pogarda i pomiatanie nie są pomocą. Wychodzi on ponad typowe postrzeganie „kobiety upadłej”, a widzi człowieka, który cierpi. Widzi młodą dziewczynę, dziecko jeszcze, które popełniło błąd i brzemię tego grzechu będzie dźwigać do końca swoich dni. Czy to niewystarczająca kara? 



Pisarki epoki wiktoriańskiej to doskonałe obserwatorki i znawczynie ludzkich charakterów. Dzięki temu potrafią tworzyć wspaniałe portrety psychologiczne jednostek, ale także całych warstw społecznych. Ruth to typowa Mary Sue. Jest obdarzona anielską urodą, spokojem wewnętrznym, promieniuje dobrocią i pobożnością. Jest produktem swoich czasów – mocno religijna, cicha, potulna i uległa. Ideał. Myślę, że Gaskell celowo wyidealizowała jej postać, ażeby ukazać, iż „kobieta upadła” nie musi być z gruntu złym człowiekiem. Błąd nie przekreśla jej całego charakteru. Gdyby stworzyłaby postać wojującą z konwenansami, w jej czasach byłby to dowód, że kobiece bunty i rewolucyjne zachowania prowadzą do moralnego upadku. Autorka stworzyła jednak potulne dziewczę, które jest wzorem cnót. Jedyną jej wadą jest ogromna naiwność, która to sprowadził ją na manowce. Ale naiwność jest przywarą wieku młodzieńczego, którą mogli wybaczyć nawet współcześni pisarce, w przeciwieństwie do zepsucia moralnego. Ale nie omieszkała dodać do swojej powieści kobiety wojującej. Może jeszcze nie sufrażystki, może jeszcze niedokonującej żadnej rewolucji. Ot, po prostu młoda dziewczyna, która ma odwagę dyskutować i wygłaszać swoje poglądy – Jemina Brodshaw. Z przyjemnością czytałam o tej buntowniczce i obdarzyłam ją ogromną sympatią.
Reszta postaci również ma doskonale wykreowane charaktery. Gaskell tworzy zróżnicowanych ludzi, drobiazgowo przedstawia nam ich portrety psychologiczne, jak wszyscy dobrzy literaci przy pomocy charakterystyki pośredniej, dzięki czemu możemy poznać dokładnie mentalność ludzi w ówczesnej epoce. Co warto podkreślić, nawet osoby uczestniczący tylko przez chwilę posiadają wyindywiduwalizowany rys psychologiczny, co świadczy o niebywałych zdolnościach pisarskich autorki. Nie wszyscy są idealni i pobożni jak Ruth czy pan Benson. W „Ruth” wyidealizowana jest jedynie postać tytułowej bohaterki, reszta jest ludźmi z krwi i kości – grzeszącymi zaniechaniem, obłudą, egoizmem, próżnością… Jak to ludzie.

Po autorze epoki wiktoriańskiej nie można było spodziewać się niczego innego jak tylko kunsztownego języka. Elizabeth Gaskell posługuje się piękną mową, bogatą w ozdobniki, wyrafinowaną, a przy tym lekką i delikatną. Opisy zaprezentowane w powieści są plastyczne i bardzo obrazowe. Tłumaczka spisała się rewelacyjnie i dokonując przekładu tej książki, nie zgubiła ona jej cudownej atmosfery. Jak wspominałam wyżej, pisarka różnicuje postaci, nie tylko poprzez ich zachowanie, ale także poprzez język, jakim się posługują. Dzięki analizie idiolektu każdego bohatera możemy poznać jego pozycję społeczną, wykształcenie, a nawet charakter. To takie cudowne, przeczytać książkę pisarza, który nie jest laikiem, ale naprawdę umie pisać. Autora, który jest świadomy, że ludzie posługują się różnoraką mową, a stylistyka ich wypowiedzi wynika z cech ich charakteru.

„Ruth” ma wydźwięk moralizatorski. Gaskell jednoznacznie wskazuje nam, kogo mamy potępić, a komu współczuć. Dzięki takiej, a nie innej kreacji, stajemy po stronie Ruth i sami chcielibyśmy jej bronić przed okrutnym światem. Swoje zdanie, włożone w usta pana Bensona, uzasadnia wieloma cytatami z Biblii. Całkowicie to jednak akceptuje, gdyż wybujała religijność jest typowa dla angielskich pisarek epoki wiktoriańskiej.
Elizabeth krytykuje najwyższą warstwę społeczną w Anglii, która to jest żywym obrazem wyrażenia „podwójna moralność”. Głośno krzyczą o hańbie i moralności, ale gdy przychodzi, co do czego to właśnie oni „elegancko załatwiają sprawę”. Ponadto najbogatsi mężczyźni nie ponoszą konsekwencji swoich czynów. Znudzona postawa pana Bellinghama w obliczu złamanego życia Ruth wywołuje w czytelniku nienawiść.

Bardzo podoba mi się także wydanie książki. Okładka, oprócz tego że piękna, w zgrabny sposób nawiązuje do treści powieści. Wydanie MG jak zwykle jest estetyczne i schludne. Książka mimo swojej sporej objętości jest naprawdę lekka i podręczna.

O klasyce mogę mówić i pisać bez końca, ale teraz lepiej będzie, jeśli skończę. „Ruth” jest powieścią genialną. Zachwyciła mnie poetyckim brzmieniem języka, prostotą historii i jej kontemplacyjnym powolnym charakterem oraz zróżnicowaniem portretów psychologicznych postaci. Na dydaktyzm przymknęłam oko i z uśmiechem zrzucam to na karb uroku epoki wiktoriańskiej. Jeśli lubicie XIX-wieczne powieści dojrzałego realizmu, w stylu sióstr Brontё to polecam. Dla miłośników klasyki to lektura obowiązkowa. 9/10
 
Za tę literacką ucztę dziękuję wydawnictwu MG

czwartek, 2 maja 2013

Tajemnice i sensacje świata antycznego - Sławomir Koper



Wydawnictwo: Bellona
Data wydania: 2012
Liczba stron: 408

Książka ta po raz pierwszy została wydana w 1997 roku, jednak to wydanie, które prezentuję zostało poprawione i uzupełnione o dodatkowe eseje. Autor sam przyznaje, że gdy rozpoczynał swoją przygodę z pisaniem, to nie prezentował specjalnie wysokiego stylu literackiego. Teraz poprawił swój warsztat i przedstawia nam swoje zmodyfikowane dzieło.

Jeśli uważacie tę książkę za suchą publikację naukową to nie możecie się bardziej mylić. Pan Koper w swoim utworze przekazuje nam to, co obiecuje w tytule. Nic więcej, nic mniej -  tajemnice i sensacje świata antycznego. Zapoznał nas między innymi z faraonem, który był kobietą, przybliżył życiorys Juliusza Cezara z naciskiem na jego romanse (a kobieciarzem to on był, oj był), naświetlił związki kazirodcze w Egipcie, które były czymś całkowicie normalnym. Stosunki seksualne ojca z córką były na porządku dziennym. Autor przybliża nam temat miłości greckiej tak długo ignorowany przez historyków. Wiele obrazów i malowideł na wazach było cenzurowane by jak najskuteczniej wyciszyć ten kłopotliwy temat. Sławomir Koper zrzuca z piedestału Spartę, wyniesioną na niego przez film „300”. Gdy zapomni się o heroicznym poświęceniu oddziałów Leonidasa pod Termopilami ustrój Sparty straci swój cały urok. Przypomnimy sobie odrażającej machinie państwowej nastawionej na produkcje wojowników, społeczeństwo krańcowo totalitarne, odbierające wszelką indywidualność. I wiele innych.

Esejów jest szesnaście, a w każdym z nim przedstawia nam smakowite kąski z życia starożytnych sław i ludzi z uprzywilejowanych warstw społecznych. Autor wykonał rzetelną pracę, wyszukując anegdotki z życia ówczesnych celebrytów. Gdyby ci ludzie dziś byli sławni takie rewelacje znalazłyby się na pudelku lub w Fakcie. Pan Koper nie odmawia sobie snucia domysłów, co jest oczywiste z uwagi na to, że ubogie informacje, przetrwały do naszych czasów. Człowiek współczesny posiadający ogólnie przyjęte zasady moralne stwierdzi, że starożytne praktyki były obrzydliwe i niezrozumiałe (np.: stosunki homoseksualne z dwunastoletnimi chłopcami). Jednak łatwo nam oceniać, nie uczestnicząc w tym bezpośrednio, prawda?

Język autora cechuje się lekkością i lekko ironicznym wydźwiękiem. Absolutnie nie krytykuje, a nawet stara się nie oceniać postępowania opisywanych przez niego ludzi. Wydaje się, że wychodzi z założenia, że co kultura to obyczaj i nie powinno się wyrażać dezaprobaty, nie żyjąc w ówczesnym świecie. Całkowicie się z tym zgadzam i sądzę, że nie zniosłabym pełnego wyższości tonu, jak to my teraz jesteśmy bardziej cywilizowani od ludzi z Antyku.

Książkę czyta się naprawdę szybko. Esej ma przeciętnie 30 stron – wystarczająco by rozwinąć dostatecznie dany temat, ale zbyt mało, ażeby się znudził.

Pan Koper często odnosi się do stereotypowego wyobrażenia współczesnych o Starożytności i polemizuje z tym dość ograniczonym spojrzeniem. Niejednokrotnie by to zrobić odnosi się do filmów obrazujących tę epokę. Wytyka im nieścisłości historyczne, albo chwali za oddanie ducha ówczesnych czasów.

Jeśli zaś chodzi o politykę najbardziej rozbawiło mnie to, że ustroje się zmieniają, czasy się zmieniają tak jak i okoliczności, ale politycy ani trochę. Przeczytajcie tę książkę, aby zrozumieć dokładnie o co mi chodzi : - ) Władza wciąż deprawuje i pociąga. Życie wciąż kręci się wokół tego samego – w Antyku czy teraz – prestiż, sława, seks, pieniądze, potęga. To wszystko nieustannie jest motorem napędowym wszelkich działań. To wręcz smutne, że przez dwa tysiące lat nie ewoluowaliśmy.
Właśnie dlatego tak ważne jest, by znać historię. Frazes „ historia lubi się powtarzać” może być prawdziwy. Może warto by zajrzeć do tej książki i dojrzeć mimowolnie nasuwające się podobieństwa i uwolnić się w końcu z tego zamkniętego kręgu popełniania wciąż tych samych błędów.

Interesujący tekst uzupełniony jest zdjęciami.

Polecam zbiór esejów Sławomira Kopra. Zapewniam, że dla każdego, kto w choć niewielkim stopniu interesuje się historią to treść tej pozycji zaciekawi go, a może nawet obudzi w nim głód wiedzy.
Polecam właściwie każdemu: 8/10