czwartek, 20 lutego 2014

"Namiętności Marii Małgorzaty" Lisa Samson



Tłumaczenie: Jacek Bielas
Seria/cykl wydawniczy: Labirynty. Kolekcja prozy
Wydawnictwo: WAM
Data wydania: 31 października 2013
Liczba stron: 352


Pani Lisa Samson była do tej pory wielką niewiadomą dla mnie, jednakże od chwili gdy ujrzałam „Namiętności Marii Małgorzaty” w zapowiedziach to stwierdziłam, że muszę ją przeczytać! Nie wiem, skąd tak wielkie pragnienie sięgnięcia po tę powieść na wskroś chrześcijańską, ale nie mam zwyczaju walczyć z pragnieniami i przeczuciami. Dlatego też przyjęłam Marię Małgorzatę pod swój dach razem z jej wszystkimi namiętnościami. Czy dobrze na tym wyszłam?

Utwór Samson to wspomnienia tytułowej Marii Małgorzaty. Kobieta opowiada swoją historię z perspektywy czasu. Lekko lawiruje między retrospekcjami, a czasem dla niej teraźniejszym. Główna bohaterka dokładnie analizuje swoją przeszłość i robi pogodne rozliczenie z przeszłości. Dlaczego pogodne? Ano dlatego że miała dobre życie i niczego nie żałowała. Wszystko, co kiedykolwiek uczyniła zrobiła w zgodzie ze sobą i z religią chrześcijańską.
Tytułowa postać książki to mocno religijna kobieta. Jak dowiedziałam się na początku jej matka miała zostać zakonnicą, ale została zgwałcona przez księdza. Z tego aktu urodziła się Maria Małgorzata. Wychowała ją babcia z ciotką i wkrótce potem została wysłana do szkoły katolickiej. Wiedzie sobie spokojny żywot, pozbawiony większych emocji, aż do czasu gdy dziewczynka pozna Józefa Kellera. To typowy „zły chłopiec” z trudnej rodziny, sprowadzający dziewczęta na złą drogę. Maria Małgorzata widzi więcej. Dostrzega skrzywdzone dziecko przez tych, którzy powinni je chronić. Na przestrzeni lat ich drogi często będą się rozchodzić, ale Bóg koniec końców zawsze będzie prowadził ich do siebie. Jak dwa magnesy nieustająco będą się przyciągać. Po tym gdy po raz pierwszy się ujrzeli ich życia splotły się bezpowrotnie.
Głowna bohaterka nosi w sobie tajemnice – rozmawia z Jezusem. Jest jej najlepszym przyjacielem, mistrzem, nauczycielem, powiernikiem, kompasem i opoką. Wszystkim. Wykonuje każde jego polecenie, gdyż on chce dobra całego świata.

Nie przepadam za książkami o charakterze religijnym, dlatego jestem zdumiona, jak bardzo mi się podobała! Moja notka charakteryzująca historię brzmi ckliwie, ale nie jest tak w nawet najmniejszym stopniu. Książka to opowiada o krętych drogach dojścia do boga. Dla Marii Małgorzaty droga religijna była oczywistym wyborem – była pobłogosławiona osobistym kontaktem z bogiem. Józefa zaś była niesamowicie kręta i trudna. Chłopak (później mężczyzna) popełnił wiele błędów. W oczach wielu zapewne byłby stracony, ale nie dla głównej bohaterki oraz boga. Historia ta przesycona jest smutkiem, ale pełnym nadziei i pragnienia zmiany na lepsze. Wzruszyłam się, czytając o tak niezachwianej wierze.

Kompletnie nie podobały mi się fragmenty mistyczne, opisujące wizje Marii Małgorzaty. Jak dla mnie były bardzo sztuczne i nienaturalne. Przez te niemrawe i dość infantylne fragmenty zakwalifikowałam tę książkę do fantastyki.

Polubiłam główną bohaterkę. To naprawdę urocza osoba. Ma zupełnie inny system wartości niż ja, ale doskonale poznałam jej sposób myślenia, dzięki narracji pamiętnikarskiej. Maria Magdalena urodziła się naznaczona smutkiem i tragedią. Ta melancholia unosi się przy niej nieustannie, mimo że jest bardzo pozytywną osobą.  Niestety jej relacja wydawała mi się momentami dziecinna. Język niestety, mimo dość rozbudowanej struktury i urozmaicenia, to trącił patosem, a jednocześnie prostodusznością. Językowo nie jest najlepiej, jednakże nie jest to nic do nienaprawienia.

Polecam tę książkę, szczególne osobom religijnym. Niesie ze sobą naprawdę wiele emocji i różnorakich przeżyć. Jestem zadowolona, że zapoznałam się z tą historią, mimo jej licznych mankamentów.

środa, 5 lutego 2014

"Sklep potrzeb kulturalnych - po remoncie" Antoni Kroh

Data wydania: 9 października 2013
Liczba stron: 460


Jak wyobrażamy sobie tradycyjnych górali? Ja widzę oczyma wyobraźni krzepkiego mężczyznę, w obcisłych portkach z prostolinijnym usposobieniem. To generalizacja, ale poniekąd słuszna. Podhale tamtych lat wydaje się czyste i nieskalane złem świata.
Podhale. Dziś potocznie nazywamy to cały obszar górski w południowej Polsce. Zgadzało się jedynie powiązanie z południową Polską. To region kulturowy, mieszczący się u północnego podnóża Tatr i w dorzeczu Dunajca. Zajmuje środkową część Kotliny Podhala, na południu wkracza w Tatry. „Sklep potrzeb kulturalnych” to książkach o góralach pisana nie tylko przez etnografa, ale także przez człowieka, który żył pośród nich i może opisywać tamtą kulturę z dwóch perspektyw – Warszawiaka i człowieka wychowującego się na Podhalu. 
Antoni Kroh mieszkał przez kilka lat w Bukowinie Tatrzańskiej. Z zawodu jest etnografem i posiada uprawnienia przewodnika tatrzańskiego. Opowieści i legendy chłonął i zapamiętał podczas pracy w Muzeum Tatrzańskim w Zakopanem. Za młodu zamieścił kilka tekstów w kwartalniku „Polska Sztuka Ludowa”.

Po przeczytaniu tej książki pokochałam Podhale, podobnie jak autor. Publikacja wydaje się apoteozą góralszczyzny w latach 50., 60., 70. Ja, jako miłośniczka wszystkiego, co dawne, minione i przeszłe, jestem zachwycona klimatem ówczesnych lat. Do tej pory tamten okres kojarzył mi się z szarzyzną i absurdem, ale Pan Kroh wyprowadził mnie z błędu. Ze swobodą opowiada anegdotki ze swojej młodości. Opowiada tak barwnie i kolorowo, że aż pragnie się spakować walizkę i uciekać od cywilizacji jak najdalej. Początkowo Pan Antoni Kroh opowiada o swoich najmłodszych latach, kiedy to ledwo przyjechał do Bukowiny Tatrzańskiej. Zderzenie chłopca z Warszawy z tamtejszą kulturą owocuje wieloma przezabawnymi sytuacjami. Opowiada swoje przygody ze swadą i z ironicznym żartem. Pan Kroh relacjonuje swoje przygody tak barwnie, że miałam wrażenie, iż widzę oczyma wyobraźni tego chłopca. Wspaniałe jest to, że autor publikacji zarejestrował rzeczywistość przez pryzmat młodzieńca i opowiada je z bystrością i świeżością dziecka. Poparł to ogromną wiedzą dorosłego etnologa, tworząc książkę naukową niemalże idealną. Nie dość, że jest rzetelna i mądra to jeszcze komiczna i oryginalna. Nawet ta apoteoza Podhala nie trąci afektacją, dzięki chwilom sarkazmu, co widać np.: gdy pisarz opisuje absurdy PRL.

Antoni Kroh posiada ogromną wiedzę o Podhalu i chylę czoła przed tak olbrzymimi wiadomościami. Co najlepsze to nie są tylko powtarzane legendy, ale mężczyźnie zdarza się odkłamywać różnorakie informacje. Przykładem może być taniec zbójnicki – każdy sądzi, że to odautorski pomysł zbójców mieszkających w lasach, którzy tak dopracowali swoje tańce, że każdy poruszał się idealnie. A jednak prawda jest bardziej prozaiczna - niejaki Szczęsny Połomski naczelnik Sokoła w Nowym Targu, by czterdzieści pięć lat później wykorzystywać go ku chwale nowych czasów
„Niechaj zyje w somej rzecy
Sojus hłopsko-robotnicy”

Ta książka to nie tylko tekst, ale i wspaniałe zdjęcia. „Sklep potrzeb kulturalnych” to reprodukcje obrazów, zdjęć i rysunków. Dzięki temu mogłam doskonale wyobrazić sobie strój bukowiński, krajobrazy, prywatne zdjęcia z kolekcji Antoniego Kroha, fotografie np.: klamek w stylu zakopiańskim. Autor stara się zawsze zawrzeć zdjęcie opisywanej postaci, jako uzupełnienie swoich wywodów. Często także pokazuje zdjęcie kapliczek, czy też kościołów i innych dzieł sztuki związanych z Podhalem np.: obrazy Witkacego. Zresztą warto wspomnieć o licznych tekstach cytowanych w książce, którymi to w piękny sposób popiera wyrażane przez siebie poglądy. Wspominałam wcześniej o Witkiewiczu i to on wiedzie prym, który to czuł wielki sentyment do Zakopanego, ale też Kochanowski, czy też Iwaszkiewicz. Antoni Kroh często też cytuje inne publikacje naukowe na temat Podhala i samej Bukowiny Tatrzańskiej, dzięki temu mogę jeszcze bardziej pogłębić swoją wiedzę na ten temat.

Jestem szczerze zachwycona „Sklepem potrzeb kulturalnych – po remoncie”. To nieistotne czy już kochacie kulturę zakopiańską, czy dopiero to stanie się po przeczytaniu tej książki. To piękne wspomnienia z czasów, które nigdy już nie wrócą.

niedziela, 2 lutego 2014

"Trup z Nottingham"



Wydawnictwo: Officynka
Data wydania: 9 lipca 2013
Liczba stron: 416


Informacji o Saszy Hady zaczęłam szukać dopiero po skończeniu czytania „Trupa z Nottingham” . Nazwisko pisarki brzmi enigmatycznie i zagranicznie, tym większe było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że jest Polką. Mieszka w Krakowie, ale to dziecko lasu. Podobno jej korzenie sięgają Rzeszowszczyzny i posiada w swoich żyłach krew tatarską. Skąd moje zaskoczenie? Ano stąd, że Szasza Hady pisze niczym pisarka zagraniczna. Nie jest to ani pochwała, ani nagana, tylko stwierdzenie faktu. Młoda artystka pisze z cudzoziemską manierą i jest przykładem na to, że polscy pisarze nijak nie odstają od standardów światowych, zaś niechęć do nich jest niezrozumiała.

Nie czytałam poprzedniej części, z tego względu będę oceniać „Trupa z Nottingham” bez całościowego spojrzenia. Mogę jedynie zapewnić, że opisywana tutaj książka funkcjonuje samodzielnie i może być czytana bez znajomości „Morderstwa na mokradłach”. Rzecz ma miejsce w Londynie. Nicholas Jones znany także jako Alfred Bendelin zostaje niecnie wciągnięty w śledztwo dotyczące morderstwa Waltera Darringtona – współwłaściciela wydawnictwa książkowego. Detektyw rozpoczyna śledztwo i pogoń za zabójcą.  Okazuje się, że zamordowany mężczyzna miał wielu wrogów z powodu jego trudnego charakteru. Motywów jest mnóstwo, podobnie jak podejrzanych, ale który z nich wystarczająco go nienawidził, by zabić? Kto miał w sobie tyle żalu i nienawiści, by odesłać go na drugą stronę? By rozwiązać  tę zagadkę główny bohater musi przeniknąć do wydawnictwa i zrozumieć powiązania między pracownikami.

Uważam ten kryminał za poprawny, ale niestety nic ponadto. Podobała mi się cała historia. Jest ciekawa, a zagadka nie jest jednoznaczna. Czytałam „Trupa z Nottingham” z wielkim zainteresowaniem. Nie mogłam się doczekać, aż dowiem się, kto jest mordercą i z trudem powstrzymałam się przed przeczytaniem ostatniego rozdziału. Przyznaję Pani Hady to, że posiada wielką wyobraźnie i stworzyła intrygującą historię z zaskakującym zaskoczeniem. Kompletnie się nie spodziewałam takiego rozwiązania sytuacji. Pisarka myli tropy z wielką wprawą. Ja sama pragnęłam ze wszystkich sił rozwiązać tę zagadkę, jednak nie powiodło mi się.

„Trup z Nottingham” to kryminał w angielskim stylu z tą wspaniałą, angielską atmosferą. Niestety chwilami strony się dłużyły i miewałam wrażenie, jakby książka składała się głównie z takich momentów. Choć lubię angielską monotonie w książkach klasycznych, to jednak w kryminale oczekuję więcej dynamizmu.

Co do charakterów to podobały mi się. To dość ciekawe i zróżnicowane osoby. Osobiście dodałabym im trochę więcej życia, jednakże to wizja Saszy Hady. Pomysł na głównego bohatera i jego alter ego to coś wspaniałego i naprawdę świetnie opisanego.

Angielski humor został zaprezentowany przez pisarkę ze smakiem i umiarem. Najzabawniejsze sceny to te z ciotkami Nicka. Nadawały książce lekkości i dowcipu. Trochę za mało było tych momentów, ponieważ „Trup z Nottingham” przytłacza angielską flegmą. Sasza Hady to początkująca pisarka, ale językowo powieść jest poprawna. Opisy są bardzo zgrabne, a dialogi inteligentne i potrzebne dla rozwoju akcji. Rzeczywiście pisarka czasem przynudza, jednak robi to z wdziękiem.

Powieść dla mnie jest  umiarkowanie dobra. Widać, że pisarka czerpała z klasyków brytyjskiej literatury kryminalnej, ale nie ma nic w tym złego, gdyż choć świat jest pokrewny, to jednak intryga zaskakuje i nie pozwala odłożyć tej książki nawet w nudnych momentach. Pisarka ma wielki potencjał i sądzę, że z każdą kolejną powieścią będzie tylko lepiej.

czwartek, 23 stycznia 2014

„Dar Anioła” Krzysztof Rutkowski

Wydawnictwo: Wydawnictwo Iskry
Data wydania: 20 marca 2012
Liczba stron: 180

Nie, to nie jest powieść znanego detektywa celebryty. Autor tej książki to Krzysztof Rutkowski – pisarz, tłumacz, eseista i wykładowca, urodzony w Warszawie. Współpracował z radiem Wolna Europa oraz France International. Stworzył dwa gatunki literackie – pasaż oraz przepowieść.  Ten pierwszy nawiązuje ideą i nazwą do Waltera Benjamina. Zaś Pan Rutkowski nazwał tak formę literacką, w której może płynnie przechodzić od faktów historycznych przez nastrojowość, klimat i atmosferę znanych miast. A to wszystko przyprószone eseistyczną refleksją nad kulturą i sztuką. W pasażu zupełnie naturalne mieszanie jest fikcji z prawdą. Przepoweść to gatunek z pogranicza eseju, prozy i tekstu naukowego.


„To, co najbardziej w człowieku wzniosłe i podniosłe, (…) pozostaje w tajemniczym związku z tym, co w człowieku najbardziej przyziemne.”

W zaprezentowanej książce pojawia się zbiór esejów (przepowieści, jak nazywa to pisarz), które są najczęściej sprowokowane, czytaniem jakiegoś tekstu. Teksty to  prawdziwe retoryczne popisy elokwencji. Pojawiają się moi ukochani twórcy, jak Rilke czy Eliot. Krzysztof Rutkowski poświęca uwagę także sztuce plastycznej np.: Van Gogh. Dało mi to nowe spojrzenie na twórczość tych artystów. Przeanalizowałam ich pod zupełnie nowym kątem i zauważyłam fascynujące niuanse wskazane przez pisarza. Punkty wyjścia do rozważań niekiedy bywają dziwaczne, ale wielce fascynujące. Czasem zaskakujące, innym razem absurdalne, ale zawsze ciekawe. Tekstom kultury nadaje po prostu nowe życie. One znów przemawiają nieznanym dotąd głosem.

„Rysy ludzkie są niewyraźne i niepewne. Pojawiają się i znikają. Zakładają maski. Ruchome jak piasek.”

Z pewnością nie jest to publikacja, którą czyta się lekko. Wymaga przygotowania. Trzeba wiele znać, dużo widzieć i czytać, by zrozumieć te popisy krasomówstwa. Jednokrotne czytanie zdecydowanie nie wystarczy, by w pełni zrozumieć i ogarnąć umysłem głębie. Poza tym autor jednocześnie wydaje się penetrować kilkanaście tematów na jeden raz, więc ażeby wyciągnąć z nich jak najwięcej należy przeczytać „Dar Anioła” kilka razy. Pan Rutkowski stara się porządkować myśli, dzieląc tekst na podrozdziały. Przepowieści można czytać w dowolnej kolejności. Można tylko, po co?

„Ciało się rozkłada. Mineralizuje. Nadciąga rzeczywistość.”


Sądzę, że każdy człowiek z osobna, może inaczej odebrać te teksty. Poprzez pryzmat własnej wiedzy, doświadczeń i poglądów. To swobodny potok myśli pisarza, który niczym w efekcie domina ewokuje nasze własne doświadczenia.

Trudno podsumować jednym słowem całe bogactwo językowe Pana Rutkowskiego. To doskonale wykształcony człowiek, posługujący się pięknym językiem. Jego wiedza z zakresu literatury i sztuki to coś godnego podziwu. Co mi przeszkadzało w tej książce to to, że wydaje się niesamowicie hermetyczna. Uważam, że mam dużą wiedzę na temat historii sztuki i literatury, ale było to dla mnie bardzo trudne do przyswojenia. Z drugiej strony autor pokazał mi, jak niewiele jeszcze wiem o klasykach wszelakich. Czy to naprawdę nowy gatunek literacki? Czy to nie przesada? Wszak mnie wciąż wygodniej posługiwać się formą „esej” niż nazwą „przepowieść”.

„Nie można zwlekać z kochaniem, bo pozostanie tylko złoto i gnijące trzewia.”

Pochwalę wydanie, bo jest naprawdę piękne i wymuskane. Książeczka jest mała, ale w pięknej oprawie. Nakładkę można zdjąć i sama twarda oprawa jest biała i przyozdobiona pojedynczym piórkiem.

 Polecam znawcom kultury. Ja z pewnością sięgnę po inne książki Pana Krzysztofa Rutkowskiego, ale nieprędko.

piątek, 10 stycznia 2014

Wszechświaty - Leonardo Patrignani



Tłumaczenie: Bożena Topolska
Tytuł oryginału: Multiversum
Seria/cykl wydawniczy: Wszechświaty tom 1
Data wydania: 20 sierpnia 2013
Liczba stron: 272

Gdy fizycy powtarzają, że podróże w czasie i między wymiarami są możliwe, wyśmiewam to. Trudno pojąć, że mogą istnieć równoległe światy. Póki co, są to rewelacyjne pomysły na książki, ale kto wie, jaka przyszłość czeka tuż za rogiem? Może wkrótce takie wizje nie będą kwestią wiary, religii, fantazji uczonych czy osobistych przekonań, a faktem udowodnionym naukowo i empirycznie.

Leonardo Patrignani pokusił się o debiut literacki, którego akcja dzieje się jednocześnie w wielu światach. Trzeba przyznać, że trafił w idealny moment na wydanie książki, bowiem powieści fantastyczne z elementami antyutopijnymi przeżywają właśnie swoje pięć minut, dlatego też utwór tego artysty, przynajmniej w mojej opinii, jest skazany na sukces. Zanim jednak autor objawił swój talent pisarski światu, zajmował się dubbingiem i graniem w zespole heavy metalowym.
Rzecz ma miejsce w niedalekiej przyszłości. Alex i Jenna to nastolatkowie połączeni specyficzną, telepatyczną więzią. Nigdy się nie widzieli, a jednak od czterech lat doświadczają krótkich, przypominających bolesne ataki padaczki, wizji wzajemnych myśli i emocji. To wystarczyło, by dwoje ludzi obdarzyło się uczuciem. Z biegiem czasu wizje są coraz mniej bolesne, a ich częstotliwość wzrasta, nic więc dziwnego, że młodzi chcą się wreszcie spotkać w realnym świecie. Ich racjonalne umysły wciąż jednak negują prawdziwość doświadczeń. Mimo to oboje są sobą zauroczeni, dlatego postanawiają się spotkać. Odległość nie jest dla Alexa problemem w przeciwieństwie do Jenny, która to nie może swobodnie opuszczać miasta. Wsiada w samolot i odbywa podróż z Mediolanu do Melbourne. Tam zakochani pojawiają się w wyznaczonym miejscu o umówionej porze, jednak nie udaje im się zobaczyć. Prędko okazuje się, że nie tylko odległość dzieli tę dwójkę, ale też wariant rzeczywistości, w której żyją… Czy cierpią na wspólne przywidzenie? A może świat jest po prostu inny niż im się dotychczas wydawało? Jakie przygody spotkają młodych podróżników i czy uda im się zapobiec katastrofalnym w skutkach wydarzeniom?

Pomysł na książkę jest zachwycający! Choć już wcześniej sięgałam po powieści opowiadające o miłości ponad czasem i przestrzenią, to sposób zaprezentowania tego we Wszechświatach to coś zupełnie odmiennego. Idea światów równoległych została przedstawiona spójnie i klarownie, mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że brzmi bardzo prawdopodobnie, że gdzieś tam w alternatywnej rzeczywistości żyjemy i dokonujemy odmiennych wyborów. Chciałeś być lekarzem, ale zostałeś nauczycielem? W innym wymiarze jesteś medykiem. Marzyłaś o karierze prawniczej, ale los zdecydował, że poświęciłaś się opiece nad domem? Wiedz, że inna wersja twojej osoby jest wziętym prawnikiem. My nigdy nie spotkamy siebie z innych wymiarów. Jak się okazuje tylko Jenna i Alex mają zdolność podróżowania między nimi.
Wszechświaty to dopiero swoisty wstęp do trylogii pod tym samym tytułem. Pisarz stara się delikatnie wprowadzać czytelnika w imaginarium i największą część książki poświęca prawidłom kierującym światem przedstawionym. Autor powieści prezentuje kompletny miks gatunkowy. To taka mieszanka składająca się ze sporej garści romansu wbrew wszystkiemu i wszystkim, dużej dozy tajemnicy z przeszłości w polewy fantastycznonaukowej. Danie uwieńczone zostało postapokaliptycznymi wizjami mrocznej przyszłości. Niewątpliwe Wszechświaty to ciekawa i dość oryginalna powieść. Czyta się ją z niemałym zainteresowaniem, ponieważ ma w sobie coś frapującego, kompletnie nieszablonowego. Każdy element z osobna brzmi dobrze. Jednak połączone razem nie tworzą idealnej całości. Czuć jakieś zgrzyty i dysonanse. Leonardo Patrignani ma warsztat, co mnie zdziwiło, bo to rzadkie przy okazji debiutów, i wie, co chce przekazać czytelnikowi, ale nie potrafi dyrygować wszystkimi aspektami książki. Orkiestra złożona z fabuły, języka, bohaterów, wydarzeń i wielu innych gra różne utwory i choć osobno to piękne kompozycje, połączone w jedność brzmią jak kakofonia dysharmonicznych dźwięków. Dyrygent, który powinien zapanować nad chaosem, został zignorowany. Myślę, że to nie jest wielki błąd, a i liczę, że w kontynuacji pisarz opanuje wszystkie elementy, tworząc z nich spójną całość.

Mimo miszmaszu gatunkowego i wielu wydarzeń rozgrywających się na kartach powieści, niekiedy książka się dłuży. Fabuła jest niezwykle spójna. Każde wydarzenie ma znaczenie dla rozwoju akcji i prędzej czy później nawet zupełnie nieistotne epizody nabierają sensu. Autor zrezygnował z wątków pobocznych. Uparcie trzyma się głównej intrygi, wprowadzając tylko ważne postacie i rekwizyty. Jeśli pojawia się strzelba, to na pewno wystrzeli.

Kreacje bohaterów są dość dobre. Niestety nie potrafiłam się ze wszystkimi zidentyfikować. Najbardziej polubiłam niepełnosprawnego przyjaciela Alexa – geniusza komputerowego, Marca. W wypadku samochodowym stracił rodziców i władzę w nogach. Oczywiście zdarzyło się to w jednej z rzeczywistości. W innych wariantach wiedzie szczęśliwy żywot u boku kochającej rodziny. Mam nadzieję, że jego postać zostanie mocniej zaakcentowana w kolejnych tomach.

Język tekstu jest dość dobry. Szczególnie podobały mi się filozoficzno-naukowe rozważania dotyczące teorii wieloświatów. Opisom niewiele mogę zarzucić, zaś dialogi tylko niekiedy brzmią drętwo. Osobiście sądzę, że siłą twórczości tego autora będą teoretyczne analizy światów przedstawionych, a to dlatego, że tworzy je bardzo spójne i pięknie o nich opowiada.
Miałam ogromne oczekiwania wobec tej książki. Spodziewałam się, że intrygująca i pomysłowa okładka, nawiązująca do treści, kryje równie fascynujące wnętrze. Wszechświaty niezupełnie podołały wysoko postawionej poprzeczce. Nie mogę im jednak odmówić tego, że są przemyślane od początku do końca. Każde wydarzenie jest dopełnieniem całości. Motyw międzywymiarowej miłości został zaprezentowany w bezpretensjonalny sposób. Myślę, że to dobra książka młodzieżowa. Polecam ją szczególnej uwadze, gdyż myślę, że kiedyś jej autor zyska w oczach wielu osób.