Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2/10. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 lipca 2016

Nienasyceni - Meg Cabot

Jako mała dziewczynka wszędzie malowałam księżniczki w krynolinach i zaczytywałam się w serii „Pamiętnik księżniczki”. Marzyło mi się, że kiedyś przyjdzie do mnie człowiek z informację, że jestem zaginioną królewną jakiegoś małego państewka. Dlatego też z rozrzewnieniem wspominam tę autorkę. Popełniłam błąd, zbezcześciłam piękne wspomnienia.


„Nienasyceni” to najbardziej typowy romans paranormalny, jaki może istnieć. Nie ma w niej nic zaskakującego – wszystko można przewidzieć już po kilku pierwszych stronach. Powieść opowiada przygody Meeny Harper piszącej dialogi do popularnej telenoweli. Posiada także nadnaturalny dar – wie, kiedy ktoś umrze. W specyficznych okolicznościach poznaje rumuńskiego księcia Luciena. Co ich połączy? Czy to przypadkowe spotkanie może być zaczątkiem pięknej, ale niebezpiecznej miłości?
Kreacje postaci są bardzo przeciętne, nic specjalnego. Meena to typowa amerykanka w wieku średnim. Autorka usilnie próbuje nam wmówić, że ta idiotka ma jakieś życie wewnętrzne. Ale nie pani Cabot – ja sobie takich kocopołów wmówić nie dam! Widać, że pisarka przyzwyczajona jest do dziecięcego targetu, bo bohaterów „Nienasyconych” dojrzałymi nazwać nie można. Pomnę milczeniem kreacje wampirzego amanta – to ideał i tyle w tym temacie.
Książka miała być żartobliwa i zahaczać o pastisz gatunku. Nie wyszło. Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć śmieszne żarty. A postaci mające z założenia być humorystyczne są jedynie irytujące – przykładem może być brat Meeny Jon. Trzydziestolatek bez pracy i perspektyw, żyjący na koszt swojej siostry, a jedyny jego wkład w życie rodzinne to okazjonalny żarcik niskich lotów.
Język był poprawny. Jak na autorkę książek z tak dużym stażem to odrobinę za mało. Powinna już sobie wyrobić charakterystyczny styl pisania. Jestem rozczarowana.
Akcja jest niezmiernie przewidywalna. Cabot poleciała taką sztampą, że aż mi się słabo robi. Fabuła jest przewidywalna i nie ma w sobie nic nowatorskiego. Końcówka odrobinę mnie zaskoczyła, ale ostatnie strony to za mało, by uratować całą książkę. Dodam jeszcze, że w książce nie ma scen erotycznych. Są one jedynie zasugerowane.
Czy mogę coś jeszcze dodać? Nie wydaje mi się. Książeczka jest płytka, ma w sobie niewiele treści. Nie polecam, chyba że zagorzałym fanom paranormal romace. 2/10

czwartek, 18 lutego 2016

Ukąszenie - Lynsay Sands

Daję 2/10. Z litości.


Sama nie wiem od czego zacząć, ponieważ fabuła jest tak skrajnie głupia, że czuję się jak idiotka, próbując ją opisać. Otóż żyje sobie pewna wampirza Lissianna, która ma fobię na punkcie krwi. Gdy ją widzi to momentalnie mdleje. To trochę utrudnia jej funkcjonowanie w swojej społeczności. Dlatego też jej matka w 202 urodziny Lissi organizuje jej pomoc psychologa. Oczywiście wampirza rodzina nie wykazuje się subtelnością i rzeczonego psychologa porywają i przywiązują do łóżka, zawiązując mu czerwoną kokardkę na szyi. Gdy przybywa główna bohaterka bierze go za seksualnego niewolnika. Seks z seksowną dziewczyną od razu poprawia panu psychologowi humor i przestaje się przejmować, tym że go porwali i związali. Logiczne.


Pytanie brzmi: jak mogłam przeczytać coś tak głupiego? No jak widać mogłam, ale to było straszne przeżycie. Niewiele się dzieje, bo tak naprawdę to chodzą z kąta w kąt i uprawiają seks, bądź też grę wstępną. Powieść to komedia pomyłek, w których zorientowałam się od razu, zaś bohaterowie nie, co tylko wzmagało moją irytację nad ich skrajną indolencją umysłową. Może zbyt duża ilość seksu im się rzuciła na mózgi? W każdym razie od dwustudwulatki oczekiwałam więcej dojrzałości i łączenia faktów. A ona zachowywała się jak roztrzęsione dziecko, a raczej nastolatka nabuzowana hormonami. W pewnym momencie okazuje się, że tak naprawdę to ta powieść zmierza donikąd. I pytasz sam siebie – dlaczego to czytam? Chyba tylko po to, by napisać uczciwą recenzje i wylać w niej wszystkie swoje frustracje na beznadziejnych pisarczyków. Fabule brak jakieś dynamizmu, czegoś co by ją napędzało, bo ja się domyśliłam od razu, jak potoczą się losy dwójki bohaterów i rozumiałam w przeciwieństwie do nich samych, że gonią własny ogon i zamiast uciekać, to winni usiąść i wysłuchać drugiej strony konfliktu. Oczywiście wówczas, nie byłoby tylu śmiesznych momentów. HIHI.


Bohaterowie to masakra. Wzbudzali tylko moją ciągłą irytację. Pan psycholog ma na imię Greg i jest trzydziestopięcioletnim, wykształconym człowiekiem. A zachowuje się tak idiotycznie, że aż boli. Wiem, całkiem możliwe, że sporo nie bzykał i tak jakoś wyszło. Ech… Główna bohaterka ma zaś umysł zamrożony w stanie wiecznej nastolatki. Jej wypowiedzi są takie głupiutkie. Nie głupie, ale głupiutkie, czyli takie które jednocześnie pretendują do miana uroczych. Powinna mieć dwa kucyki, krótką spódniczkę i lizaka, wtedy byłaby w pełni wiarygodną postacią dwustudwuletniej wampirzycy.


Co do języka… Pani Lynsay Sands napisała całkiem sporo powieści, a jednak zachowuje się jak laik. Pominę wszystkie żenujące opisy seksualnego rozbudzenia wampirzycy. Najgorsze było dokładne streszczanie, kto, jak i w co jest ubrany. Ponadto skrupulatnie opisuje czynności związane z higieną – ogoliłam się, wysmarkałam i podtarłam pupę po defekacji. Do tego całokształt tekstu brzmiał po prostu bardzo dziecinnie.


„Ukąszenie” to naprawdę przewidywalna powieść. Gdyby normalny, średniointeligentny człowiek znalazłby się w podobnej sytuacji, to prędko by się domyślił, co powinien zrobić, zamiast biegania bez celu. Przede wszystkim byłam znudzona tą książką. Brak jej dynamizmu. Nie polubiłam bohaterów, wręcz ich znienawidziłam i krzyczałam wewnętrznie: „zastanówcie się!”. Polecam tylko osobom, które zaczytują się w paranormal romance. We mnie ta powieść wywołała zniesmaczenie i zażenowanie, że można stworzyć coś tak dennego i nie wstydzić się tego wydać.



środa, 6 sierpnia 2014

"Ja, potępiona" Katarzyna Berenika Miszczuk



Seria/cykl wydawniczy: Wiktoria Biankowska tom 3 - ostatni
Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: październik 2012
                                                  
Recenzja może zawierać spojlery.

I oto, dokonało się. Trylogię Pani Katarzyny można uznać za zakończoną. Ostatnimi czasy zastanawiam się, czy to ja ewoluowałam na nowy poziom, czy to serie mają tendencje spadkowe. O ile „Ja, diablicę” parę lat temu uznałam za powieść przeciętną to aktualnie uznaję ostatnią część za zwykły gniot.

„To smutne, ale ze śmiercią ci do twarzy.”

Wiki po raz kolejny umiera. Przez przypadek, ale jednak. Na skutek diabelskich machlojek trafia do Tartaru. To najgorsze możliwe miejsce, bez radości, barw, czy jedzenia innego niż ziemniaki… Trafiają tam potępione dusze morderców, psychopatów i innego patologicznego elementu. W sam środek tego ponurego miejsca trafia Wiki. Od progu robi sobie wrogów. Hitler za nią nie przepada, Kuba Rozpruwacz mimo kurtuazji uważa ją za osobę arogancką, a Neron panicznie się jej boi. Nie wspominając już o Elżbiecie Batory, która pragnie wykąpać się w jej krwi.

„Nikt nie będzie mnie mordował bez ważnego powodu!”

W pierwszej części najbardziej podobał mi się pomysł. Był on naprawdę nowatorski i kreatywny. Nigdy wcześniej nie spotkała się z taka wariacją na temat piekła i nieba. W trzeciej części pomysł spowszedniał. Cały ten absurd zrobił się zbyt niedorzeczny, zaś cała fabuła nakreślona jest zbyt grubą kreską. Przez to powieść wydaje się po prostu dziecinna. Coś jak bzdurny sen małego dziecka.

„Biada nam. Socjopata napalił się na socjopatkę. To może skończyć się rzezią, kiedy trzecia socjopatka, właścicielka wcześniej wspomnianego socjopaty, się o tym dowie.”
                                                                                                                                                                    
Co bardzo mi przeszkadza to zahamowanie rozwoju u Pani Miszczuk. Czytając pierwszą część zdawałam sobie sprawę, że to dopiero początek jej kariery i próbowałam ze zrozumieniem patrzeć na jej infantylny język. W ostatnim tomie nic się nie zmieniło. Styl wciąż jest niewprawny, a zasób słownictwa ubogi. Pisarstwo to rzemiosło – trzeba je doskonalić.

„Charon przerażał mnie bardziej niż Śmierć. Mimo, że obydwoje najwyraźniej zaopatrywali się w tym samym butiku. -Nie znasz przypadkiem Śmierci?- zagadnęłam. -To moja siostra- odparł. Współczuję rodzicom...”

Fabuła mnie znudziła, mimo że wszystko było takie szybkie, prędkie, migające wręcz. Mnóstwo rzeczy następuje śpiesznie po sobie, próbując ukryć fakt, że autorka nie ma tak naprawdę dobrego warsztatu, ani też spójnego pomysłu na zakończenie. Pani Katarzyna nie miała praktycznie żadnego pomysłu na tę trzecią część. Powtórzyła schemat poprzednich. Wiki trafia do nadprzyrodzonej krainy, robi tam rozróbę, ktoś próbuje przejąć władzę nad światem… Ile można? Najwidoczniej dużo razy.
SPOJLER
Autorka często gęsto szła po najlżejszej linii oporu. Mogę przytoczyć pewną sytuację. Wiki ucieka z Tartaru. Naturalnie łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Powstrzymać mają ją liczne potwory i pułapki. Jednakże autorka nie bardzo miała wyobraźnie i umiejętność opisać walki, zasadzki itp. Więc co zrobiła? Ano zrobiła tak, że Wiki zasnęła, a gdy się obudziła to dowiedziała się, że wszystkie potwory są już zabite… Czy tylko dla mnie jest to żałosne?
KONIEC SPOJLEROWANIA

O postaciach nie będę się wypowiadać, bo to jest totalna porażka. Głupia i pusta główna bohaterka, odwieczne anioły i demony, które bekają (!) i zachowują się jak dzieci. Piotruś, który chodzi za nią jak szczeniak. A no i jeszcze adorator główny o wyglądzie boskiego Alvaro. Byli oni nieautentyczni, sztuczni w swoim pseudosmiesznym zachowaniu. Wiem, że ta cała groteskowość książki była zamierzona. Że przez to miało być śmiesznie, ale widocznie nie posiadam poczucia humoru. Dla mnie był to dowcip najniższych lotów.

Może i książka nie jest tak dramatycznie zła, jak ją zaprezentowałam. Nawet dwukrotnie się zaśmiałam (tak, liczyłam zabawne momenty). Ale to chyba troszkę mało jak na powieść z założenia komediową… Przez większość powieści czułam zażenowanie i niesmak. Do tej pory stosowałam wobec Miszczuk taryfę ulgową. Myślałam sobie – dopiero się uczy, to początek jej kariery itp. itd. Jednakże napisała ona już pięć książek. To już nie jest debiut. Autorka do tej pory nie nauczyła się pisać, więc wątpię, by kiedykolwiek cokolwiek zmieniło się w tej materii. Miszczuk uprawia grafomaństwo w czystej postaci. Teraz wystawię jej prawdziwą rzetelną ocenę. W mojej opinii „Ja, potępiona” zasługuje na 2/10.
Mam tylko szczerą nadzieję, że Katarzyna Berenika Miszczuk będzie lepszym lekarzem niż pisarzem.

czwartek, 17 lipca 2014

"Klątwa tygrysa. Wyzwanie" Colleen Houck



Tłumaczenie: Martyna Tomczak
Tytuł oryginału: Tiger’s Quest
Seria/cykl wydawniczy: Klątwa Tygrysa tom 2
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 11 czerwca 2012
Liczba stron: 416

Oto kolejna sklejka kilku romansów paranormalnych. Posiada w sobie wszystko, co się sprzedaje – romans, trójkąt miłosny, fantastykę, mity i prostacki język. Oto przepis na bestseller. Autorka napisała tę powieść pod wpływem sagi „Zmierzch”. Powieść została odrzucona przez wydawców. Nie dziwię się im.

„Ze wszystkich rodzajów ostrożności, ostrożność w miłości jest najbardziej zabójcza.” Bertrand Russel

Kelsey odchodzi od Rena, ponieważ sądzi, że ich związek nie ma przyszłości i wraca do Ameryki. Tam odkrywa, że mężczyzna wraz z panem Kadmem zabezpieczyli jej przyszłość, kupili dom, samochód, opłacili studia i w ogóle, dziewczyna nagle staje się niezwykle bogatą studentką. Mimo tych udogodnień Kelsey cierpi po rozstaniu z Renem. Cierpi, płacze, chlipie i męczy czytelnika swoim głupim rozumowaniem. Jej rozmyślania są wręcz nieprzyzwoicie podobne do „Księżyca w nowiu”. Fabuła kręci się i wije wokół nieszczęśliwej Kelsey i tego jak bardzo tęskni za swoim księciem. Z tej rozpaczy kupuje sobie pluszowego tygrysa… Nie żartuję, moi drodzy. Następnie zachowuje się bardzo dojrzale i umawia się z kilkoma chłopcami jednocześnie. A dlaczego ma sobie dziewczyna żałować?
 Pewnego dnia jednak Ren wraca… I co teraz? Czy znów połączy ich uczucie? A może pozostaną sobie obojętni? No i co z bratem Rena – Kishanem? Odpowiedzi nie otrzymacie w książce, ponieważ autorka  rozwleka wątki i przeciąga je na kolejne tomy. Jeśli pani Houck będzie łaskawa to możliwe, że w ostatnim tomie serii w końcu coś wyjaśni. Ale teraz, powątpiewam.

„Razem w dusz i warg złączeniu” Percy Shelley

Na pierwszy rzut oka widać nawiązania do „Zmierzchu”. Kelsey oddalona od Rena ma omamy i słyszy swojego ukochanego podobnie jak Bella. Główna bohaterka mówi przez sen… No i pojawia się wszystko rozumiejący, zakochany Jacob. Tfu! Miałam na myśli Lee. W „Klątwie tygrysa” mamy Lee, który wpierw pomaga się dziewczynie otrząsnąć po zerwaniu, a następnie rywalizuje o jej uczucie. Podobnie jak Jacob.

„Wiesz, że ją kochasz, kiedy widzisz świat w jej oczach, a jej oczy wszędzie na świecie.” David Levesque

Książkę najchętniej podzieliłabym na dwie części. Pierwsza, w której Kelsey cierpi.  Jest w stanie myśleć tylko o ukochanym Renie. Nie tylko jest to nudne, ale i żałosne. W drugiej jest troszkę lepiej. Akcja przenosi się na wschód i dziewczyna potrafi, choć na chwilę, odwrócić swoją uwagę od umięśnionych książęcych klatek piersiowych. Autorka środek ciężkości przesuwa na zagadki i mitologię, ale dla mnie było już za późno.

„Z każdej tragedii trzeba czerpać siłę.”

Główna bohaterka jest idiotką. Wiem, jest nastolatką – przecież każda zakochana w młodzieżowych książkach panna, broni książek mniej więcej tak - nastolatki nie zachowują się jak dorośli. Nie wymagam, by się tak zachowywały. Po prostu po dziewczynie, która straciła rodziców, wymagałoby się (i oczekiwało) więcej dojrzałości psychicznej. Ponadto nie posiada nawet podstawowej wiedzy o życiu, świecie, rzeczywistości, a jest kreowana usilnie przez autorkę na alfę i omegę. Archaiczne zagadki, logiczne zadania i inne sfinksowe rymowanki to dla naszej głównej bohaterki pryszcz. Strzelanie z łuku opanowała na poziomie perfekcyjnym po paru próbach. Ludzie uczą się tego, całe życie, ale nie ona! Jeśli przybliży Wam to jej mentalność to Kelsey jest jeszcze bardziej infantylna od swojego pierwowzoru, czyli Belli Swan. Oczywiście w przeciętnej nastolatce wszyscy się zakochują. Nie wiedzą do końca dlaczego, ale cały świat jest nią zauroczony. Miłość jest ślepa.

No i jest urokliwy brat Rena, czyli Kishan. Początkowo miał być on tym złym, czarnych charakterem z potencjałem do przemiany. Przemienił się a i owszem. Lata za słodką Kelsey z wywieszonym językiem, tracąc przy tym czar niegrzecznego chłopca i polot ironicznego młokosa. No i nie wspomnę mocnej inspiracji „Pamiętnikami wampirów”, gdzie obaj walczą o względy tej samej dziewczyny. No i to uwodzenia Kishana… Przyciąganie w ramiona, omdlewająca Kelsey, wymuszanie pocałunków, męskie umięśnione ramiona… Czujecie klimat?

Ech, puste są te dziewuchy w paranormal romace. Oj puste. Nie dość, że ogólnie nie podobał mi się cały lukier wypływający z książki i dość prymitywne postrzeganie tak wzniosłego uczucia jak miłość przez Kelsey, to dla mnie to pseudo uczucie jest po prostu niezdrowe. Ten związek jest toksyczny! Już uzasadniam moje stwierdzenie. Gdy Ren wychodzi na parę godzin na uczelnie, Kelsey zaczyna umierać z tęsknoty i już zaczyna wypłakiwać za nim oczy.(sic!) Dziewczyna nie jest w stanie żyć, chodzić, mówić i istnieć bez jego zgody. Dla mnie to jest poważny problem psychiczny i radziłabym takiej kobiecie pójście do psychoanalityka, bo postawa bluszczu owijającego się wokół mężczyzny i zaciskającego wokół krtani niczym mordercza pętla normalna i zdrowa nie jest.

Jak dla mnie wciąż za mało folkloru, indyjskich legend, życia codziennego tamtejszych ludzi. Ponawiam swój zarzut. Pani Houck opisuje tamtejszą rzeczywistość, jakby nigdy tam nie była, a cytowała przewodniki.

Język jest idiotyczny. Autorka, jak każde według mnie, pisarskie beztalencie poświęca szczególną uwagę temu, że… - Aktualnie opisywany bohater myje zęby, potem ubiera spodnie, następnie drapie się po głowie i po chwili namysłu drapie się również pod pachą. Potem idzie coś zjeść. Głowi się nad tym, czy spożyć płatki, a może kanapkę z makrelą. Wybiera to drugie, ale jednak nie… Następuje zwrot akcji i przygotowuje sobie płatki z mlekiem. Ekscytujące, czyż nie?
Autorka, co i rusz, raczy nas opisami niczego. Nie wiadomo po co i dla kogo ona to opisuje. Język, jakim posługuje się pisarka jest prostacki i niewyrobiony. Moim zdaniem ta kobieta nie potrafi pisać. Ponadto skalkowała pomysły innych pisarek. Czymś, co miało ją wyróżnić na ich tle miała być mitologia i wschodnie krainy. Nie wyszło.

Mole książkowe mają tendencje do zapadania na ślepotę. Ot taka „choroba zawodowa”. Ślęczenie nad tomiszczami przy migotliwym świetle lampy niekorzystnie wpływa na wzrok. A jeśli czcionka jest tak skandalicznie mała jak w „Klątwie tygrysa” to moje oczy błagają o zlitowanie. Okładka jest nawet ładna, tylko trochę tandetna.

Rozpisałam się, ale teraz pokrótce. Sam pomysł umieszczenia akcji w Indiach ma ogromny potencjał. Tego jeszcze nie było. Pani Houck nie tylko go nie wykorzystała, ale także powiem kolokwialnie schrzaniła na całej linii.
2/10

sobota, 8 czerwca 2013

"Grzeszna namiętność" Cecilia Grant



Wielokrotnie powtarzałam, że uwielbiam romanse historyczne, ale wiadomo romans to gatunek kloakowy. Czy ktoś umie, czy też nie romans da radę napisać. I właśnie z takim żałosnym tworem będziemy mieć teraz do czynienia.

„Żadne pożądanie nie dostarczało większej przyjemności niż to, które zostało wzbudzone, gdy pojawił się szacunek.”

Książka opowiada o Marcie Russel, która zostaje wdową. Rodzina jej męża chce pozbawić ją majątku. Co innego gdyby była ciąży. Kobieta niestety w ciąży nie jest, ale to można szybko zmienić. Do roli reproduktora wybiera syna baroneta pana Mirkwooda. Narozrabiał on niejedno w Londynie i został wysłany na wieś w celu ostudzenia jego gorącego temperamentu. Marta pragnie by ich relacje były czysto zawodowe, mężczyzna ma inne plany…

Fabuła mogłaby być interesująca, jednak autorka chciała koniecznie napisać powieść na 400 stron. I tym sposobem stworzyła ciągnącą się jak flaki z olejem książkę. Pani Cecilia opisywała zupełnie nieistotne szczegóły i dokładała dziwne wątki. Powieść czytało się szybko, przyznają, ale była zwyczajnie nudna. Nawet w najmniejszym stopniu mnie nie porwała.

Chyba jedynym pozytywem jest kreacja postaci. Wszystkie mają określone charaktery i zachowują się zgodnie z nimi. Przy tym są jednowymiarowe i dosyć sztampowymi kreacjami. Mimo wszystko to i tak dobrze, że bohaterzy mają jakiekolwiek charaktery. Główna bohaterka jest ogromnie irytująca. Pozbawiona jest wszelkiej finezji i taktu. Potrafi tylko wszystkich wkoło pouczać i strofować. Niewątpliwie ma dobre serce, jednak nikt nie lubi być uszczęśliwiany na siłę.

Nie oczekujmy po tej książce zbyt wiele tytułowej grzeszności. Prócz grzechu cudzołóstwa Marta jest wzorem cnót i zalet. Aż się niedobrze robi jak po raz wtóry powtarza, co ktoś powinien robić, jak należy postępować… Pani Russel jest sztywna jak kij od szczotki.

Jeśli już jesteśmy przy tytule to namiętności też w tej książce nie ma. Jak Marta postanowiła tak też zrobiła. Zbliżenia z jej kochankiem były kliniczne, bezosobowe, puste i pozbawione uczucia i namiętności. Autorka opisywała sceny łóżkowe dokładnie, dlatego ze szczegółami dowiadywałam się, że Marta leżała jak kłoda, nie reagując na zabiegi Mirkwooda. Nie jest to zbyt namiętne. Dla mnie cała erotyka książki była wybitnie odstręczająca.

Język był słaby. Wiadomo, nie oczekiwałam stylizacji po romansie. Aż takich wymagań nie mam. Po prostu był trochę infantylny i niedorobiony.

No cóż. Nie polecam. Jest wiele lepszych romansów. Ten jest do bólu przeciętny, a nawet chwila odprężenia nie jest warta tak ekstremalnego odmóżdżenia.

Okładka jest prześliczna. Nie przepadam za kolorem zielonym, ale ten butelkowy odcień jest pieszczotą dla oka.
2/10

piątek, 27 kwietnia 2012

"Demony. Pokusa" Lisa Desrochers


Tytuł: Demony. Pokusa
Autor: Lisa Desrochers
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Wydanie polskie: wrzesień 2011
Tytuł oryginalny: Personal Demons
Liczba stron: 368
Oprawa: miękka

I co tu zrobić z tą wybitnie głupią książką? Jak zrecenzować taką powieść i nie wyjść na wiecznie niezadowoloną krytykantkę? Przedstawiam Wam debiut pisarski Lisy Desrochers. Według mnie powiedzieć o nim nieudany - to niedopowiedzenie.

„To niebezpieczne wierzyć w coś, co może cię tylko zranić”

Główną bohaterką jest Frannie Cavanaugh – siedemnastoletnia dziewczyna pochodząca z wielodzietnej katolickiej rodziny. Śmierć jej brata wstrząsnęła nią na, tyle, że odwróciła się od Boga i miłości. Okrucieństwo świata nie przystaje jej do wizji miłosiernego Dobrego Pasterza. Relacje Frannie z chłopcami są powierzchowne i oparte wyłącznie na pożądaniu. Jej umiarkowanie spokojny żywot zakłóca pojawienie się dwóch nowych uczniów w szkole – Luca i Gabe. W tym momencie rozpoczyna się bitwa o duszę Frannie. Dziewczyna już wcześniej niezdecydowana, po której stoi stronie, pod wpływem dwóch cudownych chłopców staje się jeszcze bardziej rozchwiana. Luc to wysłannik piekła, za wszelką cenę chce oznaczyć jej duszę dla świata podziemnego. Gabe namiestnik nieba, który pragnie nawrócić dziewczynę na dobrą drogę. Co nie zmienia faktu, że obaj próbują uwieść Frannie by osiągnąć swój cel.

„Dlaczego bóg siedzi i nic nie robi gdy dobrym ludziom dzieją się złe rzeczy?”

Zaczynając od fabuły to nie mamy tu nic oryginalnego. Szkoła, nastolatka, nowi uczniowie, trójkąt miłosny. Naturalnie od pierwszych stron nasza bohaterka ma wianuszek adoratorów, gdyż nikt nie śmie jej się oprzeć. Jako że lubię romanse, trudno byłoby mi gardzić tak stałym elementem jak miłosny trójkąt. To nie schematyczna fabuła była tu najgorsza…

„Jestem demonem, nie świnią.”

Bohaterowie płascy. Teoretycznie autorka próbowała ich pogłębić, niestety jej nie wyszło. W książkach młodzieżowych to już tradycja, że główna bohaterka jest nieinteligentna i bezrozumna. Pani Desrochers stara się uszlachetnić jej postać poprzez kryzys wiary i to, że w tak młodym wieku tak cynicznie podchodzi do miłości. Próbuje – to słowo klucz. Z mojego punktu widzenia Frannie jest głupią gąską. Do tej płytkiej bohaterki możemy dołożyć dwóch nadnaturalnych samców, którzy mają ponad dwa miliony lat, a zachowują się jak dzieci. Ten fakt wcale nie przeszkadza im zachowywać w sposób podobny do Frannie. Nie mają w sobie krzty polotu, ani mózgu. Jak widać, autorka uważa, że wiek wcale nie wpływa na mądrość, ani inteligencje. Właściwie żaden z bohaterów nie posiada czegoś takiego jak charakter. Postanowiła nikogo nie dyskryminować i stworzyła wszystkie postacie debilami. Po co się męczyć z portretami psychologicznymi?

„Bo w piekle nikt nie dostaje drugiej szansy.”

Akcji praktycznie nie ma. Osią fabuły miała być walka o duszę Frannie, jednak autorka skupia się głównie na przeżyciach wewnętrznych… Wróć… Tak plastikowe postacie nie mogą posiadać przeżyć wewnętrznych. Za to dużo dumają: Uprawiać seks czy nie uprawiać? Oto jest pytanie. Takie właśnie rozmyślania zaprzątają nastoletnie główki bohaterów. Wątków pobocznych także zauważyć nie możemy. Wszystko skupione jest ciasno wokół Frannie i jej adoratorów. Postacie drugoplanowe są jedynie tłem dla głównej bohaterki. Co by nam z jej durnoty nic nie umknęło…

Na okrasę dochodzi prostacki język. Całe mnóstwo wulgaryzmów. Nie chodzi o to, że występowanie słów typu „kurwa” przeszkadza mi. Jednak w tej książce były one kompletnie nieuzasadnione. Tak jakby używane były tylko i wyłącznie po to by tam po prostu były. Skojarzyły mi się dzieci, które przeklinają, aby poczuć się dorosłe. Tak właśnie jest z tą książką. Nagminnie używane były zwroty typu „kumam” bądź „nie kumam” i inne takie dziwne twory. Dla mnie niezrozumiałe. Ale nie znam się na współczesnym slangu. Ogólnie rzecz ujmując powieść aż krzyczy, że autorka dotychczas nic nie napisała. Ma niewyrobiony styl literacki i mały zasób słownictwa.

Kończę moje pastwienie się nad tą książką. Chcę jak najszybciej o niej zapomnieć. 
2/10