Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo MG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo MG. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lipca 2018

Żarcik i inne (bardzo różne) opowiadania - Antoni Czechow

Mam wrażenie, że Czechow lepiej realizuje się w dramatach. Dramaty, mimo że jednostajne, to mięsiste są od metafor. Z kolei opowiadania w książce „Żarciki”, choć ładne, to jednak jakieś takie niepogłębione, ledwie naszkicowane zostały, jakby były szkieletem, bez mięśni, tkanek, życia.

I to nie tak, że to opowiadania są złe, źle napisane, czy też nieciekawe. Pochłonęłam ją w czasie jednej podróży pociągiem, tak mnie wciągnęły! Ale było to jak patrzenie na nieistniejący świat, fantastykę niemalże. Bo choć emocje i zachowania, były bardzo realne i przystające do aktualności, to świat przedstawiony był obcy, zupełnie nie rozumiem Rosji początku wieku XX, jest dla mnie tworem niema egzotycznym i przez tę egzotykę nie potrafię dostrzec uniwersalności.

Czy „Żarciki” są zabawne? To zależy od poczucia humoru. Jeśli lubicie mroczny, przewrotny żart, mający na celu ocenianie postaw i zachowań innych, to tak, polubicie się z Czechowem. Wyśmiewa wady, jest bezlitosny dla ludzkich słabości, obnaża fałsz i obłudę, nie zostawiając suchej nitki na pozornie idealnych obywatelach. Jeśli Czechow stosuje żart, to tylko taki który wywołuje gorzkie parsknięcie, a nie radosny wybór wesołości. Porusza problematykę chociażby: małżeństw dla pieniędzy, czy też nepotyzmu oraz korupcji, z którą zmagała się Rosja w ówczesnym czasie. Ten zbiór opowiadań daje wgląd w tamtą epokę i wyjaśnia sytuację, z którymi musieli się zmagać Rosjanie. Tym samym publikacja ta jest także dobrym dokumentem historycznym.

„Żarciki” są przede wszystkim krytyką społeczną. W dalszej kolejności wszystkim innym. Język tekstu jest idealny. Bardzo wyważony, dozujący emocje, jasno stający po stronie konkretnej jednostki. To narrator mówi, co uważa za dobre, a co za godne pogardy. Bardzo podobały mi się opisy – nie występowały za często, ale gdy się pojawiały to były bardzo sugestywne. Przykładem był opis świecznika przedstawiającego nieobyczajną scenę.

Wydanie jest staranne jak każda publikacja wydawnictwa MG.

„Żarciki” to dobra książka, jednak nie zachwyca. Trudno odmówić Czechowowi bystrości spojrzenia, ale jednocześnie brak temu spojrzeniu świeżości. Niewiele odkrył, a jest w nim pewnego rodzaju gorycz. Jeśli lubicie gorzkie spojrzenie na świat, ludzi i życie – to coś dla Was. Jeśli wolicie patrzyć na zły świat z czułością, będziecie zirytowani tym, że Czechow nie dostrzega w ludziach dobra. Tylko zło.

środa, 2 maja 2018

Hrabina Cosel - Józef Ignacy Kraszewski

Liczba stron: 200
Wydawnictwo MG



„Hrabina Cosel” jest powieścią o intrygach. Nie ma w nich wyrafinowania, bynajmniej. Są to intrygi na polskim dworze, wynikające ze złej, małostkowej, podłej natury ludzi wówczas żyjących. Co tu dużo mówić. Są one siermiężne i łatwe do rozwikłania. Czy to źle? Czy wynika to z błędu pisarskiego? Absolutnie nie. Józef Ignacy Kraszewski daje lustro – nam Polakom, aktualne nawet teraz, zadając niemo pytanie, jak kraj ma funkcjonować, skoro jesteśmy do tego stopnia zdeprawowani i pozbawieni finezji? Nawet jeśli intrygujemy, to jest to tak przaśne, że wręcz żałosne...

Książka opisuje historię miłości Anny von Hoym i Augusta II Mocnego. Ona była żoną ministra skarbu, nieszczęśliwą w małżeństwie, została ukryta na wsi przez zaborczego męża. On był królem Polski i elektorem saskim, a o jego miłosnych podbojach krążą legendy. Ponoć miał ponad 300 nieślubnych dzieci. Piękna Anna zawróciła mu jednak w głowie na dłużej, czcił ją jak boginie. Cosel, jak twierdzi Krasiński, zbyt była dumna i szlachetna, by zostać po prostu kochanką (ja twierdzę, że zbyt była przezorna i perfidna), dlatego wymusiła na królu dokument, który czynił ją oficjalną konkubiną i żoną po śmierci królowej.

Jaka była Anna von Hoym, powszechniej znana jako hrabina Cosel? Narrator pragnie nas przekonać, że była to kobieta próżna, acz o woli nieugiętej i szlachetnym sercu. Czy można mu wierzyć? O to trudno, bo widząc szaleńczą radość i wykorzystywanie swojej pozycji, czułam nie tyle złość, ale współczucie. Ja hrabinie Cosel współczuję. Nie trzeba mieć tęgiej głowy, by wiedzieć, że główna bohaterka trzymając głowę zadartą wysoko, nie dostrzegła, że tanecznym krokiem dąży wprost do katastrofy. Walczyła o serce Augusta, jakby nie dostrzegając, że jego serce funta kułaków warte nie jest, a tym bardziej słowo. August był kimś w rodzaju trefnisia, w ogóle nie zwracający uwagi na to, co się dzieje w Polsce ani na świecie. Wszystko po nim spływało, ważne by uczty były wystawne, a kobiety wokół piękne. Był przykładem władcy strasznego, gdyż bezmyślnego i nieustannie szukającego rozrywki.

Nie potrafię powiedzieć, czy Cosel go kochała. Owszem był przystojny i czarujący, ale czy można kochać mężczyznę, który jest bałamutnikiem i się tym szczyci? A może Cosel zaakceptowała ten fakt i postanowiła, że wyciągnie z tego związku to, co może, nie przejmując się ani jego zdradami, ani kłamstwami...? Jakoś nie potrafię uwierzyć w szczere oddanie, bardziej w przebiegłą obłudę i szaleńczą potrzeb ocalenia swojego honoru – wszak nikt nie lubi być fraszką jedynie, nawet fraszką króla. Co nie znaczy, że Anny nie da się lubić. Jest niczym urocze dziecko – labilne, roześmiane, emocjonalne, próże, dumne, irytujące.

Ale nie tylko o miłość się tutaj rozchodzi! Ale też o kraj, o władzę, o Polskę – jest to wszystko obecne w tej książce, ale zdaje się jakby nie było istotne. Bo w gruncie rzeczy... nie było. Została przedstawiona perspektywa Augusta II Mocnego, który miał inne priorytety. Kraszewski doskonale to oddał. Książka, mimo wstawek historycznych, opisujących ówczesną sytuację, nie jest ani trochę nudna. Jest ich wystarczająco, by nawet ktoś kto nie fascynuje się historią, wiedział, o co chodzi, ale na tyle mało, że książka nie jest nudna.

Język tekstu jest wspaniały. Fantastycznie wprowadził mnie w tamte czasy, będąc jednocześnie zrozumiałym. Ma w sobie trochę poezji, czasem bywa prosty, ale nigdy banalny. Cudowne opisy sprawiły, że poczułam jakbym przebywała w Dreźnie ówczesnych lat.

Wydanie MG jest naprawdę piękne, okładka mnie urzekła, korekta w punkt.

środa, 1 listopada 2017

"Siedem dalekich rejsów" Leopold Tyrmand

"Siedem dalekich rejsów" Leopold Tyrmand
Liczba stron: 192
I co z tą książką zrobić? Historia sama w sobie jest taka... niewciągająca. Ale z drugiej strony jak może być wciągająca, przecież, jak klasyfikuje wydawnictwo, książka ta przynależy do serii "biblioteka wykształciucha". Widział kto kiedy wykształciucha, który czytałby ciekawą, na planie fabularnym, książkę? No, ja też nie.

A przy „Siedem dalekich rejsów” jest powieścią fascynującą. Leopold Tyrmand, w dzisiejszych czasach, mógłby pisać dialogi do... komedii romantycznych. Ale nie tych durnych, polskich pseudo-filmów, tylko do tych najlepszych, skrzących się inteligentnym żartem. Tyrmand wykreował w omawianej przeze mnie książce atmosferę ciągłego starcia się dwóch charakterów i erotyzmu. To wszystko na tle niebanalnej, a jednocześnie niewciągającej historii dotyczącej dzieła sztuki. I mimo że w tle rzeczywistość skrzeczy, jest groźnie, a Polska Ludowa przeraża swoją nieuchronnością, od Bałtyku wieje chłodny wiatr, to jednak najważniejsi w tej historii są ona i on.
Nie zamierzam przytaczać biografii Tyrmanda, kto ciekaw, sam znajdzie. Ważniejsza od biogramu jest dla mnie książka, która mimo niewielkiej objętości, serwuje wieloznaczne, niesztampowe postacie, które z przyjemnością się obserwuje jak robaki na szkle laboratoryjnym. Jak już wspomniałam książka liczy ok. 200 stron, ale mimo to czyta się ją niełatwo. Jest przeładowana dialogami, które chociaż błyskotliwe, nie popychają akcji naprzód. I dobrze, bo to przede wszystkim powieść o ludziach. A akacja... Jakie ma znaczenie akcja i jakiś durny obraz w obliczu erotycznego napięcia między dwojgiem ludzi? Nie jest to tylko sztuka dla sztuki, autor nie próbuje pokazać, że posiada talent do prowadzenia kunsztownych literackich rozmów. Pokazuje, że seks ma początek w głowie. I w głowie się kończy.
Wszystko to dzieje się w małym miasteczku. Małym miasteczku - nie Stephena Kinga. Nie ma tam mrocznej atmosfery. Jest to małe tyrmandowskie miasteczko, w którym każdy się zna, ale nikt nie wie o nikim nic "naprawdę". Wszystko jest przypuszczeniem, drugi człowiek nie interesuje nikogo, jest aura beznadziei, konieczności przeżycia do jutra. Jakoś.

Ładna ta książka, może nie najlepsza, ale naprawdę ładna - tym samym 7/10, ponieważ w pewnym momencie pojawia się chaos myślowy, brak porządnego rozwiązania akcji i solidnej puenty.


A na koniec Tyrmand na dziś, na jutro, oby nie na zawsze: "Dziś pesymizm nie jest ani wysiłkiem, ani niezależnością. Jest pierwszym wrażeniem po rozejrzeniu się dookoła. Stanowi najprostszy wniosek, jaki można wyciągnąć z obserwacji. Jest światopoglądem łatwiejszym. Ale dostrzegać dół kloaczny, zdawać sobie sprawę z jego głębi i smrodu, a mimo to pozostawać optymistą… to sztuka. Oto dumne bohaterstwo naszego czasu. Oto wspaniała, trudna, niebezpieczna, szlachetna ekwilibrystyka moralna, na którą tak niewielu może się zdobyć".

piątek, 30 października 2015

Lilka. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska we wspomnieniach i listach - Mariola Pryzwan

Liczba stron - 256
Wydawnictwo MG

Nie lubię Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Jej wiersze są dla mnie całkiem ładnie ujętymi bon motami, ale nie przedstawiają wartości literackiej. Nie odnajduję poezji w opisach ptaszków, kwiatków i romansów. Nawet jeśli, to jest to poezja słaba, nastoletnia bez treści innej niż osobista. Po przeczytaniu wspomnień na jej temat nie lubię jej jeszcze bardziej.

A powinnam ją lubić i rozumieć. Przecież dobrze odnajduję się wśród ludzi lekko zaburzonych, jeśli chodzi o relacje międzyludzkie i takich, którzy żyją sztuką. A jednocześnie irytowało mnie jej oderwanie od świata, to że była ogromnie egocentryczna, że nie widziała nic poza sobą. Niczym dla niej była tematyka społeczna. Do wszelkiej biedy miała podejście na wzór nieprawdziwej wypowiedzi Marii Antoniny „niech jedzą ciastka”. Rozumiem oderwanie od rzeczywistości właściwe każdej artystycznie zorientowanej osobie, ale nie rozumiem totalnego zamknięcia na resztę świata. Mam wrażenie, że gdyby podszedłby do Jasnorzewskiej chory biedak z prośbą o kawałek chleba, ta zmarszczyłaby swój arystokratyczny nosek i odwróciłaby się ze wstrętem. W sumie jedyne co przemawia do mnie w jej osobie jest podejście do macierzyństwa czyli „nie chcę brać na siebie obowiązku rodzenia kolejnych śmiertelników”.

To naprawdę ciekawy zbiór opinii i przemyśleń na temat Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Znała się z całym literackim światkiem Krakowa i nie tylko. Zresztą, ona sama pospołu z rodziną Kossaków tworzyła tę artystyczną bohemę. W związku z tym wypowiadają się o niej literaci, aktorzy, przyjaciele i znajomi parający się sztuką. Z ich relacji wyłania się spójny obraz nimfy, która żyła ponad życiem i nigdy, nawet stopą, nie dotykała codzienności. To osoba, która życie poświęciła na spacerowanie i słuchanie jak rośnie trawa. Zgodnie opisują ją jako osobę zanurzoną w tiulach i muślinach. Uwielbiała stan zakochania, potrzebowała go, by pisać. Jednocześnie była złośliwa i trochę zgorzkniała, często dokuczała Magdalenie i umniejszała talent siostry. Posiadała nadmiernie rozbuchane ego i uważała, że jest niedoceniana. Najciekawiej robi się, gdy mówi się o cechach, które każdy odbierał inaczej. Jedni uważali ją za zmanierowaną, inni za naturalną. Jedni za oszczędną, drugi za rozrzutną. Część uważała ją za przesadnie wyciszoną i bez poczucia humoru, a kolejni za radosną i pełną życia. To właśnie te różnice w odbiorze jednej i tej samej osoby były dla mnie najciekawsze.

Zastanawiam się na ile szczere były niektóre wyznania. Z tego co zrozumiałam wszystkie były wypowiedzenie już po śmierci artystki, więc brzmią jak nadęte panegiryki, gdyż o zmarłych albo w superlatywach, albo wcale. Sporo tekstów nie brzmi zupełnie szczerze. Są oczywiście takie z serca, ale zwykle to te stworzone przez kogoś bliskiego dla samej poetki.

Publikacja Marii Pryzwan to nie tylko tekst, ale również liczne fotografie oraz reprodukcje dzieł plastycznych. Są to te bardziej znane zdjęcia i akwarele, acz bardzo miło było pooglądać i uzupełnić swój ogląd na artystkę także od strony wizualnej. Nie dowiedziałam się z tej publikacji wiele o jej życiu, ale to też nie o to chodziło. Połączyłam wiersze z osobowością. Ba, jej wiersze okazały się nią samą. Zwiewna, różowa, utkana z liryki – taka była.

Wydanie doskonałe. Twarda oprawa, dobrze zreprodukowane zdjęcia i dzieła sztuki. Nie podoba mi się fotografia na okładce. Myślę, że korzystniej dla Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej byłoby, gdyby wziąć zdjęcie z czasów młodości, gdy była eteryczną panną zachwycającą się słowiczym trelem. Pani w średnim wieku widniejąca na okładce wydaje się zbyt zgorzkniała i nie jest to osoba, która tworzy różowa poezję.

8/10

czwartek, 10 września 2015

Prowincja pełna snów - Katarzyna Enerlich

Liczba stron: 288


Taka literatura opowiada o moich pragnieniach. Pozwolę sobie na drobny ekshibicjonizm i wspomnę o tym, że marzy mi się dom, w którym mogłabym przyjmować gości, mieć zioła i przydomowy ogródek. Dlatego z taką rzewnością czytam opowieści o ludziach, którym to już się udało. Mają to, o czym od dawna marzę. To takie książkowe dotknięcie mojego marzenia, a to też jest ważny etap w ich osiąganiu.

Książka zaczyna się z hukiem. Bohaterka dowiaduje się, że jej zmarły mąż nie był jej wierny. I ma ku temu dowód. Pogrobowca. Kobieta jest w szoku. Nie dość, że nie może w spokoju przeżyć żałoby to teraz zaczęła nienawidzić swojego męża. Czuje żal, ból, cierpienie. Do tego poraża ją, jak można być tak bezczelnym, jak kochanka męża, która prosi o pomoc. Nadchodzi również wielkie otwarcie Baby Jogi. Ludmiła boi się, gdyż nie wie, czy sprosta nowemu wyzwaniu. Nie jest pewna, czy poradzi sobie z prowadzeniem pensjonatu. Jednakże, wie, że ma oddanych przyjaciół, którzy bez względu na wszystko jej pomogą.

Oj, piękna to książka. Taka baśniowa, pachnąca ziołami i domowym obiadem. Ma w sobie wiele uroku i jest taka po prostu przytulna. To coś, do czego się chce wracać. Wiesz, że nigdzie nie poczujesz się tak bezpiecznie jak w domu Ludmiły. To dom w pełnym tego słowa znaczeniu. I pod tym względem powieść ta czaruje i wbija się w serce oraz duszę.

Język tekstu bywa momentami pretensjonalny. Autorce bardzo zależy, by przekazać nieco prawd życiowych i często postaci oddalają się od głównej akcji, by pokontemplować swoje życie. Prawdy, z którymi wyłaniają się z lasów często są banalne, ale prawie zawsze afektowane. Do tego dochodzą głupiutkie porównania typu „wieczne jak trawa”. Jak się ma czytelnikowi serwować takie idiotyczne teksty, to lepiej się ugryźć w język, czy w tym wypadku w palce. Te niedojrzałe pseudoprawdy psuły mi radość z lektury. Naturalnie, akceptuję, że w takiej lekko przesłodzonej książce o ucieczce w leśną głuszę muszą być „prawdy”, jakieś zasady dobrego życia, tylko dlaczego aż takie banały?

Fabuła zaczyna się od mocnego tąpnięcia, ale z każdym kolejnym rozdziałem traci rozpęd. Z czasem zaczyna nużyć czytanie o tym, że Ludmiła znów poszła w góry i medytuje nad naturą wszechświata.

Bardzo odpowiadały mi dobrze opisane przepisy na jedzenie. Nie potrafię gotować, ale ciągle nie tracę nadziei, że ja też będę kuchennym master szefem, więc więcej niż pewne, że przygotuje tego typu jedzenie. Zwłaszcza, że potrawy serwowane swoim gościom przez Ludmiłę bardzo mi odpowiadają. Odrzuciłam ze swojej diety całe mięso, podobnie jak główna bohaterka.

Postaci zostały dość dobrze wykreowane. To dla mnie najważniejsze, że bohaterowie zachowują się zgodnie ze swoim opisem. W ich tworzeniu jest pomyślunek, logika oraz konsekwencja. Nie robią nagle zupełnie niespodziewanych rzeczy, tylko zachowują się przewidywanie. Jednakże pisarka i tutaj nie uciekła od egzaltacji. Ludmiła często się wzrusza i wówczas „wybucha płaczem” i rzuca się rozmówcy na szyję przy normalnych rozmowach. Może przesadzam, ale chyba dorośli lepiej powinni panować nad swoimi odruchami i nie być rozdygotaną kupką nerwów. Zwłaszcza, że Pani Enerlich starała się pokazać protagonistkę jako osobę stosunkowo opanowaną i pogodzoną ze światem. Do tego koniecznie chcą być mądrzy i głębocy, więc nasłuchałam się pretensjonalnych komplementów w rodzaju „masz mądre dłonie”. Bo powiedzieć, że masz mądre spojrzenie jest zbyt banalnie, trzeba być lepszym i powiedzieć, że masz mądre dłonie. Co z tego że nie ma to żadnego sensu?

Seria o prowincji pełnej różnych rzeczy nieustannie balansuje na krawędzi debilnego rozegzaltowania. Gdy nie spada w tę emocjonalną dziurę to jest to powieść dobra, ciepła, słodka i pachnąca. Gdy jednak spada to człowiek po prostu nie dowierza, że czyta takiego polskiego Paulo Coelho.

Ludmiła w „Prowincji pełnej snów” chwali prostotę. Książka ta też jest prostą przyjemnością. Dla jednych to wada, dla innych zaleta. Ja się nadal nie mogę zdecydować. „Prowincja pełna snów” ma w sobie wiele magii, jednak sili się na przedstawianie prawd objawionych, które brzmią wybitnie bezsensownie.
4/10

sobota, 29 sierpnia 2015

Prowincja pełna marzeń - Katarzyna Enerlich

Liczba stron: 368
Wydawnictwo MG


Tę serię zaczęłam czytać od tyłu. Nie powiem, że celowo, ale postąpiłam słusznie. Czego by o pani Enerlich nie mówić to jednak się rozwija. Pewnych wyróżników swojej twórczości się nie pozbędzie, jednakże widać dużą różnice między pierwszym tomem a siódmym. Gdybym zaczęła czytać, po bożemu, od początku to szybko bym się zniechęciła, bo „Prowincja pełna marzeń” jest infantylna, źle napisana i po prostu głupia.

Ludka to kobieta po 30, która ma pracę, którą lubi i spokojne życie. Niestety, w pracy następują zmiany kadrowe przez co staje się podwładną wrednego Artura. Nowy zwierzchnik stara się jej utrudnić pracę ze wszystkich sił. Kobieta nie załamuje się jednak i postanawia walczyć. Warto dodać, że wokół niej kręcą się liczni adoratorzy, a każdy ma coś innego do zaoferowania. Kogo wybierze?

Chyba każdy słyszał o lawendowych polach Prowansji, czy włoskich stokach skąpanych w promieniach słonecznych. I tutaj pragnę postawić pytanie - czy polską, swojską przyrodę też da się opisać tak barwnie i rozkosznie? Czy polskie mazury mogą być rajem na ziemi? Katarzyna Enerlich próbuje zaprezentować rodzime krajobrazy jako raj na ziemi, ale wychodzi jej to z marnym skutkiem. Zabrakło w tej powieści autentycznego prowincjonalnego charakteru, prawdziwej małomiasteczkowości. Doceniam starania. Na pierwszy rzut oka widać, że pisarka chciała oddać hołd swoim rodzinnym stronom, jednakże momentami było zbyt wiele historii. Akcja powieści była powolna, a historyczne wstawki jeszcze bardziej ją spowalniały, za sprawą czego brnie się przez tę powieść jak przez błoto. Opowieści o jedzeniu są zaś bardzo niezgrabne, wymuszone i nieciekawe. Mam wrażenie, że autorka chciała połączyć powieść obyczajową z panegirykiem Mazur. Wyszło z tego dziwne połączenie nudnej literatury dla gospodyń domowych z kiepską książką kucharską i jeszcze gorszym przewodnikiem po krainie jezior.

Główna bohaterka jest dziennikarką, więc można by uznać, że z językiem polskim jest za pan brat. Tak jednak nie jest. Enerlich daje czytelnikowi wątpliwą przyjemność słuchania rozważań Ludmiły w narracji pierwszoosobowej. Tym sposobem poznałam nie tylko wiele jej głupiutkich myśli. Dowiedziałam się, że dziennikarka wcale nie musi znać słowa „target”. Jak również tego, że kobieta po trzydziestce wcale nie musi być dorosła i o zgrozo zdarza jej się uprawiać seks. Koleżanki Ludmiły nie były tego świadome, co sprawiło, że Ludka często się rumieniła. Wszak to takie upokarzające – seks! Przy tym wszystkim główna bohaterka jest rozwiązła i dość głupia. Nie, wcale nie dlatego że sypia z wieloma mężczyznami. Nie jestem z tych oceniających. Jest głupia i rozwiązła, bo sypia z każdym, kto tylko sobie tego zapragnie. Nie ma znaczenia, czy go lubi, czy jest nim zainteresowana, czy jej się podoba. Stoi mu penis? Wystarczy. A że wokół protagonistki kręci się wielu dżentelmenów to kobieta nie nadążą z rozkładaniem nóg. To postać bez charakteru, własnego zdania (co z tego że krzyczy na swojego naczelnego, skoro nie jest w stanie odmówić seksu, gdy go nie chce?) i szacunku do samej siebie. Całe szczęście, że choć trochę dojrzewa w kolejnych częściach, choć ta niestabilność emocjonalna jej zostaje. Kobieta nie posiada również poczucia humoru, przez co całokształt jest ciężki i męczący.

O tych pseudomężczyznach to już w ogóle nie powinnam wspominać. Jeden gorszy od drugiego. Każdy jeden bez rozumu, polotu i umiejętności wychwytywania żartów. Wszyscy wszystko biorą w stu procentach poważnie i jeszcze Enerlich życzeniowo pisze, że Polacy są tacy spontaniczni. Na pewno nie jej bohaterowie, którzy nie potrafią rzucić nawet najdrobniejszym żartem.

Dialogi są sztuczne, wymuszone, prowadzone przez roboty. To pokłosie braku poczucia humoru oraz kiepskiego prowadzenia narracji. Czytelnika też traktuje się jak idiotę i tłumaczy najprostsze pojęcia. Do tego ten wątek miłosny... Jest tak dziecinny, że głowa mała. Chyba w żadnej młodzieżowej powieści nie czytałam takich bredni. To wręcz wstyd, by pisać takie kiepskiej jakości bajki.

Później będzie lepiej, obiecuję. Nie jakoś bardzo, wciąż będzie infantylnie i nudnawo, ale za to bardzo magicznie. Nastrój w tej serii stworzy się z czasem. Jeśli tylko wytrzymacie to polecam osobom, które pragną magii w swoim codziennym dniu. Wiem, że niektórym potrzeba trochę pretensjonalnych marzeń i nie ma w tym nic złego.

3/10

wtorek, 30 czerwca 2015

"Życie towarzyskie i uczuciowe" Leopold Tyrmand

Data wydania: 8 maja 2009


Pisarz zapomniany. Stało się to, czego pragnęła PRL-owska cenzura. Mimo że już jej nie ma to mało kto o nim pamięta, zwłaszcza poza Warszawą. Dla Warszawiaków przedstawia on jakieś wartości, gdyż malowniczo portretuje miasto swojego urodzenia chociażby w „Złym”. W „Życiu towarzyskim i uczuciowym” również portretuje, ale nie samo miasto, a ludzi, którzy je tworzą. To powieść z kluczem osobowym, dlatego taki skandal wywołała tuż po wydaniu. Teraz nie szokuje, a zdarzenia w niej zawarte czytelnik przyjmuje ze smutnym zrozumieniem.

Powieść ta to rozrachunek z literacką„Warszawką”. Oskarża swoich znajomych o wszystkie krzywdy, których doznał, ale także za to, że zdradzili wielkie idee. Wypomina kolegom pisarzom i dziennikarzom komformiz, to że chodzą na układy z władzą, by dostać samochód, czy wycieczkę zagraniczną, cynizm, życie bez idei, tylko dla własnej przyjemności i komfortu, brak sumienia czy też poczucia winy wywołanego przez pisanie kłamliwych tekstów, czy też publiczne szkalowanie. To tyrmandowskie J'accuse.

„Życie towarzyskie i uczuciowe” opowiada o literackich kółkach wzajemnej adoracji. Relacjonuje życie warszawskich elit lat 50. Głównym bohaterem jest Andrzej, dziennikarz i oportunista, który, choć nie wydaje się zdemoralizowany, to jednak postępuje tak, jak od niego oczekuje władza. Dlaczego? Bo tak jest łatwiej żyć, a dostosowanie się do okoliczności to też sztuka. To Andrzej i jego żona są osiami historii, ale tak naprawdę sportretowana została cała śmietanka towarzyska. Spojrzenie autorka na warszawskie„elity” jest bardzo gorzkie. Zaprezentowana została grupa społeczna bez zasad moralnych, dbająca tylko o swoje interesy, której wzajemne powiązania i wymiany partnerów seksualnych brzmią aż obrzydliwie. Obnaża wszystkie najgorsze sekrety kolegów po fachu, ale też koleżanek, które dzięki swojej zmyślności, jak również handlowaniu swoimi wdziękami (to te mniej sprytne) uzyskiwały to, co chciały, także dla swoich mężów. Stawały się kimś w rodzaju szarej eminencji, która to po cichu rządzi tym, kto jest na tapecie, a kto nie. Wszyscy są źli, wszyscy kombinują, by żyć. Pisarz najlepiej prezentuje swoje alter ego – Mikołaja Planka. Też ma wady, ale jednak jest ideowcem, nie sprzedaje się, choć może. Sam jeden przeciw wszystkim. Ale na ile jest to szczere?

Czy czytelnicy znają to uczucie, gdy wszystko powinno znaleźć się w odpowiednich szufladkach umysłu i idealnie pasować do czytelniczego gustu, a jednak nie pasuje? Tak mam z tą książką. Długo się zastanawiałam, co mi się nie podoba w tej dobrze napisanej powieści. I znalazłam odpowiedz. „Życie towarzyskie i uczuciowe” jest dla mnie martwe. 50 lat temu żyło, pulsowało, oskarżało i obrażało. Teraz to są puste słowa, które odnoszą się do jakiś mrocznych person z przeszłości, które aktualnie już nic nie znaczą. Powieść ta posiada klucz, którego ja nie dzierżę w ręku. Opisane osoby są dla mnie widmami z przeszłości. Źle wybrałam pozycję Trymanda na pierwszy raz. Opisane historie były bardzo ciekawe, ale, dla mnie, były one odległe. Pisarz relacjonuje je ze znawstem. Bo w końcu, kto mógł lepiej opisać ciemną stronę Warszawy, jeśli nie hulaka, kobieciarz, jazzman, a zarazem uważny obserwator rzeczywistości, którym był Tyrmand. Ale te obrazki z życia Warszawki to tylko martwe obrazki.

Do pewnego stopnia wciągnęły mnie te przekręty pod nosem władz i z umiarkowanym zainteresowaniem obserwowałam coraz gęstszy labirynt wzajemnych powiązań między postaciami. Siatka zależności robiła się coraz obszerniejsza, tak że w pewnym momencie obraz był zaciemniony. Powstała specyficzna sieć, która reagowała na każdy ruch dowolnej osoby się w niej znajdującej.

Styl tekstu jest reportażowy, a jednocześnie piękny. Oskarżycielski, a z drugiej strony zdarzają się chwili pełne zadumy i namysłu. Niektóre przemyślenia są bardzo głębokie i napisane w sposób urzekający. To bardziej relacja, aniżeli powieść. Powoduje to, że postacie są doskonale scharakteryzowane. To naprawdę głębokie portrety psychologiczne.

Oczywiście, że znalazłam informacje, kto kim w tej książce jest, ale co z tego? To dla mnie jałowa zabawa, bo oni już są zapomniani, a w każdym razie nie funkcjonują w świadomości młodszego, po PRL-owskiego pokolenia.


Polecam osobom, które cenią wnikliwe spojrzenie reportera. To demaskacja polskiej elity lat 50. dokonana od środka. W mojej ocenie „Życie towarzyskie i uczuciowe” nie przetrwało próby czasu. Dla współczesnego czytelnika, niezbyt znającego realia życia za Polski Ludowej, powieść ta jest martwa. Można z niej wyciągnąć pewne ogóle wnioski, aktualne do dziś. Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak daleko ludzie posuną się, by zdobyć to czego pragną, jak bardzo granice moralne są relatywne i jak można je dowolnie przesuwać w zależności od okoliczności, polecam. 

piątek, 6 lutego 2015

Lalka - Bolesław Prus

Wydawnictwo: MG
Data wydania: 1890
Liczba stron: 864


„Przecież dlatego kobiety wszędzie są niewolnicami, że lgną do tych, którzy je lekceważą.”

Co można powiedzieć o książce o której pisano już tomy, którą zachwalały miliony, a krytykowały tysiące. Obawiam się, że nic odkrywczego.
Nie chcę nawet w najmniejszym stopniu przybliżać fabuły. Sądzę, że ogólny zarys zna każdy. A jeżeli nie zna to mogę tylko zazdrościć, że macie lekturę tej powieści przed sobą. Że będziecie mogli ją poznawać i czuć smak nowości, będziecie mogli odkrywać to, co do tej pory było przed Wami ukryte. Zazdroszczę czytelnikom, którzy jeszcze nie rozsmakowali się w tej powieści, tym którzy nie przenieśli się wraz z „Lalką” do XIX-wiecznej Warszawy. A także tym, którzy nie byli jeszcze w sklepie Wokulskiego. Tym, którzy nie widzieli go wodzącego nieobecnym wzrokiem po swojej własności. Jest gdzieś daleko myślami. Przesuwa nieprzytomne spojrzenie po ludziach, którzy wchodzą, wychodzą, pojawiają się w jego życiu na krótko, mgnienie oka, by zniknąć nie zostawiwszy po sobie nawet śladu. Ale to przelotnie mgnienie oka wystarczyło, by życie Wokulskiego całkowicie się odmieniło. By zmieniły się jego plany, marzenia, pragnienia, cele. Mgnienie oka, przypadek, przeznaczenie, los?

„Sprawiedliwym jest to, że silni mnożą się i rosną, a słabi giną. Inaczej świat stałby się domem inwalidów.”

Nie wspomnę o genialnej analizie człowieka psychologicznego wykonanej przez Prusa. Mogliście dowiedzieć się tego na lekcjach języka polskiego. Powiem tylko o tym, że Prus jest mistrzem swoich czasów w prezentowaniu człowieka rozdartego wewnętrznie, tak złożonego, tak niejednoznacznego. Gdy tylko czytelnikowi wydaje się, że już uchwycił esencje danej postaci, wymyka się, przekształcając w zgoła odmienną postać. Wokulski próbuje uchwycić rzeczywistość, a my Wokulskiego. Nasz główny bohater poluje na momenty pełnej świadomości. Virginia Woolf pięćdziesiąt lat później nazwała te chwile „błyskiem rzeczywistości”. Czy Wokulski dogoni prawdę?

„Czasem w tej ucieczce przed samym sobą dogania mnie noc.”

Co szczególnie podoba mi się w utworach Prusa to fakt, że pomimo całego naturalizmu i realizmu w jego dziełach, on wciąż wierzy w człowieka. W „Lalce” widać, mimo ogromnej dozy krytyki właściwie wszystkich stanów. Wiarę w człowieka. W to że istnieją wartości moralne i warto ich szukać. Obok potępienia i nagonki jest nadzieja. W tej powieści widzę rozdarcie wewnętrzne samego Prusa, który w jednej chwili daje nadzieję, by sekundę potem zaprezentować wizję okropnego świata, w którym nie ma sprawiedliwości. Dobrzy ludzie się marnują, a źli zdobywają fortuny. Zacne kobiety umierają samotnie, złe są adorowane przez licznych wielbicieli.

„Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość.”

Nie muszę chyba wspominać o wspaniałym języku utworu. Piękny, wysublimowany, kunsztowny, a przy tym bardzo przystępny, więc nawet osoby żywiące niechęć do klasyki mogą bez problemu przedzierać się przez meandry powieści. A to dlatego że pisarz ograniczył ozdobniki. Styl utworu wydaje się minimalistyczny. Autor zgrabnie radzi sobie ze stylizacją języka – niektóre postaci mówią gwarą, inne językiem inteligencji, jeszcze inne mową typową dla swoich zawodów, wypowiedzi kolejnych są komiczne itd.
Opisy wspaniale roztaczały krajobrazy w mojej głowie, w ogóle się nie nudziłam i czytałam z zapartym tchem. A już monologi wewnętrzne to istny majstersztyk. Dawno nie czytałam tekstu z tak potężnym ładunkiem emocjonalnym. Ukazanie tak głębokiego rozdarcia, tak burzliwej walki – Panie Prus, chylę czoła. 

„Poznajesz, kochasz, cierpisz… Potem jesteś znudzony albo zdradzony…”

Tyle piękna. Aż trudno to wyrazić słowami. Uwielbiam lektury szkolne i mam nadzieję, że MEN nigdy nie przychyli się do gniewnych krzyków dzieci, ażeby zmienić piękną klasykę na głupiutki, acz urokliwy współczesny chłam. 10/10
„Człowiek nietuzinkowy nie zechce zająć miejsca pośród tuzinów.”

poniedziałek, 10 listopada 2014

"Pan Tadeusz" Adam Mickiewicz

Jako że mamy dziś istotne święto narodowe...
Data wydania: 30 września 2014
Liczba stron: 496

Wątpię, czy wydawnictwo MG zdaje sobie sprawę, jak wielką radość sprawia mi, wydając klasyki literatury. Po pierwsze lubię klasyczną literaturę. Po drugie mam naturę kolekcjonerki – lubię, gdy książki które posiadam są ładne. Nie mam fobii na punkcie czystości książek. Gdy się ich dotyka, to nie trzeba zakładać rękawiczek, ale lubię eleganckie oprawy. Takie zapewnia wydawnictwo MG, za co jestem ogromnie wdzięczna.

Tak mi strasznie wstyd za to, co opowiadałam o „Panu Tadeuszu” w czasach szkolnych. Że nudny, że głupi, że idiotyczny, że kto chce słuchać o zbieraniu grzybów przez bandę nierobów. Wręcz nie dowierzam, że mogłabym być kiedyś taką idiotką. Nie planuję opowiadać w tym tekście o tym, że Adam Mickiewicz to nasz skarb narodowy i że „Pan Tadeusz” to polski epos pisany trzynastozgłoskowcem. Każdy o tym wie, a jak nie wie, to się powinien dowiedzieć. A o czym będzie? Tylko o moich emocjach związanych z tą książką. Ale również o tym, jak to wspaniale jest się przenieść na Litwę, pomiędzy te cudowne łany pszenicy, pospacerować nad Niemnem i pooddychać powietrzem, którym oddychała niegdyś polska szlachta.

Bo tę książkę powinno się czytać wielokrotnie. Bynajmniej nie dlatego że epos i bla bla bla. Tylko dlatego że daje nadzieję. Jest w niej spokój, nawet w scenach batalistycznych, pogoda ducha, beztroska pomimo niekorzystnej sytuacji oraz nadzieja. W „Panu Tadeuszu” odnalazłam takie wytchnienie, którego szukać można jedynie w dawnych, szlacheckich dworkach. Tak bardzo brak takiej radosnej dostojności w dzisiejszych czasach.

Po tym jak przeczytałam gros książek o smutku i cierpieniu to prawdziwa uciecha przeczytać coś o tym, że musi być dobrze. Nie ma innej opcji., jak tylko ta, że będzie dobrze. Że na końcu zatańczymy poloneza i nie będzie to polonez w błędnym kole swoich kompleksów, tylko rzeczywisty wybuch uciechy.

A że przedstawiona szlachta jest trochę prostacka, kołtuńska, kłótliwa? To co. Mickiewicz wcale nie ukrywa wad polskiej szlachty. Po prostu mówi o nich jak matka o swoim niegrzecznym dziecku - z miłością. Grożąc palcem ze śmiechem i czułością.

„Pan Tadeusz” to prawdziwa skarbnica wiedzy na temat obyczajów minionej epoki, zachowania, dawne gusta i guściki, stroje, zabawy i rytuałów. Miło jest się zanurzyć w takim odrębnym świecie, który jednocześnie jest tak daleki, a z drugiej strony jest naszą przeszłością i znajduje się w zbiorowej świadomości. Warto to docenić. I tu bynajmniej nie chodzi o patriotyczne dyrdymały (nie moja wina, że aktualnie patriotyzm kojarzy mi się tylko z paleniem tęczy), tylko o pamięć o tamtym świecie, który już minął, nigdy nie wróci. Trochę się tęskni do polonezów, i do zbierania grzybów, i polowań na niedźwiedzia. Cudownie sobie wyobrazić, że jestem w tamtej rzeczywistości.

Tradycyjnie wydanie MG jest przepiękne! „Pan Tadeusz” uzupełniony został ilustracjami Michała Elwiro Andriollego, które idealnie oddają to, co przedstawione w książce. Bezbłędnie wpisują się w klimat dzieła i czynią to wydanie kolekcjonerskim. Nie podoba mi się kolor okładki, ale to moja osobista preferencja. Nie wydaje mi się, by ten miętowy był dobrym wyborem, postawiłabym na bardziej klasyczny kolor.

Polecam „Pana Tadeusza” w tym wydaniu. Bardzo się cieszę, że go mam i mogłam znów poznać, bez etykietki „lektura szkolna”. To cudowna apoteoza wszystkiego co polskie. Mnie to powtórne czytania przypomniało, że Polska to nie tylko kwiat kwitnącej cebuli, ale też tradycja, dramatyczna historia i spokój wiejskich dworków szlacheckich.  

sobota, 6 września 2014

"Proces" Franz Kafka



Proces czyli parabola bez klucza                  

tłumaczenie: Bruno Schulz
tytuł oryginału: Der Prozess
wydawnictwo: Wydawnictwo MG
data wydania: 30 sierpnia 2014
liczba stron: 448


Tęższe głowy ode mnie próbowały odnaleźć sens w tej powieści. I wymyśliły wiele Interpretacji. Jedne bardzo prawdopodobne, inne kompletnie nielogiczne. Dla mnie „Proces” to konglomerat znaczeń i właśnie takie rozumienie sugeruje Kafka, co można zauważyć, słuchając wypowiedzi Księdza, który opowiada o drzwiach do Prawa – dla każdego są inne – tak jak interpretacja tej paraboli. Daje pełną dowolność w rozumieniu tej historii i wbrew pozorom, interpretacja mówi więcej o czytelniku „Proces” niż o Franzie Kafce. Wieloznaczność i brak podpowiedzi od pisarza, czyni tę książkę utworem otwartym, pełnym niedomówień i niejednoznacznym.

Do codziennego języka przeniknęło powiedzenie „sytuacja kafkowska”, czyli taka która jest na pozór absurdalna, a zmusza do działań, których sens pozostaje nieodgadniony. Związek frazeologiczny wywodzi się właśnie z „Procesu”, w którym to główny bohater postawiony jest w niecodziennej sytuacji. Józef K. zostaje oskarżony o coś, o czym nie ma pojęcia. Zdaje się, że nikt wokół nie ma świadomości, co Józef K. zrobił, ale mimo to postawiono mu zarzuty. Początkowo główny bohater stara się walczyć i dochodzić swoich praw, ale po pewnym czasie rozumie, że nie wygra z machiną biurokratyczną i zaczyna postępować wedle jej zasad.

Jak powiedziałam „Proces” to cała kopalnia tropów i interpretacji, a każda na równi zasługuje na przemyślenie. Ja chciałabym pochylić się tylko nad kilkoma, które dla mnie, wspólnie, tworzą sens tej powieści. Na pierwszy rzut oka wysuwa się dosłowne rozumienie tekstu , czyli rozrastająca się machina biurokratyczna. Jednostka wobec systemu jest bezsilna i  zredukowana do bezimiennego trybiku. Jednakże najbliższe prawdy wydaje mi się porównanie procesu do życia człowieka, w którym każdy jest przegrany i z góry skazany na egzekucję. Bowiem:

„Mieć taki proces, znaczy, już go przegrać”.

Życia jakiejś jednostki nadrzędnej,  w pewnym rozumieniu boga, jako okrutnego absolutu, wobec którego, w religii chrześcijańskiej, zawsze ponosimy winę, a życie powinniśmy poświęcić, by ją z siebie zmyć. Niestety od urodzin do śmierci pozostajemy winni, a każda przewina skutkuje karą.

Co do wydania – jak zwykle ukłony w stronę MG – jest przepiękne! Każdy, kto pewnie czytałam „Proces” zapewne zdziwi się, jak to krótkie opowiadanko nagle rozszerzyło swoje gabaryty do 447 stron. Otóż MG na rynek wypuściło książkę typowo kolekcjonerską, gdzie to dużą część strony zajmują puste pola, czyniąc powieść niezwykle estetyczną, przejrzystą i elegancką. Tekst poprzetykany jest szkicami Bruno Schulza. Jak zwykle urzekające, mroczne, niekiedy dokładnie oddające naturę, innym razem zaś karykaturalne i groteskowe. Co do tłumaczenia… Tutaj mała uwaga do wydawnictwa. Otóż tekst reklamowy na tylniej stronie okładki opowiada o Brunie Schulzu jako o „tłumaczu, któremu zawdzięczamy genialny przekład książki”.  Niestety nie. Tłumaczenia „Procesu” dokonała Józefina Szelińska. Zgodziła się ,by przypisano je Schulzowi, by dodać mu prestiżu. Myślę, że po tylu latach i uznaniu, że kobiety są równie inteligentne, co mężczyźni można, by w końcu oddać sprawiedliwość pani Józefinie Szelińskiej.

Wydawnictwo odpowiedziało i uzasadniło, że to byłoby wręcz sprzeczne z prawem, gdyby użyto nazwiska Szelińskiej, gdyż ona nigdy nie wyraziła takiej zgody. Mnie przekonali.
Wciąż „Proces” wydaje mi się niecałkowicie przeze mnie zrozumiany. Dlatego też tej opinii nadałam tytuł „parabola bez klucza’, gdyż mam wrażenie, że wszyscy interpretatorzy nie są do końca zadowoleni ze swoich wniosków. Wciąż czegoś brak, kropki nad i, która podsumuje ten utwór, który nigdy nie miał być wydany. Myślę jednak, że „Proces” to wspaniała książka, a wyżej wymienione interpretacje pospołu oddają sposób, w jaki ją widzę.

poniedziałek, 7 lipca 2014

"Broniewski - w potrzasku uczuć" Dariusz Pachocki

Wydawnictwo: MG
Data wydania: 9 października 2013
Liczba stron: 244
 
Kochanki zazwyczaj są pogardzane przez cnotliwe matrony. Wszak porządna kobieta nie powinna odbierać ojca dzieciom. Gdy dodamy jednocześnie, że kochanka jest dużo młodsza od mężczyzny to mamy typowy związek, w którym starszy gentelmen leczy kompleksy uczuciem naiwnej dziewczyny. Możliwe, że to spojrzenie zmieniłoby się, gdyby przeczytali książkę „Broniewski – w potrzasku uczuć”. Jak pięknie potrafią się kochać ludzie rozdzieleni stanami cywilnymi, wiekiem, pozycją. Jak słodko i czule potrafią do siebie mówić, jak cudownie tęsknić. I choć oboje wiedzą, że to nigdy nie skończy się typowym szczęśliwym zakończeniem, czyli ślubnym kobiercem, to jednak jest w tym ogromny urok chwilowości, to coś, co sprawia, że czujemy, że jesteśmy tu razem, kochamy się i pragniemy. Czy więcej się liczy?

„Broniewski – w potrzasku uczuć” to historia romansu Ireny Helman i Władysława Broniewskiego, przedstawione przy pomocy listów tych dwojga opatrzonych komentarzem autora  - Dariusza Pachockiego. Jest on pracownikiem naukowym Katolickiego Uniwersytetu w Lublinie im.: Jana Pawła II. Opracowywał wiele pisarzy i poetów, a za publikacje o Leśmianie zdobył wyróżnienie w kategorii „edytorstwo”. Jednakże ja wolałabym skupić się na listach.

Mają one niezwykle miłosny charakter. Opowiadają sobie o swoich dniach, o tym co je interesuje. Co ich bawi, a co mierzi. Przeplatają to prawdziwą poezją. Styl tekstu jest najpiękniejszy na świecie! Poetyka subtelnie przeplata się z codziennością tworząc urzekającą formę. Listy te wręcz pulsują od uczuć i emocji. Są pełne ekstatycznych przeżyć i prawdziwego uczucia. Czy miłości? Nieistotne.  Nie chcę cytować fragmentów. To jest tekst zbyt zachwycający, by przytaczać urywki, rozbudzając jedynie apetyt. Warto tę książkę przeczytać, wszak cała jest wielkim cytatem, ukazującą rozszalałe uczucie poety do młodej kobiety.
Co do komentarza Dariusza Pachockiego, to jest on rzetelny, a jednocześnie interesujący i wyjaśniający wiele kwestii. Autor publikacji to wspaniały badacz, który sięga pod warstwę oczywistości i doszukuje się najgłębiej ukrytych prawd.

Te listy to wspaniały fragment biografii artysty dotyczący nie tylko burzliwych dziejów romansu, ale też zawiera w sobie kawałek historii. Broniewski tłumaczy się z wielu wątpliwych czynów w swoim życiu.

Tekst wzbogacony został licznymi zdjęciami rodziny Broniewskich, przedmiotów osobistych, fotografii listów, które pięknie uzupełniają tekst. Do tego twarda i estetyczna okładka czyni z tej książki prawdziwe cacko. Najbardziej bawiło mnie, gdy Broniewski zwracał Irenie uwagę z powodu błędów językowych, a sam popełniał je na potęgę.
Ta opinia będzie krótka z uwagi na to,  że aż mi wstyd pisać cokolwiek własnym marnym stylem, gdy przeczytałam coś tak wybitnego jak ich listy.
Rewelacja! 8/10
 

sobota, 5 lipca 2014

„Charlotte Brontë i jej siostry śpiące” Eryk Ostrowski

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG
Data wydania: lipiec 2013  
Liczba stron: 620

Życie sióstr Brontë to niezwykle interesujący temat, szczególnie dla osób, które lubią i cenią ich dzieła. Czytałam wszystkie efekty ich pracy bez wyjątku i jestem pod ich ogromnym wrażeniem. Przyznaję, że moją ulubioną siostrą jest Emily, a jej dzieło najgłębsze ze wszystkich. Wydaje się jakby „Wichrowe wzgórza” pochodziły z innego świata i przedstawiały walki bogów i koniec pewnej epoki. Pan Eryk Ostrowski próbował jednak zaburzyć mój sposób patrzenia na tę historię, wysuwając śmiałe tezy. 

Charlotte to pierwsza z klanu Brontë, której powieść przeczytałam. „Jane Eyre” oczarowuje i daje podwaliny ruchom sufrażystek. Można by pomyśleć, że życie prostej dziewczyny, córki pastora, która to mieszkała na zapomnianych przez boga wrzosowiskach, nie mogło być fascynujące. A jednak! To pierwsza biografia tej pisarki, która zaspokoiła mój głód wiedzy. A kto zechciał pochylić się nad gąszczem tajemnic i niedopowiedzeń, jakim jest życie Charlotte Brontë?

Tym śmiałkiem jest Eryk Ostrowski, który wydał siedem książek poetyckich, ponad dwadzieścia opracowań i kilka wyborów poezji. Student filologii polskiej i rosyjskiej. Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W 2012 roku stworzył Podgórską Scenę Poezji, gdzie prezentowana klasyka poezji i dramatu polskiego i obcego.

Dowiedziałam się wielu ciekawych i zaskakujących rzeczy na temat Charlotte. Nigdy bym nie przypuszczała, że to tak namiętna osoba, która przez całe życie starała się utrzymać w rzeczywistości, choć mogłaby poświęcić całe swoje życie fikcji, którą stworzyła, i w której czuła się jak w domu. Równie ciekawe były perypetie jej małżeństwa i potencjalnego gwałtu dokonanego przez oblubieńca. Całkiem możliwe, że w swoich utworach pisała anagramami i szyfrowała haniebne postępki swojego brata jak taki, że próbował otruć swoją ciotkę.

Zdziwiła mnie forma tej książki. To przede wszystkim nie jest kalendarium, w którym to opisane jest życie Charlotte, tylko luźna opowieść o życiu, rodzinie i twórczości. Nie jest zbudowana na formule od do, dzięki czemu nie przypomina podręcznika. Autor publikacji przedstawia tylko istotne i interesujące fakty, niekoniecznie chronologicznie. Raczej prezentuje dane zagadnienia i potrzebne ku temu wydarzenia Takie pisanie nie chronologiczne, tylko problemowe momentami doprowadza do tego, że pan Ostrowski się powtarza, co wprowadza chaos.

Przede wszystkim to przepiękna książka. Nie tylko pod względem wizualnym (choć optycznie również zachwyca, gdyż jest bogata w ilustracje), ale także to niezwykle czarowna publikacja merytorycznie. Autor pięknie i subtelnie opisuje życie Charlotte Brontë. Ponadto przeplata to licznymi cytatami z jej utworów, wychodząc z założenia, ze każdy pisarz nadaje swoje doświadczenia i cechy bohaterom napisanych przez siebie powieści. Do tego często podpiera się listami, które wydają się wiarygodne, choć oczywiście Charlotte miała skłonności do autokreacji, nawet w listach do bliskich znajomych. Podoba mi się, że słowa autora nie są rzucone bez pokrycia, tylko skorelowane są z cytatami z wyżej wymienionych dzieł.

Czy teza Pana Ostrowskiego brzmi prawdopodobnie? Według mnie nie. Przesłanki do tak rewolucyjnego twierdzenia są zbyt błahe, by traktować to jako coś więcej niż ciekawostkę. Oczywiście każdemu fanowi sióstr Brontë polecam przeczytać tę publikację, choćby dla własnej wiedzy i wyrobienia sobie własnego zdania. Wymienię kilka tez, z którymi się nie zgadzam. Ostrowski podkreśla fakt, że siostry Brontë posiadają podobny zasób słownictwa. No cóż, mogę śmiało stwierdzić, że gdy mieszka i wychowuje się razem, to posiada się podobny idiolekt. Nie widzę w tym nic tajemniczego. Pan Eryk podkreśla także, że rękopisy były napisane takim samym charakterem pisma. I znów – wiadome jest, że Emily często przepisywała utwory sióstr. Może i tym razem to zrobiła? Jak dla mnie to prawdopodobne, że przepisywała te książki na czysto. Innym ciekawym przykładem pana Ostrowskiego na tezę, że wszystkie książki napisała Charlotte, to fakt, że tytułowa postać z powieści Anne „Agnes Grey” wystąpiła również w „Shirley”. Przyznaję, że ja nie byłam tak spostrzegawcza. Dla twórcy „Charlotte Brontë i jej sióstr śpiących” to dowód na to, że napisała te książki jedna osoba. Dla mnie zaś to potwierdzenie, że siostry zażartowały sobie z czytelników i czasem zdarzało im się rozmawiać na temat swoich powieści…

Pisarz często opiera się na opracowaniach innych ekspertów i nie widzę nic w tym złego. Polecam każdemu fanowi sióstr Brontë. Niestety ja nie wierzę w każdą tezę, ale sądzę, że warto znać je, jako ciekawostki i w celu chociażby skonfrontowania z nimi własnych przemyśleń.