Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1/10. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 lipca 2017

„Winter” Asia Greenhorn

Babcia tytułowej bohaterki niespodziewanie trafia do szpitala. Dziewczyna jest nieletnia, dlatego trafia do rodziny zastępczej. Nowe miasto, nowi znajomi, nowa szkoła, tajemnica do odkrycia i enigmatyczny chłopiec do kochania.


Książka jest bezgranicznie denna. Fabuła, jak widzicie powyżej, jest sztampowa, a bohaterowie nudni. Winter to typowa siedemnastolatka, bez wykreowanego charakteru, z miejsca zakochująca się w niebezpiecznym chłopaczku. A on taki „tajemniczy”, taki „mroczny” taki „ zagadkowy”… Wszystkie postacie zlewają się w jedno. Żadna nie jest dostatecznie scharakteryzowana, ażeby były godna zapamiętania.


Fabuła tego „dzieła” także nie jest godna zapamiętania. Nudna, bez polotu i inwencji. Nie wciągnęła mnie i wlokła się. Nawet śmiesznie krótkie rozdziały nie zdynamizowały tej powieści.


Język „Winter” jest fatalny. Brak nastoletnich neologizmów, ale styl jawi mi się jako niewprawny, zwyczajnie nudny, nieciekawy. Autorka nie potrafi swoimi słowami wykreować świata. Nie nadaje się na pisarkę. Powinna zmienić profesję. Dialogi sztuczne, a postacie sztywne. Tłumacz nadużywa słowa „kontemplacja”. Dodam jeszcze, że w tekście zdarzają się błędy językowe i interpunkcyjne. Szczególnie tymi językowymi jestem zdegustowana. Podkreślę jeszcze jedną kwestię dotyczącą polskiego wydania, mianowicie brak tłumaczenia walijskich sformułowań. Nie wiem, dlaczego wydawnictwo doszło do wniosku, że każdy zna język walijski i nie potrzebuje tłumaczeń. Ja potrzebuję.


Ta powieścią kończę etap mojego życia wypełniony paranormalnymi powieściami. Więcej już nie zniosę. Może powinnam być wdzięczna Asia Greenhorn, za to że pisze tak niskich lotów powieści. Dzięki niej wyewoluowałam. 1/10



niedziela, 24 kwietnia 2016

Widząca - Natasha Sparks

Był taki mroczny okres w moim życiu, gdy to czytałam opowiadania na Onecie i chomikuj.pl. Nie chcę go wspominać, bo to zawstydzające. Równie żenujące jest to, że ktoś wydaje takie powieści w formie papierowej. To co powstało, jako opowiadanie internetowe, winno nim pozostać.


Oczywiście opowiadanie ma typową dla nastoletnich autorek formę – smutne dzieciństwo? Jest! Destrukcyjna matka? Obecna! Mroczny chłopiec? Jest i to bardzo. Polska autorka, która stanowczo uznała, że polskie nazwisko jest za mało kosmopolityczne i postanowiła zmienić je na światowo brzmiące „Sparks”? Obecna. Książka posiada wszystko, by być kolejnym kompromitującym paranormalnym romansem. I właśnie nim jest.


Opinia krótka, bo pewne dzieła ośmieszają się same.
1/10



piątek, 25 marca 2016

Pamiętniki wampirów - L.J. Smith

Opinia krótka, gdyż nie zamierzam się znęcać nad tym "dziełem". Tak jak nie powinno się śmiać z osób niepełnosprawnych, tak nie powinno się krytykować tego typu publikacji. Spuszczę nad nią zasłonę milczenia, zasmucę się nad stanem literatury i usprawiedliwię się, że przeczytałam ją tylko dlatego, że przegrałam zakład.

1/10

sobota, 14 marca 2015

"After. Płomień pod moją skórą" Anna Todd


tłumaczenie - Agnieszka Myśliwy

tytuł oryginału - After

wydawnictwo - Znak

data wydania - 26 stycznia 2015

liczba stron - 632
 


Coś co powstało jak internetowe opowiadanie, powinno nim pozostać. Od lat wyznaję tę zasadę, niestety wydawnictwa bynajmniej. A boli mnie, gdy czytam takie kocopoły i to jeszcze wydawane przez Wydawnictwo Znak. „After” to ciąg dalszy mody na erotyki spowodowanej „50 twarzami Greya”. Po losy Any i Christiana sięgają (głównie) panie w średnim wieku. Która grupa społeczna jest podobnie niezaspokojona erotycznie? Oczywiście nastolatkowie!

Ta książka jest straszna pod każdym względem. Nie posiada w sobie nic, co mogłabym pochwalić. Tak naprawdę spotkanie z nią było mocno traumatyczne. Mam nadzieję, że wyrażę swoje myśli w miarę składnie. Mam co do tego wątpliwości, gdyż ponad 600 stron tego „dzieła” porządnie zlasowało mi mózg. „After” opowiada historię Tessy, która to całe życie ma zaplanowane. Od dawna wiedziała, że pójdzie na dobrą uczelnie, a kiedyś będzie pracowała w wydawnictwie. Ubiera się jak swoja własna babcia i lubi klasyki literatury. Nadszedł dla niej niezwykły czas, kiedy to zostawia za sobą dom rodzinny, przenosząc się do akademika. Niestety pierwszy dzień w nowym miejscu nie należy do udanych. Poznaje swoją współlokatorkę, która jest zupełnie innym typem człowieka. W przeciwieństwie do Tessy Steph lubi imprezować i nie odmawia sobie sypiania z chłopakami. Hardin to znajomy Steph i straszny mężczyzna. Rozwiązły, wredny, złośliwy, nieokrzesany, ale gdy tylko Tessa go widzi to budzą się w niej nieznane dotąd uczucia. Hardin jest zauroczony dziewiczą pochwą Tessy.

Żeby nie było wątpliwości - akcja zmierza donikąd. Całość polega na tym, że główna bohaterka kłóci się z głównym bohaterem, uprawiają seksy w różnych konfiguracjach oraz anturażu, by chwilę potem pokłócić się znów. Nie ma żadnego punktu kulminacyjnego, są koleje epizody z życia studenckiego luźno połączone osobami Tessy i Hardina uprawiających seks jak króliki. Wtórność, banalność, to cechy tej książki. TO NIE JEST ROMANTYCZNE!!! Ta książka nawet przez moment nie stała przy romantyczności. To związek czysto patologiczny, a dziewczyna zgubiła gdzieś swoją godność. On ją szykanuje, poniża, obraża, a ona jeszcze z nim po wszystkim (chyba z wdzięczności) uprawia seks. Tessa to tak naprawdę dziecko z jakimś pseudo-aspergerowskim syndromem. Do tego głupia jak but. Myślałam, że nie możliwością jest znaleźć postać głupszą od Any z „50 twarzy Greya”, ale... ma godną współzawodniczkę. Oczywiście, uwielbia czytać, ma się za lepszą niż jest w rzeczywistości. I znajduje swojego księcia, który jest mroczny i pociągający jak wszyscy mężczyźni z jej książek. I tak, Tessa i Hardin, bawią się w tej uroczej piaskownicy, którą jest ich związek. Nie rozmawiają ze sobą, co najwyżej stroją fochy raz na jakiś czas. Ten związek to jeden wielki dramat uwieńczony dzikim seksem.

Ta historia ma w sobie coś z nudnego, niezdrowego bagna, który można zobaczyć na co dzień, na każdej szerokości geograficznej. Dziewczynka i chłopiec, którym pochwą tej pierwszej zaszły oczy. Jak to się skończy? Oczywiście że ciążą. Kolejnej części czytać nie zamierzam, ale może ostatnią, w celu potwierdzenia moich przypuszczeń?

To naprawdę wielka powieść. To ponad 600 stron scen łóżkowych i jęków „on mnie nie chce, taki wielki smuteg, może jak pozwolę się przelecieć to mnie polubi!” Może gdyby była krótsza... Ale nie jest. To 600 stron męki i cierpienia. Jeśli nie lubisz czytać o nastoletnich problemach, niedojrzałych związkach i o seksie w różnych konfiguracjach, odradzam. Jakoś koło setnej strony domyśliłam się końcówki. A przede mną było jeszcze całe mnóstwo stronic. W moim umyśle pojawiało się nawracające pytanie – czy książka może być aż tak głupia? Może. Myślę, że każda starsza niż 16 lat dziewczyna nie zobaczy w Hardinie nic ciekawego, co najwyżej chłopca, którego trzeba zabrać do psychoterapeuty. Tak to jest, gdy za pisanie biorą się fanki One Direction, które przeczytają „Wichrowe wzgórza” o jeden raz za dużo.
1/10

 

piątek, 2 stycznia 2015

Nora - Diana Palmer



Tłumaczenie - Jacek Żuławnik


Wydawnictwo - Mira


Data wydania - 14 listopada 2014


Liczba stron - 384

Wybrałam tę powieść spośród innych, wychodząc z założenia, że przyda mi się odprężenie tuż przed sesją. Stąd moja radość, że mogłam przeczytać „Norę”. Niestety, w swojej radości, zapomniałam, jak bardzo pani Diany Palmer nie lubię oraz jak wielkie zniesmaczenie wywołują we mnie jej powieści. Z przykrością stwierdzam, że ta książka spowodowała we mnie podobne emocje. Tego się czytać nie da.

Pani Diana Palmer to prawdziwa gwiazda romansu, nieomal dorównuje Norze Roberts. Wydała ponad 90 książek. Wszystkie przetłumaczono na niezliczoną ilość języków. Nakręcono mnóstwo filmów na podstawie jej twórczości. Sama przyznaje, że lubi iguany, a w wolnym czasie czyta literaturę dotyczącą antropologii.

„Nora” jest zła jak sam szatan. Gorzej niż szatan. Jeśli okaże się, że jednak to Chrześcijanie mają racje i to ich porządek wszechświata obowiązuje to pani Diana Palmer znajdzie się w najniższym kręgu piekła i będą ją gotować we wrzącym oleju. Dla tej pani jednak lepiej byłoby, gdyby Chrześcijanie trwali w błędzie...

Tytułowa bohaterka to panna z dobrego domu. Pisarka nieustannie podkreśla jej intelekt i doskonałe wykształcenie. Zawsze marzyła by zobaczyć dziki zachód, gdyż przeczytała wiele romansów o kowbojach. Niestety życie weryfikuje książkowe wywody i Nora szybko dowiaduje się, że dziki zachód śmierdzi, a kowboje się (o zgrozo) pocą. Jak sobie poradzi dama z wielkiego świata w prowincjonalnym miasteczku w Teksasie? Czy wytrzyma z brudnymi mężczyznami?

Mój borze szumiący, co to jest za idiotyzm. Fabuła jest schematyczna, nudna, bez polotu. Klisze fabularne wybaczyłabym, gdyby autorka dodała coś od siebie, nadała akcji nową jakość. Nie tym razem, wszystko jest tak jak znamy i kochamy(?). Najzabawniejsze były zapewnienia narratora na temat inteligencji głównej postaci, która to rozumem nie grzeszyła. Myśli, że świat składa się z bohaterów romansów i jest wielce zaskoczona, że tak nie jest. Do tego jest pusta i płytka, myśli schematycznie. Rzeczywistość dzieli się dla niej na pachnących inteligentów i resztę obrzydliwego świata. Głowę ma napchaną romansami, gdzie damy mdleją, a preriowi rycerze je ratują, a narrator usilnie podkreśla, że Nora to bardzo inteligentna postać. Tak, jeśli postawić ją pośród pierwotniaków to rzeczywiście, mogłaby się odznaczać niejakim intelektem. Pośród normalnych ludzi byłaby właśnie rzeczonym pierwotniakiem. Do tego była wyniosła, typowo lalkowata, której to wszystko przeszkadza, szczególnie czyjaś ciężka praca. Wszak jak kulturalny człowiek może pracować?

Dziwaczne były też relacje dwójki zakochanych - to żaden spoiler, że pojawi się miłość. Ciągłe napięcie, nieustanne dogadywanie, wyzwiska, kłótnie. Inwektywy tytułowej postaci sprawiły tylko, że z każdą sekundą nie lubiłam jej coraz bardziej. Bohaterowie „Nory” wykreowani są sztampowo i bardzo nudno. Jeśli ktoś się wybija z tłumu to tylko swoimi negatywnymi cechami charakteru jak Nora, która w żaden sposób nie pozwala się lubić. Spoconego kowboja nie skomentuję – to poniżej mojej godności.

Styl jest przeciętny, niczym się nie wyróżnia, nie oddaje charakteru początku XX wieku. W powieści brak atmosfery. Mogłoby się to wszystko dziać współcześnie i nie czuć byłoby żadnej różnicy prócz ubrań. Fabuła wlecze się jak żółw skupiona jedynie na pytaniu – pocałuje czy nie pocałuje.

W książce nie ma nic ciekawego prócz okładki i ładnego wydania. Jedyna pozytywna rzecz, którą mogę o niej rzec to fakt, że nie jest to najgorsza rzecz, którą przeczytałam. Nie polecam.
1/10

niedziela, 21 grudnia 2014

"Dziedzice krwi" Mateusz Sękowski

Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 24 października 2013
Liczba stron: 418

Mateusz Sękowski jest dla mnie jedną wielką niewiadomą. Ten debiutujący pisarz uczy się w liceum ogólnokształcącym w Warszawie. Dziedzice krwi to pierwsza książka w dorobku. Do debiutów literackich nieznanych mi pisarzy podchodzę nieufnie. Niestety, po raz kolejny okazało się, że postępuję słusznie.

Rodzice ćwierćelfa Aerdina Vaske zostają zamordowani, razem z całym dworem królewskim. Młody następca tronu, poprzysięga zemstę na oprawcach swojej rodziny. Przez osiemnaście lat poszukuje sprawców tego haniebnego czynu, by móc wypełnić obietnicę odwetu. Dociera do Wisielczych Marnot, ażeby poszukać dalszych tropów. Niestety najlepszy i najskuteczniejszy handlarz informacjami w państwie derveńskim, zwany Nieznajomym, nie mówi nic odkrywczego. Podsuwa jedynie stary ślad, a Aerdin postanawia za nim podążyć, jednak przyciąga problemy niczym magnes. Kto mu pomoże? Czy znajdzie sojuszników w tym strasznym i brutalnym świecie? Mężczyzna niejednokrotnie będzie musiał zmierzyć się z groźnymi nieprzyjaciółmi. Czekają go niebezpieczne potyczki, inteligentni przeciwnicy oraz potężna magia. Czy Aerdin stawi czoła wyzwaniom i dopełni swojej zemsty?

W książce naprawdę wiele się dzieje. Sytuacja zmienia się ze strony na stronę, a akcja powieści pędzi, jakby była żywa i uciekała przed strasznymi potworami. Czy to dobrze, że ta historia tak szybko się rozwija? Nie dla mnie w każdym razie. Czytając tę książkę, miałam wrażenie, że nie zapoznaję się z powieścią, tylko z protokołem zdarzeń. Zdawało mi się, że pisarz ma dokładny plan swojej pracy i każdy z podpunktów realizuje w kilku zdaniach i w potężnych dialogach. Przyznaję, że Dziedzice krwi to powieść dynamiczna, jednak zupełnie pozbawiona opisów. Wszędzie tylko wymiany zdań między bohaterami. Mateusz Sękowski odebrał mi szansę na wyobrażenie sobie danej sytuacji. Kiedy mój umysł analizował jeszcze poprzednie wydarzenie, autor zdążył opisać już dwa kolejne. Przez to byłam bardzo zagubiona, a całokształt przytłoczył mnie swoim tempem.

Książka składa się głównie z dialogów. Deskrypcje wyglądu, otoczenia, czy myśli pisarz ograniczył do minimum. Metoda telegraficznego skrótu została zastosowana także w opisie emocji. Sękowski wszelkie deskrypcje przeżyć wewnętrznych skondensował do krótkich zdań pojedynczych. Takie posunięcie zdecydowanie nie nadało głębi bohaterom. Brak im jakichkolwiek cech charakteru, rysu psychologicznego, czy też życia wewnętrznego. Nic w tym zresztą dziwnego, wszak ciężko stworzyć wielowymiarową postać nie stosując opisów.

Świat przedstawiony jest ciekawy i interesujący. Trudno mi jednak wypowiedzieć się na jego temat, ponieważ brak opisów spowodował to, że z trudem wyobrażałam sobie scharakteryzowaną w powieści rzeczywistość. Wydaje mi się jednak, że to jest konglomerat znanych już uniwersów. Jednakże nawet przyjemnie czytało się o elfach, krasnoludach i całej fantastycznej ferajnie.
Styl autora jest lakoniczny i skrótowy, a jego słowa nie roztaczały barwnych wizji w mojej głowie. Nie cierpię takiego pisania byle jak, byle szybko, byle dalej i byle prędzej. Język sam w sobie jest przeciętny. Pisarz próbował używać staropolszczyzny, ale zupełnie mu to nie wyszło. Tak jakby sądził, że archaizacja języka polega na odmianie przez przypadki słowa „chędożyć”. Osobie niezaznajomionej bądź nielubiącej staropolszczyzny nie powinno to przeszkadzać, gdyż została użyta niezbyt wprawnie i bardzo rzadko. Wszelakie żarty zawarte w powieści wywoływały mój uśmiech zażenowania. Cięte riposty były „stępione”. Przeszkadzały mi również twory językowe typu „szlachciarzyk”.

Z przykrością stwierdzam, że prawie nic mi się w tej powieści nie podobało. Spotkanie z tym debiutantem było dla mnie wielkim rozczarowaniem. Nie odradzam Dziedziców krwi ostatecznie. Możliwe, że komuś spodoba się bezuczuciowa narracja, natłok wydarzeń i bezpłciowe postacie. Niezbyt przypada mi do gustu okładka, choć sama książka jest schludnie i porządnie wydana. Korekta spisała się bez zarzutu. Ja z przykrością stwierdzam, że kolejne książki Pana Mateusza Sękowskiego będę omijała szerokim łukiem.
1/10

niedziela, 3 listopada 2013

„Meksykański romans” Luiza Kochańska



Wydawnictwo: Replika
Data wydania: luty 2009
Liczba stron: 176

Po przeczytaniu tej książki mam ochotę zapytać się autorki, co brała. Zaręczam Wam, że o trzeźwym umyśle napisać się tego nie da.

„Krótkie wyspy euforii w morzu depresji.”

Książka opowiada o dwóch kobietach – matce i córce. Obie bez pracy, po nieudanych związkach, nie wiedzą co dalej zrobić ze swoim życiem. Ni z tego, ni z owego wygrywają w loterii chipsowej wycieczkę do Meksyku. Gdy już tam przybywają fatalne zdarzenia wydają się nawarstwiać jedno po drugim.

„Uważam, że rozpaczać krótko, a dobrze, a nie długo i byle jak.”

No cóż. W tak małej książeczce naprawdę wiele się działo. Tyle tylko, że zdarzenia były tak nieprawdopodobne, że im bardziej wczytywałam się w powieść, tym częściej zadawałam sobie pytanie: kto tu zwariował? Autorka, bohaterki czy może ja? Złodzieje, romanse, oświadczyny, kochankowie, mafia, pożary. I to spada na jedne małe kobietki w przeciągu paru dni. Fabuła tej powieści to czyste fantasy, a podejrzewam, że nie to było celem pisarki.

Główne bohaterki były wybitnie tępe. Okradzione, nie robią zupełnie nic (oprócz wątpliwego poziomu ironicznych komentarzy), całe życie jest dla nich zabawą i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ich dojrzałość psychiczna oscyluje gdzieś w okolicach dojrzałości przeciętnego pięciolatka.

Faktem jest, że kilka razy się zaśmiałam. Znalazłoby się kilka zabawnych powiedzonek, jednak większość była dla mnie wymuszona i nienaturalna. Podobnie z dialogami, które były nieautentyczne. Płaskie.

Nic nie ratuje tej książki. Irracjonalne zakończenie zadaje jej ostateczny cios. Nie muszę tej książki bardziej pogrążać. Zrobiła to sama.

Odradzam wszystkim bez wyjątku.

niedziela, 27 października 2013

Atrakcyjny kawaler -Heidi Betts


Wydawnictwo: Harlequin
Data wydania: 2008-01-01
Ilość stron: 314

Rozumiem, że nie wszystko musi mieć głębszą treść. Pojmuję, że nie wszystko musi wyrażać jakąś myśl. Lubię literaturę, która pozwala się odprężyć i przy której możemy miło spędzić czas. Ale na boga, niechże każda literatura posiada przynajmniej cień sztuki. W tej książce nie ma nic.

Powieść opowiada o zamożnym biznesmenie Burke Bishopie. Pragnie on mieć dziecko, jednak nie chce się wiązać uczuciowo z żadną kobietą, a co dopiero żenić. Postanawia wynająć kobietę, która powije mu niemowlaka. Stara się, by ta transakcja pozostała tylko wymianą handlową. Z zaskoczeniem stwierdza, że przyszła matka jego pociechy pociąga go jako kobieta i bardzo chciałby ją poznać bliżej…

Właściwie nie wiem, co krytykować, bo powinnam zganić WSZYSTKO. Książka jest schematyczna. Wydarzenia w niej rozgrywane są przewidywalne i oczywiste. Autorka nie wniosła nic nowego.

Postacie to tradycyjna romansowa banda – pokrzywdzona przez los empatyczna kobieta i bogaty biznesmen broniący się przed uczuciami, ale w końcu ulegający pięknej niewiaście. Bohaterowie byli płascy i to, że Pani Betts tak ich uprościła wywołało moją ogólną irytację.

Styl tekstu leży i błaga o pomstę do nieba. Ktoś, kto tak kaleczy język nie powinien w ogóle brać się za pisanie. Maniera pisarska tej pani jest infantylna i tak prosta, że aż prostacka. Osoba używająca takiego języka musi być emocjonalnym niedorozwojem.

Książka nie ma w sobie dosłownie nic, co mogłabym pochwalić. Pomysł jest sztampowy, bohaterowie schematyczni, język pomnę milczeniem, a pomysłu brak, ponieważ temu co przedstawiła autorka było już w romansach wiele razu i nie ma powodu, by wałkować tę samą tematykę po raz enty.

Głupie to do tego stopnia, że nawet nie ma o czym tak naprawdę pisać. Gniot i tyle w tym temacie.
1/10

czwartek, 22 sierpnia 2013

"Furie" Elizabeth Miles



Tytuł oryginału: Fury
Seria/cykl wydawniczy: Furie tom 1
Wydawnictwo: Amber
Data wydania: luty 2012
Liczba stron: 240


Klasyczny przypadek. Świetny pomysł + badziewnie wykonanie = spartaczona książka i zdeptana koncepcja.
A mogło być tak pięknie. Książka opowiada o nastoletniej Emily Winters, przyjaciółce najpopularniejszej dziewczyny w szkole, wrażliwej i piszącej wiersze. Traf chce, że zakochuje się w chłopaku swojej przyjaciółki.
Równolegle do jej wątku opowiadana jest historia jej znajomego Chale, który szuka dziewczyny, która mogłaby mu towarzyszyć na balu. Ni stąd ni zowąd poznaje czarującą i seksowną Ty, która nieźle zamąci mu w głowie. Ciążą jednak na nim winy z przeszłości. A przeszłość nie daje o sobie zapomnieć.
Oboje szybko przekonają się, że zawsze przychodzi czas zapłaty. Mitologiczne furie już o to zadbają.

„Rychłoż się zejdziemy przy blasku błyskawic i piorunów trzasku?” Makbet - Szekspir

Pomysł jest oryginalny, jedyny w swoim rodzaju. To mogło być coś naprawdę nowatorskiego. A został on koncertowo zniszczony. Autorka ciekawy zamysł zmarnowała tworząc słabych lotów powieść młodzieżową. Wątek mitologiczny był tylko dodatkiem, co jakiś czas migającym, gdzieś w tle, ale tak naprawdę to prawie wcale go nie było. Za to dostajemy dawkę śmiertelną rozmyślań dziewczynek – „jaka jestem zakochana”! A od strony chłopców otrzymujemy jakże głębokie rozmyślania na temat – skoro przyszła obejrzeć film do mnie do domu to powinna mi także zrobić loda. Żeby nie było – to jest sparafrazowany cytat. Bohaterowie są wulgarni, a nadmiar złego infantylni. Wszystko kręciło się wokół seksu i momentu, aż jakaś dziewczyna pozwoli sobie zdjąć majtki. Furie prawie wcale nie miały znaczenia.

Przy konstrukcji postaci schemat aż bije po oczach. Królowa szkolnego roju, jej najlepsza przyjaciółka brzydsza od królowej, pociągający chłopak królowej - kapitan drużyny, jego przyjaciel uprawiający seks z każdą dziewczyną, która nie ucieka z krzykiem. Typowe amerykańskie nastolatki. Żadnego z bohaterów nie polubiłam. Wszyscy to dzieci, myślące tylko o tym jak zaliczyć.

„Nie wiesz, że wszyscy kiedyś umrzemy?”

Paskudny, młodzieżowy język dobija tę książkę totalnie. Mnóstwo slangu, dziwnych tworów językowych odstręczyło mnie od tej powieści. Używanie takiego języka powinno być zabronione pod karą śmierci.

„Czy tym właśnie była miłość? Jednym wielkim zagmatwaniem i niepokojem?”

Akcja toczyła się ślimaczym tempem opierając się na życiu nastolatków – ich miłościach i rozstaniach. Czytało mi się to z trudem. Brnęłam przez treść jak przez błoto. Książce brak atmosfery, otoczki grozy unoszącej się nad wszystkim. Czytając te powieść beznamiętnie przewracałam kartki. A powinnam się bać – furii, kary, każącego palca sprawiedliwości. A nie czułam nic.

„Nie pożądaj chłopaka najlepszej przyjaciółki.”

Ta książka to katastrofa. Świetny pomysł, wykonanie woła o pomstę do nieba. Zamiast poświecić uwagę ciekawemu zamysłowi i dopracować go maksymalnie to ona skupia się na życiu towarzyskim zgrai nastolatków.
Lauren Kate twierdzi, że Furie ją uwiodły. To niepokojące, skoro uwodzą ją refleksje niewyżytej seksualnie młodzieży. Chociaż czego ja się spodziewałam. Te autorki są siebie warte.
Podkreślę jeszcze śliczną okładkę, na której widnieje Rachelle Lefevre (Victoria ze Zmierzchu). Aż żal takiej pięknej twarzy na tak denną książkę. 

sobota, 17 listopada 2012

"Pokręcone losy Klary" Izabella Frączyk


Data wydania: grudzień 2010
Liczba stron: 240

Nie stronię właściwie od żadnego rodzaju literatury. Jestem skłonna przeczytać książkę każdego gatunku. Jestem idealistką. Uważam, że dowolną gatunkowo powieść można napisać dobrze i nawet, jeśli ów książka nie będzie wartościowa pod względem merytorycznym, to będzie na tyle przyzwoicie napisana, że miło spędzę przy niej czas, nie wyłapując nieustannie błędów, potknięć i niedorobień. Dlatego też, bez zbytnich uprzedzeń sięgnęłam po „Pokręcone losy Klary”. Kierowałam się zasadą – nie zawsze musi być mądrze i intelektualnie. Czasem wystarczy, by było przyjemnie.

Jak wskazuje tytuł Izabella Frączyk zapozna nas z pokręconymi losami Klary. Jest ona typowym produktem XXI wieku. Piękna, młoda, wykształcona, zapracowana, w związku bez przyszłości. I w pewnym momencie traci dosłownie wszystko – narzeczony ją zdradza, traci pracę, pieniądze się kończą, samochód się psuje i nie ma gdzie mieszkać. Co ma zrobić kobieta, gdy świat wali jej się na głowę?

Ta książka jest wyjątkowo durna. Głupia. Pytka. Fabuła jest do bólu sztampowa. Czytałam wręcz z przymusu. Chociaż wcale nie musiałam czytać, wszystko było tak oczywiste. Książka była tak przewidywalna, że aż mi smutno. Autorka posłużyła się znanym schematem zmiany całego dotychczasowego życia. Jak podejrzewam humor zawarty w książce miał ją odróżniać od setek innych tego typu tworów. Szkoda tylko, że żarty zawarte w powieści są kompromitujące Autorkę. Żeby były tylko nieśmieszne! Po prostu były głupie, tępe. To poczucie humoru, którym miała Autorka mnie uwieść bazowało na najniższych i najbliższych dna szczeblach komizmu. Ja osobiście tylko krzywiłam się z zażenowania, gdy Pani Frączyk serwowała nam swoje żarty przyrządzone a’la Klara.

Niby działo się bardzo wiele. Niby główna bohaterka prowadzi życie pełne zawirowań, ale ta książka naprawdę była nużąca. Albo wydarzenia były nudnawe, albo tak absurdalne, że aż mi się żal Autorki zrobiło. Z niczego starała się zrobić coś. Za dużo wszystkiego. Biegunka pomysłów, a akcja i tak stoi w miejscu.
Podejrzewałam, że ta Pani ma lat –naście. Byłam w ciężkim szoku, że Autorka jest osobą dorosłą. Jej wypociny na to nie wskazują.

Styl tekstu woła o pomstę do nieba. Ja wciąż nie mogę uwierzyć, że osoby posługujące się takim językiem biorą się za pisanie. Po pierwsze jest on niewyrobiony. Na pierwszy rzut oka widać, że to debiut literacki. Niektóre sformułowania są błędnie użyte, a całość tekstu jest bardzo sztuczna. Autorka nie posiada tzw.: lekkości pióra. Tekst jest niesamowicie toporny. Co gorsza Pani Frączyk pisze językiem obfitującym w kolokwializmy. Książka to literatura. Od słowa literatura pochodzi wyrażenie „język literacki”, jakby któryś Autor zapomniał. Jakby kolokwializmów było nam mało, to możemy radować oczy jeszcze dzikszymi tworami typu „plizzz” – cokolwiek to znaczy. Podejrzewam, że to jest jakiś neologizm… W każdym bądź razie, w języku, jakim posługuje się Autorka nie ma ani piękna, ani kunsztu.

Główna bohaterka to idiotka, która ma zaskarbić sobie naszą przychylność poczuciem humoru. Jak niski poziom prezentują jej żarty, napisałam wcześniej.

Nieśmieszna, przewidywalna, nudna, ciężkostrawna. Autorka próbowała nadać jej lekkości żartami, nad poziomem, których trzeba zapłakać. Ta książka jest płytka, a warsztat pisarski Izabelli Frączyk... Nie. Stop. Coś takiego jak warsztat pisarski Izabelli Frączyk nie istnieje.
1/10

Za książkę dziękuję:

sobota, 18 lutego 2012

"Piękni i martwi" Yvonne Woon


Tytuł: Piękni i martwi

Autor: Yvonne Woon
Tom: 1
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 412
Rok wydania: 2010
Wydawnictwo: Amber
Ostatnimi czasy nie mam szczęścia do książek. Na moim blogu pojawiają się prawie same niepochlebne recenzje lub co najwyżej oświadczenie, że dana pozycja książkowa może być. Mam nadzieje, że ta bessa minie. Ale póki co kolejne rozczarowanie.

„Piękni i martwi” w oryginale „ Dead beautiful” – tytuł powinien mnie zaniepokoić jeśli nie odrzucić. Kojarzy mi się trochę z Modą na sukces w oryginale The Bold and the Beautiful. Jednak tytuł mnie nie przeraził i brnęłam dzielnie dalej.
Szesnastoletnia Renee Winters mieszka w Kalifornii i wiedzie spokojny żywot u boku rodziców. Całkowicie przeciętna amerykańska nastolatka. Jej życie diametralnie się zmienia gdy jej rodzice zostają zamordowani w nietypowych okolicznościach. Policja twierdzi, że był to atak serca, ale dziewczyna wie swoje. Jej prawnym opiekunem zostaje dziadek, którego rzadko kiedy do tej pory widywała. Narzuca on jej cała masę niewygodnych zasad. Dlatego też Renee opłakuje swoją utraconą wolność, a także zmarłych rodziców. Ostatecznym ciosem jest to, że jej dziadek decyduje się wysłać dziewczyną do prywatnej szkoły z internatem.

„Czasem trzeba obejrzeć się za siebie, by zrozumieć to, co niesie przyszłość.”

Akademia Gottfrieda nie jest typowym liceum. Pierwszą różnicą jaką zauważa to odmienne przedmioty wykładane – filozofia, historie martwych cywilizacji, łacinę. Dziewczyna od razu wyróżnia się w nowej szkole, nie tylko tym, że popełnia non stop gafy, ale także ma wybitne zdolności w dziedzinie ogrodnictwa. Poznaje do tego niezwykłego chłopaka – Dantego. Jest tajemniczy, niedostępny i z nikim nie rozmawia. Ignoruje ją jednak ona usilnie stara się pozyskać jego zainteresowanie. Z miejsca się zakochuje i postanawia rozwikłać tajemnicę zagadkowego Dantego jak i samej Akademii.

„Nigdy istnieje tylko w twojej głowie. Wszystko jest możliwe.”

Główna bohaterka drażniła mnie niezmiernie. Swoim nieobyciem, popełnianiem nietaktów towarzyskich i wścibstwem. Autorka chciała wykreować ją na niepokorną, jednak dla mnie jest zwyczajne głupia. Pakuje się w tarapaty i jest szczerze oburzona, że dorośli nie słuchają tak inteligentnej osoby jak ona. Niby autorka nadała indywidualny charakter każdej postaci. Ale przykładowo ten oszałamiający Dante mnie nie oszołomił. Nie pociągał, nie dostrzegam jego nieprzeciętnej inteligencji. I cóż z tego, że umie zacytować „Boską komedię”? Wciąż tej bystrości nie zauważam.

„Nie boję się... – zapewniła go – Nie boję się ciebie.”

Tak więc bohaterowie nieciekawi i lekko przygłupi. Z samej fabuły można by wykrzesać więcej. A tak niedorzeczna bohaterka miota się i odkrywa niebywałe tajemnice. W czasie czytania myślałam sobie, że bez całej tej paranormalnej otoczki to byłby niezły kryminał. Ale otoczka jest doprawiona nieśmiertelną i patetyczną miłością więc nie ma co gdybać.

„Jesteśmy silniejsi, mądrzejsi, piękniejsi, wszystkie nasze zalety zostają pomnożone”

„Całe życie które jest we mnie należy do ciebie”

Język jest prosty, młodzieżowy, pasujący do tej absurdalnej bohaterki. To pierwsza książka tej autorki. Jak widzę po tej książce to nie jest tak jak ze śpiewaniem. Nie każdy może pisać, bo to naprawdę ma znaczenie czy lepiej czy trochę gorzej. Do całej też żenującej całości należy dodać szpetną okładkę. Dziewczyna spoglądająca na nas z obwoluty prawdopodobnie grzywkę obcinała sobie sama i to w ciemnościach.