- Wydawnictwo: Novae Res
-
Data wydania: 24 października 2013
-
Liczba stron: 418
Mateusz Sękowski jest dla mnie jedną wielką niewiadomą. Ten debiutujący pisarz uczy się w liceum ogólnokształcącym w Warszawie.
Dziedzice krwi
to pierwsza książka w dorobku. Do debiutów literackich nieznanych mi
pisarzy podchodzę nieufnie. Niestety, po raz kolejny okazało się, że
postępuję słusznie.
Rodzice ćwierćelfa Aerdina Vaske zostają zamordowani, razem z całym
dworem królewskim. Młody następca tronu, poprzysięga zemstę na oprawcach
swojej rodziny. Przez osiemnaście lat poszukuje sprawców tego
haniebnego czynu, by móc wypełnić obietnicę odwetu. Dociera do
Wisielczych Marnot, ażeby poszukać dalszych tropów. Niestety najlepszy i
najskuteczniejszy handlarz informacjami w państwie derveńskim, zwany
Nieznajomym, nie mówi nic odkrywczego. Podsuwa jedynie stary ślad, a
Aerdin postanawia za nim podążyć, jednak przyciąga problemy niczym
magnes. Kto mu pomoże? Czy znajdzie sojuszników w tym strasznym i
brutalnym świecie? Mężczyzna niejednokrotnie będzie musiał zmierzyć się z
groźnymi nieprzyjaciółmi. Czekają go niebezpieczne potyczki,
inteligentni przeciwnicy oraz potężna magia. Czy Aerdin stawi czoła
wyzwaniom i dopełni swojej zemsty?
W książce naprawdę wiele się dzieje. Sytuacja zmienia się ze strony
na stronę, a akcja powieści pędzi, jakby była żywa i uciekała przed
strasznymi potworami. Czy to dobrze, że ta historia tak szybko się
rozwija? Nie dla mnie w każdym razie. Czytając tę książkę, miałam
wrażenie, że nie zapoznaję się z powieścią, tylko z protokołem zdarzeń.
Zdawało mi się, że pisarz ma dokładny plan swojej pracy i każdy z
podpunktów realizuje w kilku zdaniach i w potężnych dialogach.
Przyznaję, że
Dziedzice krwi to powieść dynamiczna, jednak
zupełnie pozbawiona opisów. Wszędzie tylko wymiany zdań między
bohaterami. Mateusz Sękowski odebrał mi szansę na wyobrażenie sobie
danej sytuacji. Kiedy mój umysł analizował jeszcze poprzednie
wydarzenie, autor zdążył opisać już dwa kolejne. Przez to byłam bardzo
zagubiona, a całokształt przytłoczył mnie swoim tempem.
Książka składa się głównie z dialogów. Deskrypcje wyglądu, otoczenia,
czy myśli pisarz ograniczył do minimum. Metoda telegraficznego skrótu
została zastosowana także w opisie emocji. Sękowski wszelkie deskrypcje
przeżyć wewnętrznych skondensował do krótkich zdań pojedynczych. Takie
posunięcie zdecydowanie nie nadało głębi bohaterom. Brak im
jakichkolwiek cech charakteru, rysu psychologicznego, czy też życia
wewnętrznego. Nic w tym zresztą dziwnego, wszak ciężko stworzyć
wielowymiarową postać nie stosując opisów.
Świat przedstawiony jest ciekawy i interesujący. Trudno mi jednak
wypowiedzieć się na jego temat, ponieważ brak opisów spowodował to, że z
trudem wyobrażałam sobie scharakteryzowaną w powieści rzeczywistość.
Wydaje mi się jednak, że to jest konglomerat znanych już uniwersów.
Jednakże nawet przyjemnie czytało się o elfach, krasnoludach i całej
fantastycznej ferajnie.
Styl autora jest lakoniczny i skrótowy, a jego słowa nie roztaczały
barwnych wizji w mojej głowie. Nie cierpię takiego pisania byle jak,
byle szybko, byle dalej i byle prędzej. Język sam w sobie jest
przeciętny. Pisarz próbował używać staropolszczyzny, ale zupełnie mu to
nie wyszło. Tak jakby sądził, że archaizacja języka polega na odmianie
przez przypadki słowa „chędożyć”. Osobie niezaznajomionej bądź
nielubiącej staropolszczyzny nie powinno to przeszkadzać, gdyż została
użyta niezbyt wprawnie i bardzo rzadko. Wszelakie żarty zawarte w
powieści wywoływały mój uśmiech zażenowania. Cięte riposty były
„stępione”. Przeszkadzały mi również twory językowe typu
„szlachciarzyk”.
Z przykrością stwierdzam, że prawie nic mi się w tej powieści nie
podobało. Spotkanie z tym debiutantem było dla mnie wielkim
rozczarowaniem. Nie odradzam
Dziedziców krwi ostatecznie.
Możliwe, że komuś spodoba się bezuczuciowa narracja, natłok wydarzeń i
bezpłciowe postacie. Niezbyt przypada mi do gustu okładka, choć sama
książka jest schludnie i porządnie wydana. Korekta spisała się bez
zarzutu. Ja z przykrością stwierdzam, że kolejne książki Pana Mateusza
Sękowskiego będę omijała szerokim łukiem.
1/10