Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mira/Harlequin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mira/Harlequin. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 lipca 2017

Bezsenność na Manhattanie – Sarah Morgan

Powiedzieć o Sarze Morgan, że jest płodną pisarka to nic nie powiedzieć. Ilości książek, które produkuje przechodzą ludzkie pojęcie! W „ Bezsenności na Manhattanie” zdradza, że napisała już siedemdziesiąt pięć romansów. Widać, że kobieta ma wprawę w pisaniu takich powieści. Mało tego – doskonale się w tym czuje i widać, że pośród miłosnych wyznań, niejasnych uczuć i skomplikowanych relacji międzyludzkich czuje się jak ryba w wodzie.


„Bezsenność na Manhattanie” ma wszystko, by być doskonałym romansem. Jest to powieść lekka, ale poruszająca ważne tematy. Mamy tutaj skrzywdzonego mężczyznę i kobietę, która go uratuje. Magiczna różdżką uleczy rany na jego duszy i wszystko skończy się szczęśliwie. Zakończenie jest pozytywne, nie tylko dlatego że miłość wygrywa, ale też dlatego, że książka sugeruje, iż każdy kto ma jakiś talent i posiada pasję – odniesie sukces.


Polubiłam bohaterów, chociaż Jake mnie irytował. Jego problemy psychiczne zostały dość uproszczone, a przez to te jego rzekome problemy z uczuciami były co najmniej kuriozalne. Natomiast bardzo polubiłam Frankie i już wiem, że przeczytam kolejną część, gdyż w niej jest opisana jej historia miłosna. Podoba mi się jej cyniczny charakter i to, że do wszystkiego podchodzi racjonalnie i bez sentymentów. Liczę na to, że mimo iż znajdzie ukochanego, to pozostanie taka zadziorna i rozsądna. Miasto zostało ciekawie przedstawione, chociaż oczywiście jest to tylko powierzchowne.



Okładka jest naprawdę czarująca. Niesamowicie się prezentuje! Font jest duży, wygodnie się czyta, a strony tekstu same przelatują między palcami. Lekka i przyjemna powieść, jeśli potrzebujecie czegoś niezobowiązującego. Polecam.  

czwartek, 1 grudnia 2016

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć - kolorowanka


Jestem jedną z tych osób, których największą pasją jest czytanie. Ostatnio polubiłam się z audiobookami i kolorowanie to czynność towarzysząca słuchania powieści. Kolorowanka „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” towarzyszy filmowi o tym samym tytule. Co jak co, ale Rowling wie, że seria o Harrym Potterze jest kurą znoszącą złote jajka i „prawdziwy” Potteromaniak nie odpuści – ani kolorowanki, ani, tym bardziej, filmu.

Co myślę o kolorowance? Podoba mi się. Papier jest dobry. Fantastycznie, że jest biały i gładki, a nie chropowaty albo żółtawy. Bardzo dobrze się na nim pracuje. Akceptuje wszystkie kredki, choć przy kolorowaniu na mokro pojawiły się fale Dunaju. W połączeniu z tym, że kolorowanka jest dwustronna – niezbyt fajnie. Poziom trudności jest zróżnicowany co także uznaję za plus. Obrazkom ciut brakuje klimatu, może też miałam takie wrażenie, gdyż film nie przypadł mi do gustu. Dlatego też raczej nie ruszałam kadrów z filmu, wolałam ilustracje przedstawiające zwierzęta.



środa, 12 października 2016

Załącznik - Rainbow Rowell


Ta książka to coś wspaniałego! Jest piękna, delikatna i niesamowicie ciepła. Nie jest typowa w żadnym stopniu. Pomysł autorki nie ma poprzedników, tym samym, mimo że to historia miłosna, to skrajnie nietypowa. Owszem, idea jest trochę „specyficzna”, ale myślę, że przypadnie do gustu osobom, które czują znużenie, gdy słyszą, że znów będą czytać o miłości.

Uwielbiam bohaterów, a zwłaszcza postaci kobiece. Są zabawne, ironiczne, znają się na życiu. Nie są wyidealizowane, zachowują się jak każda kobieta. Mają rozterki sercowe, ale nie są głupie. Miłość ich nie ogłupia, po prostu w pewien sposób ogranicza i nie pozwala podjąć radykalnych decyzji. Kobieta, która kiedyś musiała iść na wielkie kompromisy ze swoim partnerem, albo taka która czekała na konkretną deklaracje z jego strony, ale wiedziała, że może czekać na nią bardzo długo, zrozumie Beth i Jennefer i się z nimi utożsami. Przy wszystkich swoich problemach nie tracą wigoru i ironicznego patrzenia na świat.

Nie ma w tej powieści nadęcia, pretensjonalności, przegadania. Wszystko jest niewymuszone i nieoczywiste. To wielka umiejętność opisać wszystko tak naturalnie, by nie brzmiało prostacko i tak inteligentnie, by wierzyć, że postaci wykreowane są istotami myślącymi.

Wolałam kobiecą perspektywę w tej powieści. Po pierwsze dlatego, że w naturalny sposób damski sposób patrzenia na świat jest mi bliższy. Bardzo polubiłam te dwie kobiety i marzę o takich przyjaciółkach. Ponadto dylematy jednej z nich są dla mnie aktualne do tego stopnia, że czułam się trochę zażenowana.

Główny bohater był słodki jak cukierek. Trochę irytował tym swoim wycofaniem, ale kim jestem, by krytykować ludzi zamkniętych w sobie. W końcu sama taka jestem.

„Załącznik” został pięknie wydany. Okładka jest cudowna, minimalistyczna i urocza zarazem. W tekście zdarzają się literówki.


Pojawiła się we mnie otucha, że moja historia skończy się równie pięknie, że istnieje miłość taka, która nie powinna się wydarzyć i można ją spotkać na każdym kroku. I zwykle tam gdzie się tego nie spodziewamy. Polecam tę osobliwą książkę. To kawał dobrej literatury. Została napisana naprawdę ładnym językiem, co niezbyt często się zdarza przy okazji debiutów.  

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Uwodzicielka - Stephanie Laurens

To kontynuacja serii „Saga rodziny Cynsterów”. Nie czytałam poprzedniej części, ale zdaje się, że nie jest to konieczne. Każdy tom tworzy osobną, autonomiczną historię, zaś ród Cynsterów stanowi spoinę.

Thomas wychował się na wsi, jednak pokochał życie w mieście. Jest bogaty i dobrze mu się wiedzie. Wie, że powinien zająć się przedłużaniem rodu, jednak nieśpieszno mu do tego. Gdy dowiaduje się, że bliska dla niego rodzina ma kłopoty, wraca w rodzinne strony. Tam okazuje się, że synowie jego opiekuna przejęli władzę nad majątkiem i dokonują dziwnych posunięć. Ponadto część ludzi mocno się rozchorowała z zupełnie niewiadomych przyczyn, a osoba która miała im pomóc niespodziewanie umiera. Wszystko to tworzy skomplikowaną mozaikę, którą główny bohater postara się rozwiązać. Nie będzie tego robił jednak sam, gdyż towarzyszyć mu będzie miłość z dzieciństwa – Lucilla, która wciąż coś czuje do Thomasa.

Zacznę od pozytywów. Książka jest ciekawa i trzymająca w napięciu. Nie przynudza, pragnęłam wiedzieć, jak potoczą się losy bohaterów. Nie domyśliłam się na czym polega intryga, tym samym z zapartym tchem oczekiwałam na rozwiązanie zagadki. Romans w historycznym anturażu zawsze czytam z przyjemnością. Połączenie tego z tajemniczą zagadką jest całkiem udane.

Styl tekstu kuleje. Nie do końca rozumiem strukturę zdań, których używała autorka. Ponadto słownik Laurens nie tylko jest ubogi, ale i dość przypadkowy. Jednak, by napisać nawet romans historyczny, trzeba być z językiem za pan brat. Tym razem tak się nie stało. Kolejną moją uwagą jest to, że z czasem powieść traci początkowy impet. Ostatnie rozdziały nie są tak intrygujące jak początkowe. Do tego autorka często urywa wątki przez co wcale nie dynamizuje powieści, a prawie ją szatkuje.

Bohaterowie są przyjemnie skonstruowani, choć trudno im odmówić jednowymiarowości, zwłaszcza, gdy przyjrzę się postaciom męskim. Główna bohaterka to jednak osoba wyemancypowana, mądra i pełna energii. Zawsze postępuje słusznie, nawet jeśli to jest trudne i niepopularne. Thomas to taki typowy skrzywdzony mężczyzna „chciałbym, ale się boję”. To trochę irytująca kreacja.

Ogólnie oceniam tę „Uwodzicielkę” pozytywnie, lecz autorka powinna popracować nad stylem, bo to psuje ogólny odbiór całokształtu. Akcja powieści powinna płynąć, a nie strzępić się jak nieobrębiona tkanina. Może pisarka powinna również sięgnąć po kilka książek napisanych w epoce, dzięki czemu lepiej wczuje się w realia tamtych epok.

Okładka estetyczna, typowo romansowa, ale podobają mi się nasycone kolory. Dobry font ułatwiał czytanie, a papier jest miły w dotyku.


6-/10

środa, 4 listopada 2015

"To przez ciebie!" Mhairi McFarlane

Liczba stron: 464

Główna bohaterka tej książki jest fantastyczna! Może dlatego, że ubiera się jak ja, a może dlatego że mamy podobne priorytety – wyjątkowo łatwo było mi się z nią utożsamić. Do tego, skoro tak osobiście odbierałam jej postępowanie, to mogę książkę pochwalić za realizm. Przy całym tym doskonałym humorze powieść jest prawdziwa. W tak lekkiej powieści lubię bohaterom wierzyć. Pragnę, by ich motywacje były realistyczne. Tutaj, jak najbardziej, były. Mogę śmiało stwierdzić, że pisarka wie o czym pisze, ja zaś bardzo chcę przeczytać o czym ona pisze.

Nie tylko wierzyłam Delii, ale też po prostu ją polubiłam. Przeżywa wzloty i upadki, nie jest postacią idealną, ma za dużo kilogramów tu i tam. Przy tym ma ogromny dystans do siebie za co bardzo cenię ludzi, z którymi przebywam (nawet książkowo).

Język jest prosty, może czasem trochę banalny. Miałam co jakiś czas problem z typowym prowadzeniem narracji. Może przekroczyłam granicę, za którą drażni mnie pierwszoosobowe prowadzenie narracji i opisywanie swojego własnego wyglądu przez protagonistkę.

Wspaniałym dodatkiem są komiksowe wstawki. Dlaczego się tam znajdują, co wnoszą i o czym mówią naturalnie dowiecie się z powieści. By zachęcić dorzucę tylko, że Delia ma alter ego w postaci Lisicy. Doskonale wkomponowują się w treść i pozwalają chwilę odpocząć oczom. A tak, bo od tej powieści nie można się oderwać. Pragnęłam ją skończyć jak najprędzej. Losy bohaterki bardzo mnie intrygowały, dlatego też przeczytałam za jednym zamachem od deski do deski.

„To przez ciebie” otrzymuje moją rekomendację! Muszę przyznać, że były zgrzyty stylistyczne, ale wszystko wynagradza fantastyczna bohaterka z iście brytyjskim poczuciem humoru. Wspaniała!
7/10


sobota, 26 września 2015

Sisi. Cesarzowa mimo woli - Allison Pataki

Data wydania: 9 września 2015
Wydawnictwo: HarperCollins

Do tej powieści nie podchodziłam entuzjastycznie. Dlaczego? Ano dlatego że temat ten był wałkowany już miliony razy. Historia Sisi jest tak hollywoodzka, że dzieła na jej podstawie powstają jak grzyby po deszczu. Zwykle jednak to utwory o wątpliwej jakości. O ile filmy są godne poznania, to jednak powieści biograficzne pozostawiają wiele do życzenia. W tym wypadku miałam do czynienia z fikcją literacką na podstawie historii życia Sisi. To bardzo wygodne dla autorki, bo może dowolnie ubarwić prezentowane losy i ja, jako czytelnik, nie mam prawa się jej czepiać. Nie ograniczają jej ramy historyczne, a wręcz przeciwnie może je dowolnie przekraczać bez strachu. Jedyne czym ma się przejmować to opowiedzenie tego, co chce przekazać w sposób ciekawy, porywający i poprawny. I powiem zupełnie szczerze, to się udało!

Jak powiedziałam na początku, życie Elżbiety Bawarskiej było prawdziwie hollywoodzkie. Niespodziewana miłość cesarza, uczucie, cierpienie, ból, strata. To problemy bliskie każdemu człowiekowi, a ludzie lubią czytać o tym, że wyższe sfery cierpią jak każdy. Może właśnie dlatego postać Sisi stała się tak popularna. Bo w swoich problemach, zachowaniu, umiłowaniu wolności była bliska przeciętnemu człowiekowi. Myślę, że dlatego poddani ją kochali, dwór zaś nie cierpiał. Mimo że uwielbiana przez wielu, uznawana za najpiękniejszą kobietę na ziemi to jednak miała problemy. Nie była „boska”, niedostępna, daleka. Na pewno pośród moich czytelników znajdzie się ktoś, kto może pochwalić się problemami z teściową jak Sisi. No może nikt nie odbiera nikomu dzieci (?), ale konflikty matka-teściowa i kłótnie kto lepiej zna się na wychowaniu potomstwa są czymś znanym.

Elżbieta to niespokojna dusza poetki. Szuka poezji w codzienności, pisała liczne utwory poetyckie, które brzmią całkiem nieźle. Nie była pod tym względem dopasowana do swojego męża, gdyż on cenił sobie jedynie parady wojskowe. Surowo wychowany, nie rozumiał potrzeby wolności Sisi. Ogólny brak wsparcia męża był dla bohaterki ogromnym problemem. Samotna i wyobcowana nawet przy mężu, który przysięgał miłość (przecież wziął ją za żonę z czystej miłości), uciekała przed Wiedniem i samą sobą. Chciała choć przez chwilę nie czuć się tak niepotrzebna. Niepotrzebna jako matka, jako żona, jako cesarzowa. Praktycznie każdą z tych ról pełniła matka cesarza. To z nią omawiał sprawy wagi państwowej, u niej szukał wsparcia i porad, żonę spychając do roli pięknego klejnotu. I znów pojawia się kwestia wychowania dzieci i tego, że to właśnie Franciszek powinien sprzeciwić się matce, stanąć po stronie żony w walce o dzieci. Historia Sisi potwierdza ogólnie znaną prawdę. Jeśli matka nie ma dobrej relacji z dziećmi gdy są małe, to później nie jest to do odratowania. Cesarzowa owszem, zaprzyjaźniła się ze swoimi dziećmi, gdy dorastały, jednak wciąż czuła dystans. Prawdopodobnie wymuszona separacja od matki była jedynym z wielu powodów późniejszego samobójstwa syna pary cesarskiej – Rudolfa.

Zależnie od źródeł zdrady Franciszka Józefa były notoryczne lub znikome. W „Sisi. Cesarzowej mimo woli” pisarka podkręca ten problem, sugerując np. że wyjazd cesarzowej na Maderę był spowodowany chorobą weneryczną pochodzącą od męża.

W życiu Elżbiety Bawarskiej było tyle cierpienia, że aż trudno to sobie wyobrazić. Stąd ta plastyczność życiorysu jeśli chodzi o przerabianie ich na dzieła sztuki. Pisarka jeszcze mocniej podkręciła dramatyzm sytuacji, często eskalowała sytuację, tak że sama się dziwiłam, że Sisi daje radę to przeżyć. Do tego wątki romansowe wprowadzone przez autorkę są dość dyskusyjne, aczkolwiek, jak powiedziałam, trzeba być idiotą, by czepiać się nieścisłości historycznych w książce beletrystycznej.

Niegdyś przeczytałam w „Nagiej cytrze” pewne zdanie, które utkwiło mi w pamięci. „To szczęście przynosi mi tyle bólu”. Kwintesencja losów Sisi. Zakochany mężczyzna porzucił dla niej narzeczoną, sprzeciwił się matce, kochał ją nieustająco przez lata. Bo nie uchodzi wątpliwości, że Franciszek Józef swoją żonę kochał bardzo. Ale niespokojnym duszą to nie wystarcza. Potrzebują powietrza, tlenu, nowych wrażeń i akceptacji. Tego władczyni była pozbawiona przez lata. Czy stąd jej problemy z wagą, a raczej mówiąc wprost, domniemana anoreksja? Nikt nie słuchał tego co mówiła, ale w swojej urodzie miała władzę. To była właściwie jedyna rzecz, którą mogła kontrolować w swoim życiu. Nie dość że miała władzę nad samą sobą, to jeszcze nad tłumami, których urzekała uroda królowej.


Polecam, bo to naprawdę dobra książka. Dialogi są poprawne, zaś emocje które wywołują intensywne.
  

niedziela, 16 sierpnia 2015

Kres królów - Philip Gooden

Królową Elżbietę, we współczesnych powieściach historycznych, opisuje się jako jedną z potężniejszych władczyń. Silną, niezależną, wielką po prostu. Ale wielcy ludzie też spadają z piedestałów. A nawet zwyczajnie się starzeją, a wraz z młodością ich wielkość odchodzi. Taką spadającą gwiazdę zaprezentował Philip Gooden.

Philip Gooden to były nauczyciel, mieszkający obecnie w Bath. Jest autorem cyklu książek o Nicku Revillu, powieści historycznych, których akcja toczy się w Londynie za Elżbiety I i Jakuba I w latach działalności szekspirowskiego teatru Globe.
Może część z czytających pamięta panikę na początku 2000 roku. Świat miał się skończyć i o wiele więcej osób wierzyło w to bardziej niż w rok 2012. O dziwo, jak się dowiedziałam, strach przed pełnymi datami to nie wymysł współczesności. Takie terminy napawały ludzi zabobonnym strachem. Tak też było za panowania Elżbiety I. Poddani spodziewali się końca świata albo pewnej epoko. Ci, pozbawieni katastroficznych wizji, sądzili, że coś się gwałtowanie zmieni. Zapowiadał to także coraz bardziej sędziwy wiek królowej Anglii. Pikanterii w walce o tron dodaje fakt, że Elżbieta nie ma potomków. Wszystko wskazuje na to, że imperium, które stworzyła zachwieje się w posadach.

Główny bohater Nick Revill to aktor. Aktualnie gra w sztuce Shakespeare'a „Ryszard II”. Odzwierciedla ona obawy społeczeństw w tamtym okresie. Przez to Nick zostaje porwany, a raczej „porwany” przez osoby, które interesują się śmiercią królowej... Za sprawą tego protagonista zostaje wciągnięty w wir dworskich intryg.

Książka pozbawiona jest archaizacji języka. Styl tekstu jest współczesny i nie ma co tu kryć, nie przenosi w przeszłość. Za to główny bohater relacjonuje zdarzenia z lekkością i swadą. Nie wszystkie jego żarty i uwagi mnie bawiły, ale doceniam animusz tej postaci. Nie wczułam się w historię tak jak powinnam. Jednakże sama w sobie historia opowiedziana na kartach tej powieści jest interesująca i wciągająca. Oceniam ją jak najbardziej pozytywnie. Czytadło, pewnie wielu spodoba się ciekawe połączenie polityki z teatrem.

5/10

piątek, 20 lutego 2015

"W milczeniu" Erica Spindler

Tłumaczenie - Klaryssa Słowiczanka
Tytuł oryginału - In silence
Wydawnictwo - Harlequin
Data wydania -16 stycznia 2015
Liczba stron - 496
 
Muszę przyznać, że jestem szczerze zaskoczona. To pierwszy kryminał, który przeczytałam z niekłamaną przyjemnością. Zawsze gdy oceniałam ten gatunek, to chodziłam wokół niego na palcach, bo nie chciałam skrzywdzić dobrej książki, tylko dlatego że nie lubię danego gatunku. Tym razem jest inaczej. Ten kryminał po prostu mi się spodobał i to już powinna być wystarczająca rekomendacja.

Ale pewnie nie jest, więc przejdę dalej. „W milczeniu” opowiada o dziennikarce Avery Chauvin. Jej ojciec popełnił samobójstwo. Dziewczyna wraca do swojego rodzinnego miasteczka, by zająć się pogrzebem i zdecydować, co zrobić ze swoim życiem po tej tragicznej śmierci. Wie, że jej ojciec kochał życie, pomimo tego że ostatnio miał trudny czas. Jak ktoś, kochany przez wszystkich, mógł tak po prostu odebrać sobie życie? W Cypress Spirngs dochodzą ją coraz dziwniejsze pogłoski o zaginięciach i tajemniczych śmierciach. W Avery budzi się zmysł dziennikarski i zaczyna badać sprawę. Odkrywa, że idylliczne miasteczko na Południu nie jest wcale tak idealne, za jakie chce uchodzić.

Nie jestem znawczynią kryminałów, ale nie będę oszukiwać. Domyśliłam się, jak potoczy się fabuła już w pierwszych czterech rozdziałach. Możliwe dlatego, że oceniam tę książkę pozytywnie pod wpływem euforii, że udało mi się odkryć mordercę, dzięki moim niebywałym zdolnościom dedukcyjnym. Fakt faktem, nie było to zbyt skomplikowane... Jeśli o to chodzi to Spindler, nie popisała się szczególną kreatywnością. To że wiedziałam, kto zabił oraz to, kto jest dobry, a kto zły nie zepsuł mi przyjemności z lektury. Muszę dodać, że próby motania fabuły wychodziły dość niemrawo. To takie mało finezyjne, gdy autorka tak prostacko wkłada w usta postaci „tropy”, które tak naprawdę są tylko fałszywymi wskazówkami.

Polubiłam główną bohaterkę, choć przyznaję, że irytowało mnie jej rozmemłanie życiowe i brak zdecydowanych działań. Reszta postaci została wykreowana dość dobrze. Lubię, gdy miejscem akcji jest południe w USA, bo ludzie tam to ciekawy obiekt badawczy. Wciąż mnie zadziwiają ich kostyczne poglądy.

Trudno mi jednoznacznie ocenić język tekstu. Z jednej strony podobały mi się krótkie, dynamiczne zdania, które sprawiły, że akcja mknie, a liczba nieprzeczytanych stron niepostrzeżenie się zmniejsza. Z drugiej jednak strony całość brzmi dość topornie i mało płynnie. Nie wiem, na ile winę można zrzucić na tłumacza, który używa słów, które wyszły już z użycia typu „kto zacz”. Niektóre słowa są błędnie użyte. Wysunęłabym nawet oskarżenie, że pisarz / tłumacz nie znają słów, których używają.

Poczucie humoru pisarki przypadło mi do gustu. Spodobały mi się drobne, narratorskie żarciki. Całe rozwiązanie zagadki było dobre i przyznam, że wydarzył się pewien fakt, którego nie przewidziałam i który sprawił, że skrzywiłam się z obrzydzeniem.

Lektura „W milczeniu” jest łatwa, lekka i przyjemna. Odbieram ją pozytywnie, w ogóle się przy niej nie nudziłam, jak przy innych kryminałach. Fakt, że pisarka zastosowała znany powszechnie motyw hermetycznej, małomiasteczkowej społeczności w ogóle mi nie przeszkadzał. Trochę zabrakło mi odpowiedniej atmosfery w tej dziwnej miejscowości. Chciałabym poczuć klaustrofobiczny charakter tego miejsca, niestety nie było mi to dane. Generalnie polecam, bo nawet ja, osoba stroniąca od książek z wątkiem kryminalnym, wciągnęła się w proces dochodzenia przez Avery przyczyn śmierci w Cypress Spirngs.
4/6
7-/10
 

sobota, 14 lutego 2015

"Pewnego razu w Paryżu" Diana Palmer

Tytuł oryginału - Once in Paris
Wydawnictwo - Mira
Data wydania - 16 stycznia 2015
Liczba stron - 304
 
Oto kolejne podejście do dzieł Diany Palmer. Tym razem nie było tak dramatycznie źle, jak przy „Norze”, jednakże „Pewnego razu w Paryżu” to moje ostatecznie pożegnanie z tą poczytną autorką. Kompletnie nie rozumiem jej dzieł, nie poruszają one we mnie żaden emocjonalnej struny, a co gorsza śmieszą mnie jej sposoby na zawiązanie akcji.

Diana Palmer to tak naprawdę pseudonim artystyczny Susan Spaeth Kyle. Swoją pierwszą książkę napisała jeszcze w latach 70. Wcześniej była dziennikarką radiową i telewizyjną. Wydała prawie sto książek, które przetłumaczono na mnóstwo języków. Gdy miała 45 lat poczuła pęd do wiedzy i postanowiła uzupełnić wykształcenie. Od razu machnęła trzy kierunki – filologię hiszpańską, archeologię oraz historię. Jej mąż też porzucił pracę, by oddać się graniu w rzutki. Amerykański sen. I tak sobie żyją, ona pisząc romanse, a on rzucając do tarczy. Tak sobie próbuję przełożyć to na polskie standardy... Ale może po prostu jestem złośliwa? Pewnie tylko zazdroszczę, że nigdy nie utrzymam się, grając w rzutki.

„Pewnego razu w Paryżu” opowiada historię Brianne, której matka krótko po tym, jak pochowała pierwszego męża, wzięła ślub z bogatą personą. Dziewczyna zawadza ojczymowi, więc wysyła ją do paryskiego internatu. Pierce to architekt, mocno zaangażowany w ochronę planety ziemi. Niedawno zmarła mu żona i wciąż boryka się z uczuciem pustki i samotnością. Pragnie popełnić samobójstwo. Brianne spotka go w Luwrze i rozpoznaje w nim kolegę ojczyma. Rozpoczyna z nim pogawędkę, dzięki czemu powstrzymuje go przed śmiercią. Czy Pierce odwdzięczy się dwa razy młodszej od siebie pannicy, ratując ją z rąk zdesperowanego ojczyma?

Lubię ten motyw – młodsza skrzywdzona dziewczyna, którą starszy mężczyzna uczy życia. Jednakże, by to wypaliło, dziewczę musi mieć, co nieco rozumu. Tym razem go nie uświadczysz. Zauważyłam, że Diana Palmer ma w zwyczaju tworzyć główne bohaterki głupie jak but, a jednak z aspiracjami do bycia wielkimi intelektualistkami. Czyta się o takich osobach komicznie. Nie ma nic śmieszniejszego niż przemądrzała nastolatka, która myśli i powtarza, że jest dorosła. Z byciem dorosłym jest jak z byciem damą – jeśli musisz zapewniać, że nią jesteś, to nie jesteś. Pisarka serwuje rozkoszne sceny, gdy to Brianne opowiada o swoich ocenach z matematyki poważnemu dorosłemu człowiekowi. I jeszcze ta idiotyczna udawana powaga, która zamiast dodawać bohaterce metaforycznych lat, to zamiast tego brzmi jak rozpuszczony bachor. Przykład? Otóż skarży na koleżanki, przez co wyrzucają jedną ze szkoły. Ciągle powtarza: „od pewnego czasu czuję się dorosła” - takie brednie może powtarzać tylko niedojrzała nastolatka. Podobnie jak „nie jestem dzieckiem, mam już 19 lat” - tak dziewczynko, a teraz wracaj do książek i ucz się do matury.

Z jednym autorka powieści ma rację. Jedyną wartościową cechą, którą posiada główna bohaterka to dziewictwo. Nie jest zbyt mądra, za ładna ponoć też nie, poczuciem humoru też nie grzeszy. Palmer daje ciągle do zrozumienia, że Brianna jest ciekawa dla mężczyzn, tylko dlatego że jest dziewicą. Nie obchodzi ich jej charakter, ani zachowanie, ważne że ma kawałek błony. Smuci mnie fakt, że gdy się nie ma żadnej pozytywnej cechy, którą można by zainteresować drugiego człowieka, to wówczas opowiada się każdemu, kto się napatoczy o tym, że jest się dziewicą.

Poza irytującą główną bohaterką „Pewnego razu w Paryżu” całkiem mi się podobało. Wydarzenia były ciekawe, choć momentami wydumane. Czytałam bardzo płynnie i szybko. Wydanie jest schludne i bardzo ładne, a okładka dość estetyczna.

Polecam osobom, które zaczytują się w romansach.
3/10
 
 

piątek, 2 stycznia 2015

Nora - Diana Palmer



Tłumaczenie - Jacek Żuławnik


Wydawnictwo - Mira


Data wydania - 14 listopada 2014


Liczba stron - 384

Wybrałam tę powieść spośród innych, wychodząc z założenia, że przyda mi się odprężenie tuż przed sesją. Stąd moja radość, że mogłam przeczytać „Norę”. Niestety, w swojej radości, zapomniałam, jak bardzo pani Diany Palmer nie lubię oraz jak wielkie zniesmaczenie wywołują we mnie jej powieści. Z przykrością stwierdzam, że ta książka spowodowała we mnie podobne emocje. Tego się czytać nie da.

Pani Diana Palmer to prawdziwa gwiazda romansu, nieomal dorównuje Norze Roberts. Wydała ponad 90 książek. Wszystkie przetłumaczono na niezliczoną ilość języków. Nakręcono mnóstwo filmów na podstawie jej twórczości. Sama przyznaje, że lubi iguany, a w wolnym czasie czyta literaturę dotyczącą antropologii.

„Nora” jest zła jak sam szatan. Gorzej niż szatan. Jeśli okaże się, że jednak to Chrześcijanie mają racje i to ich porządek wszechświata obowiązuje to pani Diana Palmer znajdzie się w najniższym kręgu piekła i będą ją gotować we wrzącym oleju. Dla tej pani jednak lepiej byłoby, gdyby Chrześcijanie trwali w błędzie...

Tytułowa bohaterka to panna z dobrego domu. Pisarka nieustannie podkreśla jej intelekt i doskonałe wykształcenie. Zawsze marzyła by zobaczyć dziki zachód, gdyż przeczytała wiele romansów o kowbojach. Niestety życie weryfikuje książkowe wywody i Nora szybko dowiaduje się, że dziki zachód śmierdzi, a kowboje się (o zgrozo) pocą. Jak sobie poradzi dama z wielkiego świata w prowincjonalnym miasteczku w Teksasie? Czy wytrzyma z brudnymi mężczyznami?

Mój borze szumiący, co to jest za idiotyzm. Fabuła jest schematyczna, nudna, bez polotu. Klisze fabularne wybaczyłabym, gdyby autorka dodała coś od siebie, nadała akcji nową jakość. Nie tym razem, wszystko jest tak jak znamy i kochamy(?). Najzabawniejsze były zapewnienia narratora na temat inteligencji głównej postaci, która to rozumem nie grzeszyła. Myśli, że świat składa się z bohaterów romansów i jest wielce zaskoczona, że tak nie jest. Do tego jest pusta i płytka, myśli schematycznie. Rzeczywistość dzieli się dla niej na pachnących inteligentów i resztę obrzydliwego świata. Głowę ma napchaną romansami, gdzie damy mdleją, a preriowi rycerze je ratują, a narrator usilnie podkreśla, że Nora to bardzo inteligentna postać. Tak, jeśli postawić ją pośród pierwotniaków to rzeczywiście, mogłaby się odznaczać niejakim intelektem. Pośród normalnych ludzi byłaby właśnie rzeczonym pierwotniakiem. Do tego była wyniosła, typowo lalkowata, której to wszystko przeszkadza, szczególnie czyjaś ciężka praca. Wszak jak kulturalny człowiek może pracować?

Dziwaczne były też relacje dwójki zakochanych - to żaden spoiler, że pojawi się miłość. Ciągłe napięcie, nieustanne dogadywanie, wyzwiska, kłótnie. Inwektywy tytułowej postaci sprawiły tylko, że z każdą sekundą nie lubiłam jej coraz bardziej. Bohaterowie „Nory” wykreowani są sztampowo i bardzo nudno. Jeśli ktoś się wybija z tłumu to tylko swoimi negatywnymi cechami charakteru jak Nora, która w żaden sposób nie pozwala się lubić. Spoconego kowboja nie skomentuję – to poniżej mojej godności.

Styl jest przeciętny, niczym się nie wyróżnia, nie oddaje charakteru początku XX wieku. W powieści brak atmosfery. Mogłoby się to wszystko dziać współcześnie i nie czuć byłoby żadnej różnicy prócz ubrań. Fabuła wlecze się jak żółw skupiona jedynie na pytaniu – pocałuje czy nie pocałuje.

W książce nie ma nic ciekawego prócz okładki i ładnego wydania. Jedyna pozytywna rzecz, którą mogę o niej rzec to fakt, że nie jest to najgorsza rzecz, którą przeczytałam. Nie polecam.
1/10

sobota, 27 grudnia 2014

Mroczny trop - Alex Kava

Tłumaczenie: Katarzyna Ciążyńska
Tytuł oryginału - Breaking Creed
Wydawnictwo - Harlequin Enterprises
Data wydania - 19 listopada 2014
Liczba stron - 320

Serię o policjantce Maggie O'Dell znają chyba wszyscy chociażby ze słyszenia. Historie Alex Kavy są bardzo popularne, a książki sprzedają się na pniu. Coraz to nowe dzieła tłumaczone są natychmiast, tak że światowe premiery zbiegają się z wydaniem polskim. Nawet na tłumaczenie Rowling trzeba było poczekać trochę dłużej. Wygląda na to, że Pani Kava musi być fantastyczną autorką... Jej rodzice nigdy nie wspierali jej twórczych ambicji. Pracowała we własnej agencji reklamowej, ale rzuciła pracę, by zająć się zawodowo pisaniem. Należy do organizacji zrzeszających pisarzy thrillerów, a także do podobnej, ale obejmującej swoim zasięgiem jedynie kobiety „sisters in crime”.

Czy jest naprawdę tak fantastyczną pisarką? Ma swoje lepsze momenty i gorsze, ale cóż, nie powala na kolana. Nie jest czymś, co można nazwać przełomem czytelniczym w moim życiu. Przyznaję, że się poprawiła. Kilka ostatnich części czytało mi się z trudem. „Mroczny trop” to lekki zwrot ku lepszemu w stosunku do ostatnich powieści. Niestety zwrot jest delikatny, to jeszcze nie to, co było na początku, ale pisarka idzie w dobrym kierunku.

Akcja toczy się dwutorowo. Z jednej strony narracja prowadzona jest przez Rydera Creeda. To znany treser psów, który pomaga, razem ze swoimi podopiecznymi, w tropieniu przemytników narkotyków. Tym razem bierze udział w zatrzymaniu statku przez Amerykańska Straż Wybrzeża. Odnajdują w nim tylko grupkę przerażonych dzieci... Jakie mają powiązanie z narkotykami?
Maggie zaś prowadzi dochodzenie w sprawie brutalnych morderstw. Wszystkie ofiary były torturowane przed śmiercią przy pomocy różnorakich insektów. Ścieżki Creeda i policjantki znów się krzyżują. Co z tego wyniknie?

Żeby nie było, że jestem wiecznie na nie: „Mroczny trop” czytało mi się lekko, łatwo i przyjemnie. Akcja była wystarczająco szybka, bym się wciągnęła, ale jednocześnie na tyle jednostajna, by autorka mogła ładnie opisywać świat przedstawiony. Powieść jest milion razy lepsza od poprzedniczek, ale nadal jej czegoś brakuje. Czegoś wyjątkowego, co sprawia, że książka zapada w pamięć i nie pozwala wyrzucić się z głowy. „Mroczny trop” zaskakuje i przyznam, że nie domyśliłam się, kto zabijał. Sprawiło to, że czytałam z zainteresowaniem do ostatniej strony. Niestety powieść nie wywołała we mnie dużych emocji. Co najwyżej jakieś zalążki, których Alex Kava nie potrafiła rozwinąć umiejętnym opisywaniem fabuły. Dlatego w dużej części byłam obojętna na losy postaci.

Do tego dochodzą błędy logiczne. Maggie O'Dell to profilerka – tworzy profile psychologiczne morderców. Wszystko ładnie, pięknie, ale z fabuły wynika, że ona prowadzi regularne śledztwa. Czy tylko mnie tu coś nie gra?

Stylistyczne książka ujdzie w tłumie. Całkiem interesujące opisy i dość naturalne dialogi, czynią „Mroczny trop” zdatnym do czytania. To właśnie taki idealny kawałek literatury przeznaczony do odprężenia. U mnie powieść ta trafiła na idealny czas, gdy przytłoczona literaturą staropolską z radością sięgnęłam po coś niezbyt wyrafinowanego. W dużej mierze zaciekawiła mnie dlatego, że nigdy wcześniej nie czytałam powieści dotyczącej kartelu narkotykowego. Motyw ten został przez autorkę wykorzystany wyjątkowo umiejętnie i logicznie. Niestety brak tu jako takiego dochodzenia, raczej główni bohaterowie kręcą się wokół własnej osi, mając nadzieję, że dowody same wpadną im w ręce, co zresztą się dzieje. W tym dziele, jak w pozostałych tej pisarki, psychologia została zupełnie pominięta. Portrety psychologiczne są dość nudne i nie ma w nich nic ciekawego.

To naprawdę dobra powieść w dorobku Alex Kavy. W porównaniu z poprzedniczkami – jest wręcz dobra. Polecam miłośnikom jej twórczości. Ach i nie zwracajcie uwagi na ten sztampowy tytuł. Oryginał ma o wiele lepszy i mniej oklepany.


sobota, 25 października 2014

"Ekstaza. Euforia" Sylvia Day


Wydawnictwo: Mira
Data wydania: 10 września 2014

Ta książka jest po jasnej stronie mocy. Ładnie i zgrabnie reprezentuje romansowy gatunek, czytało mi się ją wyjątkowo przyjemnie.

Sylvia Day to amerykańska pisarka o bogatym dorobku artystycznym. Jej utwory rozchodzą się na pniu. Powieści autorki to romanse z silnie zaznaczonym wątkiem erotycznym.

„Euforia. Ekstaza” opowiada losy związku Jaxa i Gianny. Znali się niegdyś, ale ich uczucie nie przetrwało. Gianna na przestrzeni czasu zmieniła się. Stała się świadomą kobietą i pracuje u znanej restauratorki Lei Young. Jax zaś nie zmienił się ani trochę. Wciąż pociąga za najważniejsze sznurki w waszyngtońskich kręgach władzy. Czy dawna namiętność odżyje? Czy mają jakąkolwiek szansę na udany związek?Ta powieść jest w porządku. Nie widzę różnicy między Ekstazą i Euforią. Jak dla mnie to jedna i ta sama historia i nie do końca rozumiem podział. Generalnie podobała mi się. Była lekka, niewulgarna, miła i przyjemna. To typowy harlequin, który czyta się z niewymuszonym uśmiechem na twarzy. Polubiłam głównych bohaterów, jak na romans byli całkiem nieźle wykreowani. Czytanie o ich podchodach sprawiły mi sporo radości.

Okładka obiecuje, że wnikniemy w świat waszyngtońskiej socjety. Tak się nie stało. Jest jeden czy dwa bale, ale nie dzieją się tam żadne niezwykłe rzeczy. Nic ponadto co dzieje się na zwykłych pracowniczych party, czy czymś w tym rodzaju. Tego mi zdecydowanie zabrakło.

Scen seksu jest sporo. Niektóre lepsze, inne gorsze. W każdym razie mnie nie zszokowały, ale zapewne to zależy od człowieka i jego wrażliwości na tego typu momenty.
Język tekstu ujdzie. Autorka ma trochę ograniczony zasób słownictwa, ale nie oczekiwałam wcale wybitnego słownika po pani Day.
Bardzo poprawnie. 5.5/10

wtorek, 2 września 2014

"Złodziej dłoni" J. T. Ellison



tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
tytuł oryginału: All the Pretty Girls
wydawnictwo: Mira
data wydania: 30 lipca 2014
liczba stron: 352


Trudno mi się pisze takie recenzje. „Złodziej dłoni” jest przeciętny. Ani mnie ziębi, ani grzeje. Czytało się lekko i bardzo prędko, powieść umiliła mi czas, ale im bardziej analizowałam treść, tym więcej głupot i nieścisłości udało mi się wyłapać. Ten kryminał należy przeczytać z pustym umysłem i zbytnio nie roztrząsać treści.

Jest absolwentką Randolph-Macon Woman's College, tytuł magistra uzyskała w George Washington University. Pracowała w Białym Domu i Departamencie Handlu przed przejściem do sektora prywatnego. Jako analityk finansowy i dyrektor marketingu, pracowała w sektorze obrony i dziale badań przestrzeni kosmicznej.

Po przeniesieniu się do Nashville, Ellison rozpoczęła prace, które pozwoliły Jej poszerzać swoją pasję, jaką była kryminalistyka. Pracowała z Nashville Metro Police Department, FBI i innych organizacjach ścigających przestępców. Te doświadczenia gwarantowały przenosiła wprost do swoich powieści.


Ellison jest członkiem wielu organizacji literackich, w tym International Thriller Writers, Mystery Writers of America, Romance Writers of America and Sisters in Crime.

Mieszka w Nashville z mężem i kotem.(opis z lubimy czytać)

Wierzę, że pisarka wiedzie ciekawe życie i chciała je przelać na karty powieści. Nie zawsze jednak interesujące życie przekłada się na dobry pisarski styl. Frapujące wydarzenia trzeba jeszcze umieć je dobrze zaprezentować, niestety pisarka nie posiada tej umiejętności.

„Złodziej dłoni” opowiada losy policjantki z wydziału zabójstw Taylor Jackson. Porucznik próbuje rozwikłać sprawę morderstw młodych kobiet pozbawianych dłoni. Zabójca wybiera tylko kobiety, które mają powiązanie z medycyną, bądź szpitalami. Dziennikarka Whitney Connolly upatruje w tej sprawie możliwość szybkiego wspięcia się na szczyt kariery telewizyjnej i wyrwanie się z Nashville. Dostaje e-maile od mordercy, w których wysyła jej wiersze dotyczące zabitych kobiet. Swoje ambicje przedkłada ponad współpracę z policją. Równolegle do tej sprawy toczy się historia gwałciciela, który atakuje tylko w czwartki podczas deszczowej pogody.

Nie jestem znawczynią kryminałów, ponieważ niezbyt często je czytam, ale mniej więcej wiem, czego oczekuję jako czytelniczka. Przede wszystkim oczekuję interesujących postaci, które zdołam polubić lub znienawidzić – odczuwać jakiekolwiek w stosunku do nich emocje. Niestety Taylor Jackson była mi obojętna. Ot kolejna kobieta w policji, o których czytałam mnóstwo książek. Postacie drugoplanowe nie przyciągnęły mojej uwagi. Niestety Pani Ellison nie pogłębiła ich porterów psychologicznych. Prostym przykładem jest zgwałcona koleżanka głównej bohaterki pracująca w wydziale do spraw przestępstw seksualnych. Po tym jak została skrzywdzona niezbyt przejmuje się swoim zgwałceniem, nie ma traumy, żartuje i śmieje się. Szok szokiem, ale bez przesady. Przechodzi nad tym do porządku dziennego, jakby była gwałcona codziennie i nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia. Kolejne zmarnowane postacie to mordercy – obaj. Owszem, sprawy zostają rozwiązane i to dość zaskakująco. Ja się nie spodziewałam takiego rozwoju akcji, jednakże dla mnie wyjaśnienie motywów sprawców jest niewystarczające. Tak jakby pisarka nie mogła wymyśleć, skąd wzięły ich zwyczaje. Interesujące za to są wiersze, których Dusiciel z Południa używał do obrazowania swoich zbrodni.

Językowo kiła i mogiła, że tak to ujmę. Wciąż pisarka katuje swoimi porównaniami. Całokształt jest bardzo przyjemny. W „Złodzieju dłoni” nie ma zbyt wielu drastycznych scen. Jest delikatny, wciągający, ale bez szczególnej treści. Dobra powieść na odmóżdżenie, polecam osobom, które chcą przyjemnie spędzić czas, czując delikatny niepokój, podczas czytania o psychopatycznych mordercach.

5/10

niedziela, 20 lipca 2014

"Pocałunek śmierci" J. T. Ellison



Tłumaczenie: Żuławnik Jacek
Wydawnictwo: Mira
Data wydania: 18 czerwca 2014
Liczba stron: 352


Nie jestem fanką kryminałów i wszyscy o tym wiedzą. Co jakiś czas najdzie mnie ochota na jakąś powieść o takiej tematyce i sięgam wówczas po coś zupełnie  przypadkowego. To zazwyczaj dobre książki, ale niezachwycające. Żadna z nich nie sprawiła, że doznałam nagle sensacyjnego objawienia, które by spowodowało nagłą chęć poznania tego gatunku i przemiany samej siebie w detektywa. Mimo wszystko „Pocałunek śmierci” to bardzo dobra książka.

Jest absolwentką Randolph-Macon Woman's College, tytuł magistra uzyskała w George Washington University. Pracowała w Białym Domu i Departamencie Handlu przed przejściem do sektora prywatnego. Jako analityk finansowy i dyrektor marketingu, pracowała w sektorze obrony i dziale badań przestrzeni kosmicznej. Po przeniesieniu się do Nashville, Ellison rozpoczęła prace, które pozwoliły Jej poszerzać swoją pasję, jaką była kryminalistyka. Pracowała z Nashville Metro Police Department, FBI i innych organizacjach ścigających przestępców. Te doświadczenia gwarantowały przenosiła wprost do swoich powieści.

Ellison jest członkiem wielu organizacji literackich, w tym International Thriller Writers, Mystery Writers of America, Romance Writers of America and Sisters in Crime.
 
Mieszka w Nashville z mężem i kotem.( Opis z wydawnictwa Mira)

Aż się chcę zapytać, a po cóż Ci to pisanie kobieto, skoro masz takie barwne życie?!?!

„Pocałunek śmierci” opowiada o morderstwie Corinne Wolff. Młoda, piękna sportsmenka, szczęśliwa mężatka, spodziewająca się dziecka, zostaje odnaleziona martwa w swoim domu. Jej półtoraroczna córka przytulała się do niej w kałuży krwi. Sprawę ma rozwiązać porucznik Taylor Jackson, która właśnie wróciła z podróży przedślubnej. Czy może się okazać, że Corinne nie jest tylko podmiejską żoną, ale zamieszana jest w brudne interesy? I jaką rolę w tym wszystkim pełni jej siostra? Ponadto ktoś próbuje skompromitować Jackson, a przez to odsunąć od sprawy. Zapraszam do czytania!

Fabuła jest porywająca! Zagadki się piętrzyły a informacje, które zdobywała pani porucznik zdumiewały mnie samą. Przyznaję, że domyśliłam się mordercy i mój pierwszy trop był słuszny, ale nie odkryłam przyczyny zabójstwa. Całość tej zagadki jest nieprawdopodobna, ale za to jaka fascynująca. Powieść trzyma w napięciu od początku do końca, a moje emocje podczas czytania ciągle się gromadziły, by wylać się na końcu gwałtowną falą.

Język jest najgorszym elementem powieści. Narracja wydaje mi się mocno infantylizująca. Pojawiają się specyficznie metafory, w mojej ocenie bardzo dziecinne typu „wyrzygała swoją duszę pod delikatnym, pączkującym dereniem.” Brzmi trochę idiotycznie. Za to podziwiam wnikliwość pisarki, która naprawdę jest obyta w tematyce policyjnej oraz kryminalistyce, która jest jej pasją. Widać, że posiada doświadczenie i sprawnie je wykorzystuje.

Momentami fakt, że nie przeczytałam poprzedniej części przeszkadzał, dlatego też ze swojej strony polecam, by zapoznać się z poprzednią częścią. Pani Ellison często odnosiła się do poprzedzających fabułę wydarzeń, dlatego o wiele lepiej będzie, gdy będziecie dysponować taką wiedzą.  

Wydanie jest bardzo ładne. Typowy dla Miry papier to przyjemny w dotyku, chropowaty, żółty materiał, zaś okładka prezentuje się zabójczo…

Polecam tę książkę fanom kryminałów, którzy uwielbiają mroczne i zagmatwane zagadki. Jeśli interesuje Was, jaką mroczną tajemnice skrywa podmiejskie, idealne małżeństwo to zapraszam do czytania. Mnie się podobało i pomimo kilku zastrzeżeń to planuję przeczytać inne powieści pani T. S. Ellison. Polecam.
6/10