Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i s-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i s-ka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lutego 2016

Ukąszenie - Lynsay Sands

Daję 2/10. Z litości.


Sama nie wiem od czego zacząć, ponieważ fabuła jest tak skrajnie głupia, że czuję się jak idiotka, próbując ją opisać. Otóż żyje sobie pewna wampirza Lissianna, która ma fobię na punkcie krwi. Gdy ją widzi to momentalnie mdleje. To trochę utrudnia jej funkcjonowanie w swojej społeczności. Dlatego też jej matka w 202 urodziny Lissi organizuje jej pomoc psychologa. Oczywiście wampirza rodzina nie wykazuje się subtelnością i rzeczonego psychologa porywają i przywiązują do łóżka, zawiązując mu czerwoną kokardkę na szyi. Gdy przybywa główna bohaterka bierze go za seksualnego niewolnika. Seks z seksowną dziewczyną od razu poprawia panu psychologowi humor i przestaje się przejmować, tym że go porwali i związali. Logiczne.


Pytanie brzmi: jak mogłam przeczytać coś tak głupiego? No jak widać mogłam, ale to było straszne przeżycie. Niewiele się dzieje, bo tak naprawdę to chodzą z kąta w kąt i uprawiają seks, bądź też grę wstępną. Powieść to komedia pomyłek, w których zorientowałam się od razu, zaś bohaterowie nie, co tylko wzmagało moją irytację nad ich skrajną indolencją umysłową. Może zbyt duża ilość seksu im się rzuciła na mózgi? W każdym razie od dwustudwulatki oczekiwałam więcej dojrzałości i łączenia faktów. A ona zachowywała się jak roztrzęsione dziecko, a raczej nastolatka nabuzowana hormonami. W pewnym momencie okazuje się, że tak naprawdę to ta powieść zmierza donikąd. I pytasz sam siebie – dlaczego to czytam? Chyba tylko po to, by napisać uczciwą recenzje i wylać w niej wszystkie swoje frustracje na beznadziejnych pisarczyków. Fabule brak jakieś dynamizmu, czegoś co by ją napędzało, bo ja się domyśliłam od razu, jak potoczą się losy dwójki bohaterów i rozumiałam w przeciwieństwie do nich samych, że gonią własny ogon i zamiast uciekać, to winni usiąść i wysłuchać drugiej strony konfliktu. Oczywiście wówczas, nie byłoby tylu śmiesznych momentów. HIHI.


Bohaterowie to masakra. Wzbudzali tylko moją ciągłą irytację. Pan psycholog ma na imię Greg i jest trzydziestopięcioletnim, wykształconym człowiekiem. A zachowuje się tak idiotycznie, że aż boli. Wiem, całkiem możliwe, że sporo nie bzykał i tak jakoś wyszło. Ech… Główna bohaterka ma zaś umysł zamrożony w stanie wiecznej nastolatki. Jej wypowiedzi są takie głupiutkie. Nie głupie, ale głupiutkie, czyli takie które jednocześnie pretendują do miana uroczych. Powinna mieć dwa kucyki, krótką spódniczkę i lizaka, wtedy byłaby w pełni wiarygodną postacią dwustudwuletniej wampirzycy.


Co do języka… Pani Lynsay Sands napisała całkiem sporo powieści, a jednak zachowuje się jak laik. Pominę wszystkie żenujące opisy seksualnego rozbudzenia wampirzycy. Najgorsze było dokładne streszczanie, kto, jak i w co jest ubrany. Ponadto skrupulatnie opisuje czynności związane z higieną – ogoliłam się, wysmarkałam i podtarłam pupę po defekacji. Do tego całokształt tekstu brzmiał po prostu bardzo dziecinnie.


„Ukąszenie” to naprawdę przewidywalna powieść. Gdyby normalny, średniointeligentny człowiek znalazłby się w podobnej sytuacji, to prędko by się domyślił, co powinien zrobić, zamiast biegania bez celu. Przede wszystkim byłam znudzona tą książką. Brak jej dynamizmu. Nie polubiłam bohaterów, wręcz ich znienawidziłam i krzyczałam wewnętrznie: „zastanówcie się!”. Polecam tylko osobom, które zaczytują się w paranormal romance. We mnie ta powieść wywołała zniesmaczenie i zażenowanie, że można stworzyć coś tak dennego i nie wstydzić się tego wydać.



sobota, 10 stycznia 2015

"Kurort amnezja" Anna Fryczkowska

Wydawnictwo - Prószyński i S-ka
Data wydania -13 listopada 2014
Liczba stron - 424
Bookeriada



Nie lubię kryminałów, ale ta książka mi się podobała. Dlaczego? Otóż dlatego, iż mało cukru w cukrze, a kryminału w kryminale. To przede wszystkim powieść psychologiczna poruszająca tematy, które leżą w sferze moich zainteresowań, nasycona emocjami, oblepiająca smutkiem i rozpaczą.

Można by rzec, że Wanda nosi podwójną żałobę. Jedną po swoim ukochanym mężu, drugą po swoich wyobrażeniach dotyczących jej małżeństwa. Po tragicznym w skutkach wypadku Pawła, kobieta dowiaduje się, że człowiek, z którym dzieliła życie oszukiwał ją i miał kochankę. Musiała pochować, i człowieka, i miłość do niego. Została tylko pogarda, rozczarowanie, chęć zemsty i gdzieś tam, na samym dnie, w tej części umysłu, która na co dzień nie jest dopuszczana do głosu, tęsknota. Za tym człowiekiem, który zdradził i oszukał. Gdzie jechał Paweł z Marianną? Tego nie wie sama kochanka, gdyż straciła pamięć. Amnezja zabrała jej wszystko, co kiedykolwiek wiedziała. Narzeczony przywozi ją do nadmorskiej miejscowości Brzegi na czas rekonwalescencji. Latem tętni ona życiem, dzięki licznym wczasowiczom. Zimą, to miejsce opuszczone, ponure i mroźne. Władzę nad nim przejmuje morski żywioł.

Najmniejsze znaczenie miał dla mnie wątek kryminalny, którego, całe szczęście, jest niewiele. Właściwie to jedynie przyczynek do opowiedzenia o tej samej historii z trzech perspektyw – zdradzanej żony, odkrywającej prawdę o sobie kochanki i wiarołomnego męża odzywającego się zza grobu poprzez zaszyfrowane dzienniki. Każda strona ma swoje racje, które przedstawia w swoim czasie narracyjnym. Doskonałe było to, że każda z postaci miała swój idiolekt. Każdy z narratorów wyrażał się odrobinę innym językiem pasującym do jego pochodzenia i pozycji społecznej.

W całej powieści są ogromne pokłady zimna. Nadmorskie wichury wzburzające morskie bałwany wprowadzają przerażającą atmosferę, podobnie jak wyludnione miasteczko wyglądające tylko cieplejszych dni, gdy będzie można zarobić na turystach. Jeśli chodzi o sferę uczuć to także jest bardzo zimno. Wszyscy przegrywają, nie ma zwycięzców. Jeśli nawet występują drobne gesty przychylności, to są one cyniczne, chłodne, przemyślane i skierowane na zysk.

Powolny proces odkrywania prawdy na swój temat przez Mariannę niezmiernie przypadł mi do gustu. Dziewczyna łączy kawałki układanki i wcale jej się nie podoba to, co widzi. Nie taką osobą chciała być. Czy jest szansa na nowy początek? Niesamowicie podobała mi się również perspektywa Wandy. To było ogromnie bolesne - wejść w jej myśli i przeżywać z nią jej ambiwalentne emocje. Tęsknić, czy nie tęsknić za Pawłem. W książce została ona w dużej mierze wybielona, z czym się nie zgadzałam. Główną przyczyną rozpadu małżeństwa faktycznie było niedopasowanie charakterów i niedojrzałość faceta, ale Wanda swoje ma za uszami. Tak się zafiksowała na posiadaniu dziecka, że przestała dostrzegać partnera, a widziała w nim tylko reproduktora. Sypialnia zmieniła się w laboratorium do wykrywania dni płodnych. Życie musiało być idealne jak w pudełeczku. Z historii opowiadanej przez Pawła poprzez dzienniki jawi się człowiek, który cierpi na syndrom Piotrusia Pana, który nie akceptuje porządku rzeczy, w którym się znajduje. Nie podoba mu się poukładanie żony, fakt że wszystko musi być idealne, jak we śnie – dobra praca, piękne mieszkanie, wygodny samochód, luksusowe wakacje. A on chciałby szaleć jak za młodych lat.

Interesujące były wątki feministyczne, pojawi się nawet jedna para LGBT. Książka nie pozostaje obojętna na współczesne problemy, a pisarka nie boi się ukazać szkodliwych, jej zdaniem, modeli rodziny. Nie bawi się w delikatne półsłówka, wali prawdę między oczy, pokazuje prawdę przy pomocy dziewczyny, która na nowo musi uczyć się świata. Patriarchalny świat ją zadziwia, a przez to świeże spojrzenie zadziwił (i przeraził) także mnie.

Fabuła jest bardzo dobra. Poproszę o więcej kryminałów, które kryminałami nie są. Styl tekstu brzmi poprawnie. Niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale czyta się przyjemnie, a także wprowadza czytelnika w senną atmosferę nadmorskiego miasteczka. Dialogi poprawne, tylko niektóre zdają mi się niepotrzebne, zaś część przeżyć wewnętrznych była monotonna. Z drugiej jednak strony żałoba jest właśnie monotonna – pisarka dobrze oddała skupienie wdowy na punkcie swojego męża.

8/10

sobota, 9 listopada 2013

"Zapomniane" Cat Patrick



Tłumaczenie: Jan Hensel

Tytuł oryginału: Forgotten
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 12 stycznia 2012



„Zapomniane” to debiut pisarski Cat Patrick. To widać na pierwszy rzut oka, nie musiałam nawet patrzeć na jej biografię, jednak mimo laickich niewprawności książka wyszła całkiem znośnie.

„Zabawne, jak możliwości dodają skrzydeł. Zabawne jak rzeczywistość ściąga z powrotem na ziemię.”

Główna bohaterka imieniem London Lane to mogłaby być wróżka z prawdziwego zdarzenia. Za wiedzę dotyczącą przyszłości musi zapłacić ogromną cenę – w ogóle nie pamięta swojej przeszłości. O 4.33 jej pamięć resetuje się i musi ją poznawać z wcześniej zrobionych notatek. Dzięki temu oraz przy pomocy matki i przyjaciółki Jamie, dziewczynie udaje się w miarę normalnie funkcjonować. Ta względnie sielankowa sytuacja zaczyna się psuć, gdy matka zaczyna kłamać w sprawie jej dawno niewidzianego ojca, przyjaciółka wdaje się w romans z nauczycielem, a London pamięta, jakie katastrofalne skutki to przyniesie, a sama poznaje wspaniałego chłopca Luka, którego nie ma w jej przyszłości.

Po czym widać, że autorka jest dyletantką w dziedzinie pisania książek? Po koszmarnym języku! Paskudny nastoletni slang praktycznie zrównał z ziemią ciekawą historię i przyjemnie skonstruowane postacie. Przez tę książkę będę mieć uraz do końca życia do słów „matma” „histra” itp. Nienawidzę czegoś takiego w książkach.

„ Przeszłość jest dla mnie stracona, teraźniejszość to przygoda, a przyszłość – wspomnienie...”

Książkę czytało się bardzo szybko, mimo że akcja nie była zbyt dynamiczna. Składała się z kilku elementów – wątek miłosny, tajemnica z przeszłości oraz problemy życia codziennego nastolatki. Niezbyt to pomysłowe i wybitne, jednak przyznaję, że książka mnie wciągnęła i czytałam ją z przyjemnością. Wybitna to ona nie jest, poruszająca też nie, po prostu przyjemna. Naprawdę dobrze spędziłam przy niej czas.

Sama koncepcja ogromnie przypadła mi do gustu. Pomysł na niepamięć przeszłości wydaje mi się bardzo nowatorski i dotąd chyba nigdzie niewyeksploatowany. Mogę Patrick pogratulować wyobraźni i umiejętności czerpania inspiracji bezpośrednio z życia (wpadła na pomysł fabularny, podczas gdy zmęczona opieką nad małymi dziećmi zapomniała, co robiła przed chwilą) i wróżę jej świetlaną pisarską przyszłość, jeśli tylko poprawi swój warsztat. Oczywiście nie mówię o książkach wybitnych, tylko o zwykłych powieściach trafiających do mas.

Książka według mnie nie jest zakończona. Autorka nie planuje pisać kontynuacji, co w mojej ocenie jest błędem, ponieważ nic nie zostało wyjaśnione. Pytanie, które postawiliśmy sobie na pierwszych stronach powieści, wciąż są bez odpowiedzi. Dlaczego London traci pamięć? Czy ten defekt, kiedyś zniknie? Dlaczego widzi przyszłość, jak to w ogóle jest możliwe? Myślę, że to są kluczowe pytania dla całej książki, a pisarka pozostawiła je beztrosko bez odpowiedzi, a mnie zapewniła nieprzespane noce, podczas których będę głowiła się nad tymi pytaniami. Jeszcze gorzej, jeśli autorka sama nie zna wyjaśnień owych kwestii i pozostawiła je niewyjaśnionymi, ponieważ nie miała pomysłu…
Jednak mam dziś dobry dzień i pragnę wierzyć, że to nie jej brak inwencji jest tu winowajcą.

Jest jeden ogromny plus tej powieści – główna bohaterka. Nie myślałam, że kiedyś nadejdzie taki dzień, ale oto wiekopomna chwila – polubiłam nastoletnią bohaterkę! London jest dość inteligentna jak na nastolatkę, ale ma pewną cudowną cechę, która czyni ją wyjątkową. Ma dystans do siebie i potrafi swoje potknięcia autoironicznie podsumować.
Pozostałe postacie także dość dobrze wykreowane, szczególnie te damskie. Jamie, matka London, jest wspaniałym tłem dla głównej bohaterki. Ma wystarczająco charakteru by zapaść w pamięć, ale nie na tyle, by przyćmić London. Jedynym straconym potencjałem męskim tej książki jest adorator naszej nastoletniej bohaterki, czyli Luke. Owy chłopiec nie został w ogóle wykreowany oprócz tego, że jest super. Nie ma to jak dogłębna analiza portretu psychologicznego postaci…

Jeśli ktoś poszukuje lekkiej książki o nastoletnich rozterkach nastoletniej dość inteligentnej bohaterki to polecam. Jednak mnie ta książka nie oszołomiła i nie wstrząsnęła moim światem.

wtorek, 12 lutego 2013

Dotyk śmierci - J.D. Robb



Tłumaczenie: Małgorzata Cendrowska
Tytuł oryginału: Naked in Death
Seria/cykl wydawniczy: In Death tom 1
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: sierpień 2005
Liczba stron: 440

Dałam tej książce notę niezwykle wysoką aż 8/10. A to dlatego, że owa książka zawierała w sobie wszystko, co lubię i cenię w czytadłach. Dawno nie spędziłam tak przyjemnie czasu przy powieści, nie zawracając sobie głowy niedociągnięciami. A to dlatego, że ta książka ich nie posiadała. Jest prawie idealna w swoim gatunku. Nora Roberts wydała tę serię pod pseudonimem. Czyżby autorka była ciekawa, czy jej utwory sprzedadzą się bez jej nazwiska na okładce? A może chciała sprawdzić, czy rozpoznamy ją, patrząc tylko na fabułę i styl? Autorka może poczuć się doceniona. Rozpoznałabym ją bez trudu.

„Sny zawsze wydawały się gorsze w ciemnościach.”

Seria In Dead poświęcona jest Eve Dallas – pani porucznik nowojorskiej policji. Tym razem dostała sprawę tajemniczych zabójstw prostytutek. Jest ona tym bardziej kłopotliwa, iż jedna z zabitych jest wnuczka senatora. Zabójca wyraźnie bawi się z porucznik Dallas – wie, gdzie kobieta mieszka i podrzuca jej filmy z miejsca zbrodni. Jak wybrnie z tego Eve? Do tego główny podejrzany jest pociągający miliarder Roarke. Ich spotkanie będzie bardzo elektryzujące.

„Najgorsze, gdy zaczynasz się do kogoś przyzwyczajać, pomyślała. Czujesz się samotna, gdy nie ma go przy tobie.”

Nie jest to zwykły romans. Autorka w zgrabny i bardzo przystępny sposób połączyła wątek kryminalny, romansowy z wizją świata w drugiej połowie XXI wieku. Tak, tak rzecz się dzieje w niedalekiej przyszłości, gdzie ludzie swobodnie poruszają się między planetami, walczą laserami, więzienia znajdują się na asteroidach, a świat jest doszczętnie skomputeryzowany. Bardzo podobało mi się osadzenie akcji w przyszłości. Nadało to tej historii swoistego smaczku.

„Im bardziej świat się zmienia... Tak, tym bardziej pozostaje taki sam. Kobiety nadal zalecają się do mężczyzn, ludzie nadal zabijają ludzi, a politycy całują dzieci i kłamią.”

Może i inne czasy, ale ludzie wciąż ci sami. Morderstwa, intrygi, podłości. Wciąż to samo. Choćby niewiadomo, jaki postęp wykonała nauka, to i tak ludzie tkwią w miejscu.

„Takie tajemnice bolą. Dręczą człowieka. Wywołują strach i poczucie winy.”

Książka nie jest słodka, ani niewinna. Autorka dosadnie serwuje nam plastyczne opisy miejsc zbrodni. A z drugiej strony mamy romans, który także nie jest mdły. Podczas czytania towarzyszyło mi wiele różnorakich emocji, bo i adorator Eve jest mężczyzna o wielu twarzach. Ogromnie spodobały mi się kreacje postaci. Główna bohaterka to silna, nieustraszona kobieta, z wadami i zaletami jak każdy. Traumatyczne przeżycia z dzieciństwa odcisnęły na niej niezatarte piętno. To pogłębiło postać, a wszystkie jej niezrozumiałe zachowania stały się dla nas jasne.

Jest to jedne z lepszych lekkich czytadeł, jakie miałam w ręku. Sprawa kryminalna mnie wciągnęła i to ona dominuje nad całą fabułą. Rozwiązanie śledztwa zaskoczy i zniesmaczy. Wątek miłosny nie jest wątkiem przewodnim, a bardzo przyjemnym dodatkiem do barwnej całości.

Książka napisana jest prostym, przystępnym językiem, dzięki czemu powieść czytało się niezwykle szybko. Zaletą powieści jest fakt, że napisana została z różnych perspektyw. Owszem, skupia się głównie na perypetiach młodej policjantki, ale znajdziemy również fragmenty z perspektywy Roarke, a nawet zabójcy.

Książka wydaje mi się bardzo hmm: skrajna. Z jednej strony romantyczne zbliżenia, z drugiej brutalne zabójstwa opisane przez autorkę tak, że miałam w głowie ich trójwymiarowy obraz, a z jeszcze trzeciej zabawne sytuacje, ironiczny humor, lekkie docinki, przekomiczne dialogi. I jak tej książki nie lubić?

Stałam się fanką tej serii i natychmiast zaopatrzyłam się w kontynuację.

8/10




***

Czytałam już dalsze części (naturalnie nie wszystkie) i nie jestem już tak zachwycona. Eve Dallas i jej przygody zaczęły mnie nużyć, ponieważ wszystkie książki z tej serii są stworzone wedle jednego schematu. Autorka używa wciąż tych samych sformułowań, podobnie buduje zdania i nawet morderstwa tworzy podobne. Wszystko w jej książkach jest przeraźliwie wtórne. Ale cóż, jakoś tragicznie nie jest. Da się tę serię czytać nawet z przyjemnością. Tylko nie kolejno po sobie.

czwartek, 7 lutego 2013

Anna we krwi - Kendare Blake



Anna we krwi - Kendare Blake

Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Tytuł oryginału: Anna dressed in blood
Seria/cykl wydawniczy: Anna tom 1
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: kwiecień 2012


„Artur bez Excaliburu, nie przestaje być Arturem.”

Zauważyłam, że w większości książek, w których głównymi bohaterami są nastolatkowi, są oni sierotami lub półsierotami. Ciekawe, prawda? Czy to specyficzny sposób pogłębienia psychiki postaci czy też widzimisie autorów. A może łatwiej przeżywać przygody bez rodziców pilnujących każdego kroku pociechy?


„Sprawiasz, że zaczynam pragnąć tego, czego nie mogę mieć.”

Książka opowiada o chłopcu o niebanalnym imieniu Tezeusz Cassio. Żyje w równie niebanalnej rodzinie - jego ojca zabiła zjawa, a matka jest białą czarownicą. Cassio przejmuję obowiązki taty i sam trudni się odsyłaniem morderczych duchów na drugą stronę. Kolejną misją jest duch, zwany Anna we Krwi. Od dawna morduje ludzi, jednak ostatnimi czasy jej aktywność wzrosła. Pewny siebie Tezeusz idzie stawić czoło Annie, ta jednak jest o wiele silniejsza od niego. Jeszcze nigdy nie spotkał tak potężnej zjawy, a co najdziwniejsze, dziewczyna go nie zabiła. Dlaczego?

„Miej nadzieje na lepsze, przygotuj się na najgorsze.”


Ta książka to powieść skierowana do młodzieży. Początkowe rozdziały wprowadzają nas w specyficzny, mroczny nastrój. Spodziewałam się takiej atmosfery utrzymującej się aż do
końca. Przeliczyłam się. Szybko okazało się, że autorka pójdzie w zupełnie inną stronę, a mianowicie miłości i paranormal romance. Odrobinę żałuję. Myślałam, że będzie to oryginalna książka z elementami horroru, a dostałam ciekawą powieść młodzieżową. Brak mi było początkowej grozy. Miast tego dostałam sporą dawkę nastoletniego, niespełnionego uczucia i zabawne, lekkie dialogi.

„- Co cię tak bawi?

(…)

- Życie po prostu – odpowiedziałem. – I śmierć.”

Postacie dość dobrze skonstruowane. Są dziećmi i jak to zwykle bywa sądzą, że mogą zbawić świat. O ile Cass ma ku temu jakieś podstawy, gdyż zabijanie duchów to jego dziedzictwo, to jego dream team, który przyczepił się do niego jest po prostu irytujący. Autorka przy tworzeniu bohaterów posłużyła się znanymi wszystkim schematami.
Główna postać oraz tytułowa Anna są mocnymi stronami tej powieści. Ten pierwszy jest dojrzewającym chłopcem, który wiele w życiu przeszedł. Autorka w rewelacyjny sposób ukazała Cassa jako nastolatka z bagażem doświadczeń. Jeszcze nie do końca dojrzały, ale już przytłoczony tym, co przeżył

„Jesteś moim zbawieniem. Sposobem na pokutę. Dzięki tobie będę mogła odkupić wszystkie moje winy.”

Język, jakim posłużyła się autorka jest młodzieżowy, jednak bez kolokwializmów. Dałoby się go nawet znieść gdyby nie to, co zrobił tłumacz (autorka?). Mianowicie, chodzi o nadużywanie słowa „iż”. Wiem, że brzmi ono arcy-mądrze. Jest super-ekstra inteligentne, a tekst natychmiast nabiera naukowego charakteru, jednak nikt mi nie wmówi, że młodzież, gdy rozmawia między sobą używa „iż”, zamiast „że”. Najgorsze jest to, że (iż) nie były to incydentalne przypadki, tylko notoryczne wstawianie tego przeintelektualizowanego słówka. Nie wiem, czy to tłumacz, czy autorka – nie obchodzi mnie to, szczerze mówiąc.


„Tylko zwykli ludzie sądzą, że nie można zabić kogoś, kto nie żyje.”

Do tej pory nie czytałam nic z duchami w roli głównej, dlatego uważam sam zamysł autorki za niekonwencjonalny.

„Wyobraźnia ma słabą pamięć i wszystko się w niej zaciera i odpływa. Oczy zapamiętują na dłużej, znacznie dłużej.”

Kończąc, uważam, że „Anna we krwi” to dobra powieść młodzieżowa. Wciągająca fabuła, przyjemnie skonstruowane postacie, znośny język. Polecam tym, którzy przymkną oko na schematyczność bohaterów i fabuły. Z chęcią zapoznam się z kontynuacją.

„Wjeżdżamy w nieruchome chmury.”

6/10

środa, 6 czerwca 2012

"Świętoszek" - Molier


Świętoszek
Tłumaczenie: Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł oryginału: Tartuffe
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 137

Gdy byłam dzieckiem uczęszczającym do szkoły podstawowej szczerze nie znosiłam lektur. Czułam się do nich przymuszona, stłamszona przez system. Myślałam o wszystkim innym co mogłabym zrobić, podczas gdy czytałam jakąś głupią książkę. Moje nastawienie teraz diametralnie się zmieniło. Może nie do wszystkich lektur podchodzę z entuzjazmem, ale natrafiam na perełki. Taką perełką jest właśnie „Świętoszek”.

„Naucz się, jak odróżnić prawdę od obłudy,
Nie obdarzaj zbyt rychło ufnością nikogo
I staraj się rozsądku kroczyć zawsze drogą!”

Akcja utworu dzieje się w Paryżu w domu mężczyzny imieniem Orgon. Pod swój dach przyjmuje pobożnego, bigoteryjnego i fałszywego Tartuffe. Gospodarz zafascynowany głęboką pobożnością tytułowego Świętoszka nie dostrzega jego wad, obłudy skrywanej pod płaszczykiem religijności. Wskazuje pozostałym domownikom Świętoszka jako wzór do naśladowania. Tartuffe bez problemu zadomowił się w domu Orgona. Samozwańczo okrzyknął się strażnikiem moralności. Wszystkim bez wyjątku wytykając grzechy, potknięcia, błędy i nieobyczajne zachowanie. Domownicy przejrzeli grę Tartuffe i postanowili zdemaskować go przed panem domu.

„Bo tej hańby sam sobie człowiek nie przebaczy,
By kochać tę, co sama kochać nas nie raczy.”

Postacie ukazane są wyraziście i jednoznacznie. Może i nie są to pogłębione portrety, ale to jest jedynie pięcioaktowa komedia, więc Molier ukazał to co najważniejsze. Zredukował postaci do funkcji symboli, reprezentujących poszczególne cechy. Są czarno-biali. Dobrzy lub źli. Tartuffe niewątpliwe posiadał ogromny urok osobisty. Był charyzmatyczny i bardzo przekonywujący. Łatwo owinął sobie Orgona wokół palca. Jest obłudny i fałszywy. Jego hipokryzje dobitnie ukazuje moment gdy w lekki sposób nagina biblijne nakazy do własnej potrzeby.
Wymowny jest też cytat

„Słowem, brać tych skrupułów nie trzeba dosłownie:
Wszak wiedzieć nikt nie będzie, a niech pani wierzy,
Że zło naszych postępków w ich rozgłosie leży.
Zgorszenie świata – oto, co sumienie gniecie,
I wcale ten nie grzeszy, kto grzeszy w sekrecie”.

Orgon był zwyczajnie łatwowierny. Dał się omotać dewocie, a przecież chciał jak najlepiej dla siebie. Był podatny na wpływy. Poszukiwał mistrza, który wskaże mu odpowiednią drogę, a Tartuffe skrupulatnie to wykorzystał.
Przesłanie tego utworu jest jasne – Molier potępia powierzchowną religijność, nadmierną obrzędowość. Twierdzi, że bardziej wartościowa jest cicha religia noszona w sobie i wyrażana swoim życiem, a nie lśniące uroczystości.

„Doprawdy, większość ludzi to stworzenia dziwne:
Co w zgodzie z naturą, to im jest przeciwne”

W utworze możemy zauważyć wykorzystanie zasady trzech jedności: miejsce akcji – dom Orgona, czas – kawałek życia wyrwany z istnienia rodziny mieszczańskiej, akcji – sprawa Tartuffe. Zgodnie zmierzają w stronę tragedii. Każde ich posunięcie bohaterów do niej przybliża.

„Już to pstro w głowie mają wszyscy zakochani.”

Warto jednak zauważyć, że mamy przecież do czynienia z komedią, a nie tragedią. Prześmiewczym żartem ocieka cały utwór. Mogę wyróżnić ironiczne komentarze Doryny – pokojówki Marianny - córki Orgona. Doskonale orientuje się w sytuacji i ostrym językiem potrafi podsumować całą sytuacje. Kolejnym przykładem mogłoby być spowiedź Tartuffe z powodu zabicia pchły, jego obłudne podejście do religii.
Przyjemny język. Prawidłowy dla ówczesnej epoki i zrozumiały dla współczesnego czytelnika.

„(…) nic mnie nie mierzi bardziej na tej ziemi
Niż fałsz, co się pozory barwi nabożnemi,
Niż owi obłudnicy, nędzne szarlatany,
Którzy podłych grymasów dewocji udanej
Używają bezkarnie, by ciągnąć korzyści
Z tego, co ludzie w sercu swym wielbią najczyściej”.

Naprawdę dobrze bawiłam się podczas czytania tej książki. Jest sarkastycznie zabawna, wyśmiewa ludzkie ułomności, nie tracąc przy tym komediowego polotu. Mimo że jest komiczna to nie jest lekturą po której zupełnie nic w nas nie zostaje. Zostaje i to wiele. Przypomina, że to co głośne i najbardziej krzykliwe nie zawsze jest najprawdziwsze. Nie zawsze warto ufać pozorom i należy dwa razy pomyśleć zanim oddamy własne życie i włości w czyjeś ręce.
10/10

wtorek, 29 maja 2012

"Bezwzględna"


Bezwzględna
Autor:
Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska
Tytuł oryginału: Heartless
Seria/cykl wydawniczy: Protektorat Parasola tom 4
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: marzec 2012
Liczba stron: 364

Jestem bezwzględną fanką tej serii. Uwielbiam to cudowne połączenie wiktoriańskiej steampunk’owej atmosfery i romansu paranormalnego. Seria opowiada o perypetiach Alexii Tarabotti, a raczej Lady Maccon. Zależy, na jakim etapie czytania jesteśmy.
W czwartym już tomie Alexia wpada na nowy trop w sprawie zamachu na królową Wiktorię... Można by pomyśleć, że w zaawansowanej ciąży Lady w końcu zwolni trochę obroty i przestanie rozwiązywać niebezpieczne dla zdrowia zagadki, ale pokaźnych rozmiarów brzuch, wcale jej nie przeszkadza. No może odrobinę. Wampirom wciąż coś nie pasuje. Postanawiają raz na zawsze pozbyć się nienarodzonego pożeracza dusz, przy okazji kończąc z samą Alexia. Ostatecznie. Posunęli się nawet do użycia nieumarłych jeżozwierzy… Dziecko jednak dotrzymuje mamusi tempa i prawie nie sprzeciwia się tym dzikim eskapadą. Prawie… Co z tego, że Alexia jest w ciąży? Z takim charakterem, parasolką i tupetem ta kobieta poradzi sobie zawsze i wszędzie.

„Ciąża otworzyła przed nią nowe rejony obżarstwa.”

Na pierwszy rzut oka widać, do czego autorka zmierza. Mamy jako oś fabuły jakąś zagadkę. Do tego kilka drobnych wątków pobocznych – Felicyty walczy o prawa kobiet (tak, ta głupiutka Felicyty zostaje sufrażystką!), Biffy mający problemy z adaptacją w nowej sytuacji, oraz powolne odkrywanie zagadek przeszłości. W każdym następnym tomie uchylony zostaje coraz większy rąbek tajemnicy. Tak, więc schemat fabuły z poprzednich części pozostaje nienaruszony. Z resztą patrząc globalnie, ten tom nie różni się niczym od poprzednich. Ten sam klimat Londynu, konwenanse, archaizmy, cięte wypowiedzi, ironia, żart. Piękny, dopracowany język, oddający rys ówczesnej epoki. Do tego komizm językowy, sytuacyjny, postaci. Ta książka jest po prostu zabawna! Ale uważam, że nie ma nic złego w tym, że autorka się powtarza, gdyż wciąż trzyma ten sam wysoki poziom. Mnie to jeszcze nie znudziło.

„Nie dalej jak wczoraj rozpłakała się nad jajkiem sadzonym, bo „dziwnie się na nią patrzy”.”

Postacie wciąż tak samo sympatyczne, wyraziste, dopracowane. Alexia wciąż z tym samym zjadliwym językiem i dystansem do siebie. A dystans jest konieczny, gdy ma się gabaryty parowca.

„W imię mody ojczyznę dziś chronię. Słabszych własną turniurą ochronię. Prawdę będę tropić szalenie. I przysięgam zachować milczenie."

Akcja, podobnie jak w poprzednich częściach gna na łeb na szyję. Wiele się dzieje na raz, wiele wątków nakłada się na siebie, dzięki czemu nawet chwili nie będziemy się nudzić przy tej lekturze. Z trudem odkładałam lekturę choćby na chwilę.

"Nie ma nic gorszego, niż przemawiać do rozsądku samemu sobie.”

Naprawdę lubię okładki tej serii. Wiem, że na około wszędzie są one krytykowane, ale uważam, że wybitnie pasują one do treści książki i ogólnego nastrój powieści.

„ - Po prostu uważam, że w twoim stanie nie możesz snuć się po Londynie z parasolką w garści, nie sądzisz?
Alexia zerknęła na swój brzuch i zrobiła zaciętą minę. -Właśnie, że mogę.
 -I co, osaczysz wroga i staranujesz go brzuchem?”

Niezwykle trudno pisało mi się tę recenzję. Jeśli ktoś dotrwał do czwartej części tej serii to jest jej fanem tak jak ja. Jeśli ktoś jeszcze jej nie przeczytał lub porzucił ją po pierwszym tomie, to raczej nie umiem go do niej nakłonić. Uważam, że to naprawdę dobry cykl. Ma w sobie wszystko to, co potrzebne do odstresowania się, zrelaksowania. I pozostawienia nas z uśmiechem na twarzy. 
9/10 

piątek, 16 marca 2012

"Bezzmienna" i "Bezgrzeszna" Gail Carriger


Tytuł: Bezzmienna i Bezgrzeszna
Autor: Gail Carriger
seria/cykl wydawniczy: Protektorat Parasola tom 2 i 3
wydawnictwo: Wydawnictwo Prószyński i S-ka
data wydania: czerwiec 2011 i październik 2011
liczba stron: 320
Absolutnie zachwycona pierwszą częścią sięgnęłam po kolejne. I nie zawiodłam się.
W „Bezmiennej” zamężna Alexia, już nie Tarabotti, a Maccon boryka się z pracą Muhjah dla królowej Wiktorii, oraz dziwną przypadłością całej nadnaturalnej społeczności, mianowicie z plagą humanizacji. Ma na głowie cały pułk wilkołaczych żołnierzy, którzy ani myślą słuchać nowej alfy. Ona im pokaże! Jakby tego było mało pewnego ranka Lord Maccon znika i kobieta bynajmniej nie pozwoli mu samotnie szwędać się po świecie. Rusza za nim w pogoń.
„Drobiazgi świadczą o wielkości człowieka, ot co.”*
Kolejnej części nie będę szczegółowo streszczać z obawy spolerowania tym, którzy nie przeczytali jeszcze poprzedniej części. Wspomnę jedynie, że nasza główna bohaterka udaje się do Włoch by wyjaśnić zdarzenie, które zdarzyć się nie mogło. Akcja skupiona zostaje na odkrywaniu zagadek bardziej naukowych, a brak Maccona przy Lady nie przeszkadza jej błyszczeć inteligencją oraz używać swojej parasolki w słusznej sprawie.
- Czy nie powinna pani martwić się o własne problemy?
- A co to za frajda? Cudze są o wiele zabawniejsze.”**
Całkowicie subiektywnie oceniając, bardziej podoba mi się Bezgrzeszna. Więcej się dzieje i więcej z tych zdarzeń wynika.
„Odwieczne pytanie: kto przechodzi większe katusze, człowiek w kiepsko zawiązanym krawacie czy ludzie skazani na jego widok?”**
Uwielbiam tę serię za wspaniałą atmosferę wiktoriańskiego Londynu. Jedną nogą wciąż w epoce konwenansów, a drugą odważnie wkraczający w świat wynalazków i nowoczesności. Okraszone jest to wszystko pięknym językiem. Słyszałam opinię, że język tej powieści jest pompatyczny i sztuczny, a przez to nienadający się do czytania. Pozwolę sobie się z tym nie zgodzić. A raczej nie zgodzić z częścią tego stwierdzenia. Jest górnolotny i patetyczny to fakt, ale wynika to z kunsztu pisarskiego autorki, gdyż od razu widać, że jest to celowy zabieg, a nie nieporadność językowa. Język jest wspaniale stylizowany na dawną modłę, ponadto książka obfituje w zabawne sytuacje, cięte riposty, zabawne komentarze. Całą tę serię należy odbierać pół żartem pół serio.
„Pan wrzeszczał, milordzie? *parafraza popularnego zwrotu: Pan wołał, milordzie?”**
Postaci są niewątpliwym atutem tej serii. Zindywidualizowane charaktery każdej z postaci, przedstawienie ich w sposób przerysowany, karykaturalny i groteskowy było strzałem w środek tarczy. Właściwie wszystkie bez wyjątku obdarzyłam sympatią przymykając oko na wady, a raczej śmiejąc się z ich wyolbrzymionych słabości.
„Musiałeś zeżreć mu psa? Jeszcze ci zaszkodzi.”**
Ubóstwiam tę serię! Jest ona nie tylko pięknie napisana ale także jest cudownie oryginalna na tle innych powieści. Na pierwszy rzut oka połączenie świata nadprzyrodzonego z purytańskimi czasami wiktoriańskimi jest absurdalne. Ale właśnie absurd jest solą tej książki. Podkreśla to jej komizm.
Ładne okładki które dobrze oddają treść. Reasumując jestem całością zachwycona. Owa seria należy do moich ulubionych i pomimo że druga część była mniej porywająca niż pozostałe to daję 10/10 za całokształt który mnie zachwycił.
*cytaty "Bezmienna"
** cytaty "Bezgrzeszna"