Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 stycznia 2019

Zielone sari - Ananda Devi

Zielone sari
Odwrócenie perspektywy jest świetnym zabiegiem, gdy chcemy namieszać w głowie czytelnikowi. Większość osób lubi współodczuwać z protagonistą książki, wczuwać się w jego myśli i uczucia, ale co jeśli główny bohater jest potworem, gdy autorka robi nam żart i zaprasza do umysłu psychopaty? A może niekoniecznie psychopaty, tylko do umysłu mężczyzny, który został wychowany w kulturze, która chwali go za sadystyczne skłonności, jeszcze je potęgując. Czy można ocenić człowieka, który jest przecież produktem patriarchalnego wychowania? Heh, oczywiście, że można, bo dlaczego by nie?

Choć główny bohater umiera, to nie rozlicza się z przeszłością, analizuje swoje życie, z samozadowoleniem uznając, że wszystko zrobił tak jak powinien. To nie tylko pewność siebie, to przekonanie, że w swoim domu był bogiem i powinien nim zostać do ostatnich chwil, mimo że choroba go upokorzyła i pokonała. To nie pewność siebie, to daleko idąca zuchwałość i przekonanie o wyższości, o tym że jest on istotą nadrzędną zwłaszcza dla córki i wnuczki. Przekonanie, że jego śmierć nic nie zmieni. Fizyczna obecność, zmieni się na obecność duchową, co przyczyni się do życia w cieniu zmarłego fantomu. Bezwzględny w swojej potrzebie uwielbienia. Bo oczekuje nie tylko szacunku, ale czci.

To jedna z tych książek, które sprawiają, że człowiek pozostaje niemy. Wniknięcie w umysł szalonego (?) starca jest bolesne i trudne. Jednocześnie książka ta jest tak znakomicie napisana, że człowiek mimowolnie wzdryga się, gdy zauważa, że przez moment współodczuwa z nim zbyt mocno, że podąża za jego rozmyślaniami i zaczyna słuchać jego przemów i mimowolnie ulega jego charyzmie. Bo charyzma tego starszego pana oddziałuje nawet przez karty książki, co jest przerażające. Zaczęłam na nią patrzeć jak na jadowitego skorpiona. Tak przekonująco mówi o swoich niegodziwościach, że jesteśmy o krok od obwinienia ofiar za jego przewinienia. O krok. Wszak najgorsza bestia zna nieco litości i gdy okazuje litość krowie, którą leczy, wydaje się taki ludzki, mimo że przed chwila znęcał się nad swoją córką.

Książka, w której wypowiada się kat, więcej niż o nim mówi o samych ofiarach. Bo on wyraża się tylko przez to, że ofiary są jego ofiarami. Są jego hobby wręcz, ich dręczenie jest jego głównym celem, żyje po to, by udowodnić im i sobie, że jest ich wszechświatem, początkiem i końcem.
Krótko mówiąc, jest genialna, wciągająca w ten zły, mroczny sposób, który trudno opisać, ale można tylko przeżyć.

wtorek, 30 stycznia 2018

Dzikie łabędzie.Trzy córki Chin - Jung Chang

Dzikie łabędzie.Trzy córki Chin - Jung Chang

„Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin” Jung Chang

Całkiem prawdopodobne, że właśnie przeczytałam najlepszą książkę w 2018 roku. Podejrzewałam, że powieść ta przypadnie mi do gustu, nie podejrzewałam jednak, że do tego stopnia mną wstrząśnie i pochłonie. Stałam się częścią opisywanej rodziny i współodczuwałam wraz z nimi.

„Jednak jej największym majątkiem były krępowane stopy, zwane po chińsku „siedmiocentymetrowymi złotymi liliami”. Oznaczało to, że jej chód był jak „kołysanie się młodych pędów wierzby w wiosennych powiewach”, jak to ujmowali chińscy znawcy urody kobiecej. Widok kobiety kołyszącej się na krepowanych stopach miał działać na mężczyznę erotycznie, ponieważ jej bezradność budziła opiekuńcze uczucia w patrzącym”.

Miałam przyjemność poznać trzy pokolenia kobiet, których życia wpisują się w dramatyczną historię polityczną Chin.  Jung Chang tworzy opowieść o swojej babci, matce i o sobie samej, bardzo sprawnie pokazując jak życie ludzi zostało całkowicie podporządkowane politycznym machinom terroru. Pokazała także jak Chiny przekształcały się pod wpływem zmian politycznych. Chiny były wielkim buzującym tyglem napięć, konfliktów i wrogich frakcji, które walczą ze sobą o władzę i wpływy, nie przejmując się anonimowym człowiekiem, który cierpi. To anonimowemu człowiekowi autorka oddaje głos. Opisuje to dzięki przypadkowi swojej rodziny – ale co rodzina to osobny dramat. W małym preparacie badawczym, jakim jest jej rodzina, pokazuje losy całych Chin.

„Nawet okazywanie uczuć własnym dzieciom było źle przyjmowane — jako wyraz rozszczepionej lojalności. Każda godzina — o ile nie jadło się lub nie spało — powinna należeć do rewolucji i pracy. Wszystko, co nie było związane z rewolucją, jak na przykład noszenie dzieci na rękach, powinno trwać jak najkrócej„.
Książka ma sporą liczbę stron, ale jest to wskazane i bardzo słuszne posunięcie pisarki. Dzięki temu książka jest szczegółowa, wielowątkowa, opisująca dobrze atmosferę, zwyczaje, nastroje społeczne. Zupełnie inne było życie babci od życia chociażby jej córki, tym samym każda z tych kobiet przeżywała osobisty, prywatny i całkowicie osobne zdarzenia.  Nie dało się tego streścić w kilku słowach. Konieczne było dokładne oddanie atmosfery, tradycji i charakteru danego czasu. Wszystkie opisane kobiety zasługiwały na to, by potraktować je z czułością i zrozumieniem.  
„Zdolna kobieta potrafi zrobić posiłek bez żywności”.

Jednak to nie jest tylko smutna historia kobiet z tej rodziny. To także bardzo wnikliwy opis reżimu Mao Tse-tunga. Pokazane zostało jak kształtowała się boska cześć, którą otaczano wodza, opisane zostały polityczne machinacje, które prowadził, by utrzymać swoją bezwzględnej i prawie boską władzę. Jednak „Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin” skupiają się także na niższych urzędnikach i pokazują, co nawet niewielka ilość władzy robi z niegodnymi jej ludźmi. Kampanie Mao zostały  wykorzystane przez nikczemnych urzędników do osobistych celów, często wendet. Kraj pogrążył się w chaosie, ponieważ nikt nie mógł ufać nikomu – dzieci odwróciły się od rodziców, mężowie od żon, każdy oczekiwał, że druga osoba jest donosicielem.

„… rodzice dziewczynki sprzedają wędzone mięso. Uprowadzi i zamordowali wiele małych dzieci. Sprzedawali je potem jako mięso królicze po ogromnie wysokich cenach”.

Połączenie tych dwóch aspektów  tj. bardzo prywatnych zapisków dotyczących życia kobiet z aspektem politycznym dotyczącym całych Chin sprawia, że książka niesamowicie wciąga i w ogóle nie nudzi. Wielka polityka niezbyt mnie interesuje, ale to że została ona sprowadzona do poziomu zwykłego człowieka, który czuje, myśli i cierpi, sprawia, że stała się przystępniejsza, groźniejsza zarazem, bo to zupełnie inaczej usłyszeć, że na skutek głodu wywołanego błędnymi poczynaniami Mao Tse-tunga zmarło 30 milionów ludzi, a co innego, gdy poznajesz ich imiona, znasz ich historię i obserwujesz jak umierają przez puchlinę głodową. Partia wchodzi w każdy aspekt życia człowieka. Ingeruje w to, jak ludzie spędzają wolny czas, w co chodzą ubrani. Matka Jung jest krytykowana za to, że zdarzyło jej się płakać, gdy była wyczerpana marszem. Nie wolno jej było także płakać po poronieniu – płacz był wymysłem burżuazji. Wszelkie naturalne odruchy takie jak rozpacz, śmiech, radość, smutek były wyrugowane z życia społecznego.

„Ojciec jest bliski, matka jest bliska, ale nikt nie jest tak blisko jak przewodniczący Mao”.

Każde wydarzenie z osobna wstrząsa i jest osobnym dramatem – straszne jest gdy czytamy o tym, jak babci Jung (nie miała nawet imienia, nazywano ją –drugą córką) krępowano stopy. Opis zmaltretowanych stóp jest bardzo dosadny. Okazało się, że takie stopy, mimo że śmierdziały, były silnym afrodyzjakiem. Kobieta poruszała się na zdeformowanych stopach bezradnie, przez co mężczyźni mogli poczuć się przy nich bardziej męsko.  Straszne jest to jak matka Jung jest katowana, by przyznała się do niezawinionych win. Po pewnym czasie wszystkie te nieszczęścia układają się w łańcuch ciągłego smutku. Matka była jednocześnie rozsądna, ale też oddana komunizmowi bezgranicznie. Przedstawiona była jako osoba mocno ideowo zaangażowana. Wszystko co robiła, czyniła dla wyższego dobra. Ojciec zaś był przede wszystkim działaczem partyjnym, a dopiero potem mężem i ojcem. Miał bardzo sztywne zasady moralne i był wręcz fanatycznie uczciwy, nawet jeśli od kłamstwa zależało jego życie, to wolał cierpieć katusze, niż zrobić coś przeciw sobie. Dzięki temu została pokazana także pewna prawda o partii – partia komunistyczna to nie tylko bezduszni, straszni sadyści. To także dobrzy ludzie, którzy chcieli lepszego świata. I nadal pewnie chcą. . Dramatyczne były także losy Jung Chang. Kobieta opisała fakt, że odebrano jej dzieciństwo. Nie mogła zbuntować się przeciwko rodzicom, nie mogła się zakochać w sąsiedzie, nie mogła być próżna i skupiona na własnym wyglądzie. Cała jej energia i jej rodzeństwa skoncentrowana była na tym, by ratować lżonych i bitych rodziców przed szaleństwem.

„Obelgi związane z kobietą mają w języku chińskim graficzny, obrazowy charakter: „czółenko” (od kształtu narządów płciowych), przelewająca się lampa olejowa (zbyt często się „puszcza”) i zdarty but (często używana)”.

Wielość osób i wydarzeń przedstawionych w „Dzikich łabędziach” nie powoduje chaosu. Ta mnogość buduje epickość fabuły i daje pełny obraz sytuacji chińczyków. Jeśli pojawiało się uczucie chaosu, to wynikało ono z faktu, że życie w Chinach w tamtym czasie było chaotyczne, nielogiczne – jednego dnia spokojnie pracujesz i spędzasz dni z rodziną, następnego dnia jesteś oskarżony o to, że jesteś „uczniem kapitalizmu” bez dowodów.

„Przyjm, proszę, moje przeprosiny, które przychodzą o całe życie za późno”.

Polecam osobom, które tak jak ja fascynują się losem jednostki w historycznych zawieruchach. Podczas wojen i przewrotów tak łatwo zapomnieć, że zamordowany człowiek miał imię, nazwisko, rodzinę i przyjaciół. I ktoś po nim płacze. To prawdziwa epopeja, ujmująca problemy jednostki i całego kraju jednocześnie. Mimo swojej objętości bardzo wciąga. Mocno zżyłam się z bohaterkami i przeżywałam wszystkie ich wzloty i upadki (a tych drugich było więcej). Wiele dowiedziałam się na temat historii Chin i dostałam wgląd w psychikę Chińczyków i lepiej rozumiem to, dlaczego poddali się reżimowi Mao Tse-tunga. Polecam! 10/10

piątek, 6 lutego 2015

Lalka - Bolesław Prus

Wydawnictwo: MG
Data wydania: 1890
Liczba stron: 864


„Przecież dlatego kobiety wszędzie są niewolnicami, że lgną do tych, którzy je lekceważą.”

Co można powiedzieć o książce o której pisano już tomy, którą zachwalały miliony, a krytykowały tysiące. Obawiam się, że nic odkrywczego.
Nie chcę nawet w najmniejszym stopniu przybliżać fabuły. Sądzę, że ogólny zarys zna każdy. A jeżeli nie zna to mogę tylko zazdrościć, że macie lekturę tej powieści przed sobą. Że będziecie mogli ją poznawać i czuć smak nowości, będziecie mogli odkrywać to, co do tej pory było przed Wami ukryte. Zazdroszczę czytelnikom, którzy jeszcze nie rozsmakowali się w tej powieści, tym którzy nie przenieśli się wraz z „Lalką” do XIX-wiecznej Warszawy. A także tym, którzy nie byli jeszcze w sklepie Wokulskiego. Tym, którzy nie widzieli go wodzącego nieobecnym wzrokiem po swojej własności. Jest gdzieś daleko myślami. Przesuwa nieprzytomne spojrzenie po ludziach, którzy wchodzą, wychodzą, pojawiają się w jego życiu na krótko, mgnienie oka, by zniknąć nie zostawiwszy po sobie nawet śladu. Ale to przelotnie mgnienie oka wystarczyło, by życie Wokulskiego całkowicie się odmieniło. By zmieniły się jego plany, marzenia, pragnienia, cele. Mgnienie oka, przypadek, przeznaczenie, los?

„Sprawiedliwym jest to, że silni mnożą się i rosną, a słabi giną. Inaczej świat stałby się domem inwalidów.”

Nie wspomnę o genialnej analizie człowieka psychologicznego wykonanej przez Prusa. Mogliście dowiedzieć się tego na lekcjach języka polskiego. Powiem tylko o tym, że Prus jest mistrzem swoich czasów w prezentowaniu człowieka rozdartego wewnętrznie, tak złożonego, tak niejednoznacznego. Gdy tylko czytelnikowi wydaje się, że już uchwycił esencje danej postaci, wymyka się, przekształcając w zgoła odmienną postać. Wokulski próbuje uchwycić rzeczywistość, a my Wokulskiego. Nasz główny bohater poluje na momenty pełnej świadomości. Virginia Woolf pięćdziesiąt lat później nazwała te chwile „błyskiem rzeczywistości”. Czy Wokulski dogoni prawdę?

„Czasem w tej ucieczce przed samym sobą dogania mnie noc.”

Co szczególnie podoba mi się w utworach Prusa to fakt, że pomimo całego naturalizmu i realizmu w jego dziełach, on wciąż wierzy w człowieka. W „Lalce” widać, mimo ogromnej dozy krytyki właściwie wszystkich stanów. Wiarę w człowieka. W to że istnieją wartości moralne i warto ich szukać. Obok potępienia i nagonki jest nadzieja. W tej powieści widzę rozdarcie wewnętrzne samego Prusa, który w jednej chwili daje nadzieję, by sekundę potem zaprezentować wizję okropnego świata, w którym nie ma sprawiedliwości. Dobrzy ludzie się marnują, a źli zdobywają fortuny. Zacne kobiety umierają samotnie, złe są adorowane przez licznych wielbicieli.

„Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość.”

Nie muszę chyba wspominać o wspaniałym języku utworu. Piękny, wysublimowany, kunsztowny, a przy tym bardzo przystępny, więc nawet osoby żywiące niechęć do klasyki mogą bez problemu przedzierać się przez meandry powieści. A to dlatego że pisarz ograniczył ozdobniki. Styl utworu wydaje się minimalistyczny. Autor zgrabnie radzi sobie ze stylizacją języka – niektóre postaci mówią gwarą, inne językiem inteligencji, jeszcze inne mową typową dla swoich zawodów, wypowiedzi kolejnych są komiczne itd.
Opisy wspaniale roztaczały krajobrazy w mojej głowie, w ogóle się nie nudziłam i czytałam z zapartym tchem. A już monologi wewnętrzne to istny majstersztyk. Dawno nie czytałam tekstu z tak potężnym ładunkiem emocjonalnym. Ukazanie tak głębokiego rozdarcia, tak burzliwej walki – Panie Prus, chylę czoła. 

„Poznajesz, kochasz, cierpisz… Potem jesteś znudzony albo zdradzony…”

Tyle piękna. Aż trudno to wyrazić słowami. Uwielbiam lektury szkolne i mam nadzieję, że MEN nigdy nie przychyli się do gniewnych krzyków dzieci, ażeby zmienić piękną klasykę na głupiutki, acz urokliwy współczesny chłam. 10/10
„Człowiek nietuzinkowy nie zechce zająć miejsca pośród tuzinów.”

poniedziałek, 30 czerwca 2014

"Wichrowe wzgórza" Emily Brontë



Jestem najwierniejszą z fanek sióstr Brontë. Jak nie cierpię Jane Austen i jej bez - emocjonalnego budowania fabuły, tak uwielbię bezgranicznie siostrzyczki. Dlatego też cieszę się, że miałam okazję przeczytać tłumaczenie pozbawione cenzury. Choć Emily napisała tylko jedną książkę, to niezwykle wartościową i w pewien sposób głębszą od innych.

Rzecz ma miejsce na odludziu, pośród wichrowych wzgórz, gdzie mieszkają ludzie z równie chmurnymi i gwałtownymi charakterami, co to niespokojne miejsce. Ich żywoty naznaczone są cierpieniem i bólem, przez co już do śmierci będą miotać się między skrajnymi emocjami. A jeśli bóg pozwoli to bohaterowie, po tym jak legną w grobie, wciąż będą się miotać i nienawidzić. Nie chcę zdradzać fabuły powieści, głównie z uwagi na to, że pewnie i tak większość ją zna, a do tego jeśli nie znają to poznawanie jest samą przyjemnością. Bolesną i trudną, ale wciąż przyjemnością.

Heathcliff to postać niezwykła. Teoretycznie jest tylko sierotą, przygarniętą przez dobrych ludzi, ale w rzeczywistości często powtarzana jest, że jest raczej istotą z innego, złego, podziemnego świata. Po co przybył? Czy to przypadek czy wyższy plan? Czy to syn samego diabła? Nie uzyskamy odpowiedzi na te pytania, ale możemy pochylić się nad analizą Heathcliffa i Cathy, która wykracza poza to, co akceptowane przez społeczeństwo, ale tez wykracza poza to, co rozumne. Więź, która łączy tych dwoje jest mistycznym połączeniem dwóch połówek. Ale czy kobieta jest przeznaczona jedynie Heathcliffowi? Nie wydaje mi się. Patrząc na Cathy można uznać, że stworzona jest z dwóch przeciwstawnych osobowości, które to wzajemnie się wykluczają, przez co doprowadzają do tragedii. Cathy będzie nieszczęśliwa z Lintonem, ale równie nieukojona byłaby z Heathcliffem. Ona pragnie wszystkiego. Heathcliff także. I tutaj leży dramat. Jak powiedziałam więź tych dwojga wykracza poza sferę widzialną, sytuując się w miejscu, które należy do nieskończoności. Heathcliff bezcześci grób ukochanej, by na nią popatrzeć, uwierzyć, że spotkają się dopiero „kiedyś”.

Warto przypomnieć, że Emily Brontë to poetka. Dlatego też używa adekwatnego do swojego zajęcia języka, uzupełniając go jednocześnie wulgarnymi wyrażeniami i gwarą, co uwidoczniło dopiero tłumaczenie Pana Piotra Grzesika. Nie dziwię się, że gdy „Wichrowe wzgórza” zostały napisane wywołały fale sprzeciwu, będąc oskarżane o epatowanie agresją i brutalnością. Aktualnie to tak nie bulwersuje, choć rzeczywiście w połączeniu z mnogością środków stylistycznych, opisujących choćby wrzosowiska, to brutalizm języka uwypukla się. Pisarka także używa wielu metafor nic, co mówi, nie można odbierać wprost i operuje symboliką, zrozumiałą bądź nie – po prostu wieloznaczną i zapewne każdy będzie miał własną interpretacje tej książki.

Dlatego też, mimo że cenie na równi „Jane Eyre” i „Wichrowe wzgórza” to dla mnie ta druga powieść plasuje się o klasę wyżej. Przede wszystkim dlatego, że „Jane Eyre” jest prosta w odbiorze. To osobisty dramat Jane i zrozumie go każdy. Biorąc pod uwagę osobiste doświadczenia Charlotte to szczególnie współczuję ówczesnym guwernantkom. Jednak „Wichrowe wzgórza”… To coś niebywałego. Wykraczającego poza romans. Poza mężczyznę i kobietę. Jak napisała Virginia Woolfe w „Jane Eyre i Wichrowych wzgórzach” to Emily: „Widziała świat rozdarty, pogrążony w gigantycznym chaosie, i czuła w sobie siłę, aby go scalić w książce”.

Co do posłowia to nie interpretacja autora jest fascynująca, jaką choć nie z każdym aspektem się zgadzam.  Ale to nie jest czas, ani miejsce. Zapraszam tłumacza na kawę, podczas której będziemy mogli sobie podyskutować, dlaczego uważam jego analizę za nazbyt wydumaną.

Wszystko, co miałam powiedzieć to powiedziałam. Nikogo nie zamierzam namawiać, gdyż sądzę, że to byłoby bezowocne, a ponadto skutkowałoby licznymi negatywnymi ocenami tejże książki. A jest zbyt wieloznaczna, zbyt głęboka i natchniona, by podsumować ją krótkim słowem – romansidło. Jak opisuje siostrę Charlotte, była taka uduchowiona i wyalienowana, że nie mogła napisać pospolitego romansidła. Emily spędzała całe popołudnia na wrzosowiskach, rozkoszując się swoimi rejonami, a jej dusza mogła być wolna i poszukiwać tego, czego potrzebuje. Całe jej życie było czymś odległym, niepospolitym, natchnionym. Chciałam zaprezentować, jak widzę tę powieść, jaka jest dla mnie poetycka, zbudowana lirycznym wręcz językiem. Aż żałuję, że Emily Brontë napisała tylko jedną powieść. 

Wydawnictwo MG

piątek, 30 sierpnia 2013

"Jane Eyre. Autobiografia" Charlotte Brontë

Wydawnictwo: Wydawnictwo Mg
Data wydania: 14 sierpnia 2013 
Liczba stron: 608

Powieść autorstwa Charlotte Brontë pokochałam, gdy byłam dzieckiem. Teraz dzięki wydawnictwu MG, miałam okazję, przeczytać ją ponownie, jednocześnie stawiając piękne wydanie na półce. Powtórna lektura uświadomiła mi, że jako dziecko nie myliłam się ani trochę. Podejrzewam, że nie istnieje czytelnik, który nie słyszałby o pisarkach Brontë. Ja osobiście uwielbiam większość klasyków literatury. Nie przepadam za Jane Austin (notabene podobnie jak Charlotte Brontë). Brak jej emocji, życia.  Bohaterowie przez nią tworzeni są pozbawieni życia. Autorka „Dumy i uprzedzenia” jest po prostu przeciwieństwem Brontë.

Teraz powinnam przybliżyć zarys fabuły, ale poznawanie tej historii jest tak niesamowitą przyjemnością, że nie chciałabym odbierać Wam nawet jej odrobiny. Wspomnę tylko, że jak wskazuje tytuł, to autobiografia Jane Eyre.

Zdania tej recenzji wydają mi się takie ubogie i urwane. Wynika to z faktu, że jestem pod ogromnym wrażeniem tej gotyckiej powieści. Opowiada o miłości, ale nie w sposób banalny i mdły, jak współczesne romanse. „Jane Eyre” to porywająca powieść o wielu obliczach uczucia. Choć książka obfituje w rozstania, powroty, zdrady i kłamstwa to robi to w sposób pełen wdzięku i klasy. Tylko Brontë może opisać miłość pośpieszną i grzeszną w tak dobrym guście.

Jane Eyre to jedna z silniejszych postaci w literaturze jakie spotkałam. To jest po prostu ideał i to nie w prostackim stylu Mary Sue. Główna bohaterka to po prostu silna kobieta, zahartowana w życiowych trudach. Jestem pod wrażeniem siły jej charakteru i głęboko zakorzenionych zasad moralnych. Choć zdarzają jej się chwile zwątpienia to ukształtował jej się stabilny kręgosłup moralny, dzięki czemu wie, co dobre a co złe. Kobieta zdaje sobie sprawę, że gdyby ugięła się pod presją otoczenia i pod naciskiem uczucia, to żyłoby się jej lżej, wygodniej, prościej. Przecież w miłości nie może być grzechu… A jednak. Jane jest nieugięta i za to ją podziwiam! Ale to nie jedyna cecha za którą ją admiruję. Jane to kobieta niesamowicie niezależna jak na swoje czasy. Bohaterka tytułowa książki nie potrzebuje protektora. To feministka w pełnym tego słowa znaczeniu. Walczy o całkowitą suwerenność swojej osoby. Dopiero gdy ona sama zyska niezależność, a jej ukochany odkupi swoje winy, będzie mogła oddać się w pełni miłości. To po prostu osoba, która musi żyć w zgodzie  z samą sobą. Tylko tyle i aż tyle.

Coby nie było tak różowo i cukrowo, to inne postaci nie są idealne. Autorka książki scharakteryzowała społeczeństwo ówczesnej Anglii. Prezentuje się to podobnie jak obecnie. Poziom obłudy i hipokryzji plasuje się na podobnym poziomie.

„Jane Eyre. Autobiografia” składa się z długich, przepięknych opisów i naturalnie dialogów, stworzonych z mini monologów. To skomplikowane, ale tak to widzę. Postacie przedstawione w książce, nawet gdy rozmawiają to wymienią się długimi przemyśleniami na dany temat. To dogłębne analizy sytuacji i punktów widzenia. Dzięki tym rozległym opisem zbudowany został nie tylko wyjątkowy nastrój, ale także rewelacyjne portrety psychologiczne postaci.
Styl jest tak zachwycający, że aż wstyd mówić mi o nim, moim prostym językiem. Mam wrażenie, że każde słowo trywializuje tę powieść i brutalnie odziera ją z oparów tajemnicy. Jakieś takie niegodne wydaje się opowiadanie o wydarzeniach, rozgrywających się pośród wrzosowisk. „Jane Eyre. Autobiografia” to piękna, gotycka powieść o uczuciu, namiętnościach, także tych niszczących. Pisarka opowiada je z wielkim wyczuciem. Wyrazy uznania i wielkie podziękowania należą się wydawnictwu MG, za piękną dla oka oprawę.  


środa, 17 lipca 2013

Lokatorka Wildfell Hall – Anne Brontë



Tłumaczenie: Magdalena Hume
Wydawnictwo: MG
Data wydania: 22 marca 2012
Liczba stron: 528

„Nie znoszę rozmów, podczas których nie następuje żadna wymiana myśli czy poglądów o nienawidzę dyskusji, z których nic dobrego nie wynika.”

Annie to najmłodsza z sióstr Brontë. Póki co jest to jedyna książka tej autorki, jaką dane mi było przeczytać, ale teraz mogę, z ręką na sercu, przyznać, że jestem fanką całej familii Brontë. 


Do Wildfell Hall wprowadza się tajemnicza kobieta z dzieckiem. Odcina się od lokalnego towarzystwa i wiedzie samotny żywot w pewnym oddaleniu od socjety. Ta jej alienacja wzbudza ogromne zainteresowanie. Wszyscy próbują dociec, kim jest nowa dzierżawczyni Wildfell Hall oraz tego, jaki bagaż doświadczeń na sobie dźwiga. Bo fakt że posiada mroczną historię jest dla każdego oczywisty. Szczególnie zainteresowany wyraża młody mężczyzna o imieniu Gilbert. Odmienność nowo poznanej kobiety pociąga go, a jej niedostępność szarpie struny jego wrażliwej duszy. Czy kobieta otworzy się przed Gilbertem.



Książka ogromnie mi się podobała! Akcja od początku mnie wciągnęła. Chciałam jak najprędzej odkryć tajemnice damy z dzieckiem. Dlaczego jest sama? Gdzie jej mąż lub kochanek? Dlaczego odcina się od ludzi? Te wszystkie pytania nurtowały mnie od pierwszych stron, dlatego też czytałam w niewiarygodnym tempie. Fabuła była nie tylko ciekawa, ale też logiczne skonstruowana mimo zmienności narratora.
Kreacje postaci są wyśmienite. Anne, podobnie jak jej siostry, posiada talent w analizie ludzkich charakterów. Dzięki temu stworzyła cały wachlarz różnorodnych bohaterów, którzy byli niesamowicie realni, w swojej niejednolitości. Powściągliwość głównej bohaterki budziła we mnie ciekawość. Im lepiej ją poznawałam, tym bardziej zrozumiałe stawały się dla mnie jej zachowania. Nie jest postacią jednowymiarową. Nie da się opisać w kilku zdaniach bogactwa jej charakteru. Podkreślę jeszcze pewną postać, która wzbudziła we mnie skrajne emocje, co jest jak najbardziej wskazane w książkach mianowicie pan Huntingdon. Obserwowałam jego przemianę wewnętrzną, która od początku była nieunikniona. Takich emocji nie wzbudził we mnie Gilbert. Dostrzegam u niego zalążki niezwykłości i nadprogramowej wrażliwości, ale to są dopiero zaczątki. Charlotte i Emily przyzwyczaiły mnie do mężczyzn wyjątkowych i wybijających się ponad przeciętność. Mówię oczywiście o intelektualnej nieprzeciętności. Anne poszła inną drogą.

„I kiedy widzę, że cała rasa ludzka (z kilkoma rzadkimi wyjątkami), idąc ścieżką życia potyka się, wpada w każdą możliwą pułapkę i łamie sobie kończyny na każdej przeszkodzie stojącej na drodze, czyż nie powinnam użyć wszystkich dostępnych mi środków, by zapewnić dziecku gładszą bezpieczniejszą drogę?”

Powieść napisana jest przepięknym językiem, który otwiera przed nami podwoje do umysłowości epoki wiktoriańskiej. W lekki sposób zanurzamy się w atmosferze ówczesnych czasów. Autorka ukazuje swój kunszt pisarski szczególnie w sporych objętościowo opisach pomieszczeń, krajobrazu i przeżyć wewnętrznych. Styl jest po prostu poezją. Pisarka namalowała czytelnikom przed oczami urzekające widoki Anglii. Piękny język idealnie skomponował się z intrygującą fabułą, tworząc powieść niezapomnianą.


„Nie mogę żyć sam, bowiem w samotności moja dusza nie daje mi spokoju.”


„Lokatorka Wildfell hall” porusza podobną tematykę, co dzieła pozostałych sióstr, a mówię tu o niskiej pozycji społecznej kobiety w XIX-wiecznej Anglii. Niewiasta należy do małżonka i to on decyduje o jej życiu. Jeśli zaś uwolni się spod domowego kieratu to zostaje potępiona przez grono miejscowych matron, ponieważ małżeństwo to instytucja święta. Mimowolny dreszcz przechodzi po plecach, gdy pomyśli się o tym więzieniu – a więziło się nie tylko ciało kobiety, ale także jej myśli. Z racji swojej płci jej poglądy i racje były deprecjonowane.
A teraz coś co wywołało moją delikatną irytację. Anna Brontë, najbardziej z wszystkich trzech pań, jest moralizatorska. Zarzuca czytelnika cytatami z Biblii i wyniosłymi mowami o religijnym wydźwięku. Owszem, wszystkie siostry były kobietami religijnymi, ale Anne chyba popadła w fanatyzm. Jednakowoż wybaczam jej i uznaję to za urok stylu pisarskiego autorki, a także zrzucam na karb epoki. 

„W ich płytkich duszach niema miejsca na wzniosłe myśli, a ich próżne umysły zadowalają się byle błahostką.”

Za przyjemność przeczytania tej niesamowitej powieści dziękuję:

piątek, 31 maja 2013

"Sklepy cynamonowe" Bruno Schulz




Wydawnictwo: Wydawnictwo MG
Data wydania: 24 stycznia 2013
Liczba stron: 256


Krytyka przychodzi mi automatycznie. Chwalenie jest trudniejsze. Szczególnie wtedy gdy książka wspina się na literackie wyżyny. Chciałabym ukazać jak bardzo dana pozycja jest genialna, ale czuję się zbyt mała, zbyt niekompetentna, by to robić. Boję się, że moje słowa umniejszą moje myśli, a to poniży książkę. Niemniej z drżącym sercem spróbuję przybliżyć maestrię „Sklepów cynamonowych”. Mam nadzieję, że nie zdeprecjonuje wartości prozy Brunona Schulza. 


„Najlepsi nie byli wolni od pokusy dobrowolnej degradacji, zniwelowania granic i hierarchii, pławienia się w płytkim bycie wspólnoty, łatwej intymności, brudnego zamieszania.”

Miejscem akcji jest ulica Krokodyli. Ale to tylko umowna przestrzeń. Nic w „Sklepach cynamonowych” nie jest stałe. Ulica Krokodyli często ewoluuje, przeobraża się, zmienia, tworzy labirynt, wszystko płynie, przemianowuje, układa w zawiłe parantele. Przy tym wszystkim jest tandetna, pretensjonalna, przesiąknięta nowoczesnością. Ulica Krokodyli ma swój urok, taki jaki posiadają rzeczy wyuzdane, kiczowate, prymitywne, duszne i ułomne. Na ulicy Krokodyli wszystko jest kopią kopii, imitacją prawdy, cienkim odbiciem rzeczywistości. Czas akcji jest przedziwny. Płynie swoim rytmem, nie obejmują go żadne zasady. Kluczy po labiryntach miejsca akcji. Skojarzyła mi się książka „1Q84” Murakamiego, gdzie to czas zawijał się w precelka.

„Materii dana jest nieskończona płodność, niewyczerpana moc życiowa i zarazem uwodna siła pokusy, która nas nęci do formowania. W głębi materii kształtują się niewyraźne uśmiechy, zawiązują się napięcia, zgęszczają się próby kształtów. Cała materia faluje od nieskończonych możliwości, które przez nią przechodzą mdłymi dreszczami. Czekając na ożywcze tchnienie ducha, przelewa się ona w sobie bez końca, kusi tysiącem słodkich okrąglizn i miękkości, które z siebie w ślepych rojeniach wymajacza.”


Narratorem jest Józef,  który posiada cechy samego Schulza. Dzieli się z czytelnikiem swoimi rozterkami, pragnieniami, marzeniami i spostrzeżeniami. Marzy o wolności, spełnieniu swoich marzeń, uwolnieni spod kurateli innych. Ucieleśnieniem tych fantazmatów są pachnące dziką egzotyką – sklepy cynamonowe. Większość opowiadań skupia się na relacji ojciec – syn. A raczej na tym jak syn obserwuje oddalonego od rzeczywistości ojca – łącznika między tym, co prawdziwe, a tym co mistyczne. Zupełnie wyalienowanego, szukającego drogi ucieczki. Rozdarty wewnętrznie między tradycyjną rolą mężczyzny, a pragnieniem tworzenia – bycia demiurgiem. I tworzy – formuje pierwotną substancję, jaką jest materia. Ojciec widzi potencjał materii, dostrzega miliony istnień w niej drzemiących. Warto zauważyć, że w przeciwieństwie np. do bohaterów romantycznych ociec nie konkuruje z bogiem. W opowiadaniu „Traktat o manekinach” podkreśla jak bardzo ułomne, naśladowcze, tandetne jest jego tworzenie, jakieś takie prowizoryczne, brak w nim pierwiastka boskości. Ludzie nauczyli się powoływać do istnienia twory kiepsko naśladownicze. W tle przewijają się inne postacie, ale są one tylko scenografią do eksploracji syna i „dziwnostek” ojca. Reszta ludzi w świecie prozy Schulza? Stworzeni są z nieskończenie plastycznej materii, która daje się swobodnie kreować. Materia, czyli treść jest tak silna, że przekształca się w formę, aż w końcu rozsadzę ją od wewnątrz.  Ale czy zastyga? Wydaje mi się, że nie. Na ulicy Krokodyli przecież wszystko płynie. Podczas tej amatorskiej analizy psychologicznej warto wziąć pod uwagę zainteresowanie Schulza psychoanalizą. Pisarz zaczytywał się Freudem i Jungiem.

A teraz styl. Jak opisać prostymi słowami to nagromadzenie metafor, przenośni, personifikacji, zabawy słowem? Prawdopodobnie się nie da. „Sklepy cynamonowe” są nieskończoną zabawą litrami i formą. To poezja, która udaje prozę. Lub odwrotnie. Nigdy do tej pory nie czytałam nic napisanego tak sugestywnym językiem. Pisarz używa słów w zaskakująco nowych kontekstach i o dziwo wszystko pasuje idealnie. Jakby język, jakim posługuje się artysta był idealnym konglomeratem, stworzonym z niepasujących elementów, ale efekt końcowy jest absolutnie zachwycający. W ustach każdego innego człowieka takie językowe akrobacje byłyby grafomanią. Ale Schulz roztacza przed oczami czytelnika nadrealistyczny świat, otwiera drzwi w podświadomości, o których przynajmniej ja nie miałam pojęcia. Przy czytaniu opowiadania „Sierpień” niemal udusiłam się od sugestywnego języka, który aż wibrował od sierpniowego gorąca. Z resztą posłuchajcie:
„Splątany gąszcz traw, chwastów, zielska i bodiaków buzuje w ogniu popołudnia. Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu. Złote ściernisko krzyczy w słońcu, jak ruda szarańcza; w rzęsistym deszczu ognia wrzeszczą świerszcze; strąki nasion eksplodują cicho, jak koniki polne.”
I takim jawi się całe opowiadanie.
Ale twórczość Schulza to nie tylko utwory prozatorskie. To także rysunki i grafiki. Wydawnictwo MG uzupełniło „Sklepy cynamonowe” ilustracjami. Teraz poznanie i zrozumienie tekstu jest pełniejsze. Bo tekst i obraz w Schulza tworzą nierozerwalną całość. Moja wyobraźnia sprzęgła się z obrazami, jakie malował/opisywał pisarz. Musiałam się tylko poddać. Bruno Schulz dał mi gotowe sceny, szkicuje gotowy obraz. Podobała mi się taka impresyjność opowiadań. Pisarz chwyta chwilę, opisuję ją malowniczo, jakby w życiu nie widział nic bardziej interesującego od latającej muchy, gwieździstego nieba...

Czy mogę zrobić coś innego niż polecić? Nie. Mam tylko szczerą nadzieję, że nie skrzywdziłam tej książki moją opinią, że oddałam choć w części mój bezgraniczny zachwyt. Dawno nie czytałam tak genialnej książki – wieloznacznej, przesiąkniętej tak ciężką i duszną atmosferą, wypełnionej zawiłą metaforyką na analizę, której można by poświęcić całe życie. I nie byłby to czas stracony.