Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/10. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 lipca 2017

„Niewidzialna” Sophie Jordan

Nie zachwyca mnie ta seria. Pierwsza część wydawała mi się bliźniaczo podobna do „Zmierzchu”. Może podobieństwo fabuły nie rzuca się tak bardzo w oczy, gdyż jakiś czas temu było tak, że każda książka zaczynała się podobnie – do szkoły przybywa nowy Ktoś. Bardziej przeszkadzało mi to, że znajdowałam w „Ognistej” sparafrazowane cytaty z dzieła Pani Meyer. Nie lubię takich trików, więc się delikatnie zraziłam. Niemniej czytałam zaledwie kilka opowiadań o smokach i byłam zainteresowana tym jak Jordan popchnie dalej temat.


„Nikt z nas nie jest samotną wyspą. (…) Czyny jednostki odbijają się na wszystkich”.


Jacinda popełniła karygodny błąd. Ujawniła się ze swoją smoczą naturą przed ludźmi. To, że zrobiła to, by uratować życie człowieka nie ma znaczenia. A wiadomość, że kocha tego mężczyznę, ściągnęłaby na nią jeszcze większe potępienie. Dziewczynka musi wracać do swojego stada. Nie jest tam przyjęta z otwartymi ramionami. W przeciwieństwie do jej siostry, która zyskała przychylność pobratymców, dzięki nowo odkrytym zdolnościom. Czy Jacinda odnajdzie się pośród ludzi takich jak ona? Czy będzie tęsknić za dawnym ukochanym Willem? Czy może otworzy serce na zawsze obecnego u jej boku Cassiana?
Nie byłam zachwycona pierwszą częścią. Teraz jestem porządnie rozczarowana. Pomysł na smoczą fabułę był wspaniały. Tyle można było wymyślić, przedstawić czytelnikom zwyczaje i tradycje tego gatunku i milion innych rzeczy. Ale nie. Dostajemy tylko od niechcenia podane informację na temat smoczych zwyczajów. Autorka jednak odpuściła sobie i wolała popisać o fascynującym trójkącie miłosnym. Wynudziłam się.


„Jesteś po prostu samolubną, wystraszoną dziewczynką, która woli lizać swoje rany niż żyć”.


Główna bohaterka jest niedojrzałym emocjonalnie koszmarem. Snuje się bez życia i opisuje swoje nudne rozterki i zajęcia w osadzie, które nie są w żaden sposób interesujące. Do pewnego stopnia potrafię ją zrozumieć – nikt nie lubi być pariasem, ale naprawdę trudno się o tym czytało. Ponadto niezdolna była do podjęcia jakiejś decyzji. Albo gdy już jakąś decyzję podjęła to chwilę potem się rozmyślała i kreowała misterne plany, by wyplątać się z kabał, w jakie się wplątywała na własne życzenie. Powinna podjąć decyzję i uporządkować swoje życie. Nie obchodzi mnie, w którą stronę, by poszła. Ważne, by jednak w którąś poszła, a nie miotała się bez końca. Ze swojego stada to uciekała chyba z dziesięć razy tylko po to, by się rozmyślić i wrócić… Żenujące. Czytanie o płytkiej, niezrównoważonej dziewoi obrzydło mi.
Co, by tu powiedzieć pozytywnego… Bo wychodzi na to, że ta książka to gniot. Niby nudny gniot, ale jednak czytało się szybko i okładka ładna ze skrzydełkami… Trójkąt miłosny jest nawet niczego sobie, szkoda tylko, że jest pierwszoplanowy. Książka składa się z rozterek Jacindy – kocham tego, lecz powinnam być z tamtym, ale tamtego kocha moja siostra, a ja kocham moją siostrę. Jaka ja jestem nieszczęśliwa! - były nie tylko nudne i monotonne, ale naprawdę żałosne. Poza tym autorka ma wyraźną słabość do jednego z męskich boków trójkąta. Na moje nieszczęście popieram inną konfigurację, przez to jestem skazana na rozczarowanie. Nic nie poradzę, że od słodkich jak miód słów Willa, wolę stateczną pewność Cassiana. Ten ostatni uwiódł mnie swoją nieustępliwością i opanowaniem.


Język tekstu jest dość dobry. Bardzo prosty, niewymyślny, dzięki temu książkę czyta się naprawdę szybko, mimo powolnej akcji skupionej wokół rozterek głównej bohaterki.



Na książce poważnie się zawiodłam. Znużyła mnie. Akcja w porównaniu z pierwszą częścią wyraźnie zwolniła, a głównej bohaterce mam ochotę wydrapać oczy i podciąć skrzydła, żeby w końcu dowiedziała się, że za błędy się płaci i nie zawsze można wyjść „na farcie” z każdej opresji. Mimo wszystko nie było tak najgorszej. 4/10  

wtorek, 4 października 2016

Niewidzialna - Sophie Jordan

Nie zachwyca mnie ta seria. Pierwsza część wydawała mi się bliźniaczo podobna do „Zmierzchu”. Może podobieństwo fabuły nie rzuca się tak bardzo w oczy, gdyż jakiś czas temu było tak, że każda książka zaczynała się podobnie – do szkoły przybywa nowy Ktoś. Bardziej przeszkadzało mi to, że znajdowałam w „Ognistej” sparafrazowane cytaty z dzieła Pani Meyer. Nie lubię takich trików, więc się delikatnie zraziłam. Niemniej czytałam zaledwie kilka opowiadań o smokach i byłam zainteresowana tym jak Jordan popchnie dalej temat.


„Nikt z nas nie jest samotną wyspą. (…) Czyny jednostki odbijają się na wszystkich”.


Jacinda popełniła karygodny błąd. Ujawniła się ze swoją smoczą naturą przed ludźmi. To, że zrobiła to, by uratować życie człowieka nie ma znaczenia. A wiadomość, że kocha tego mężczyznę, ściągnęłaby na nią jeszcze większe potępienie. Dziewczynka musi wracać do swojego stada. Nie jest tam przyjęta z otwartymi ramionami. W przeciwieństwie do jej siostry, która zyskała przychylność pobratymców, dzięki nowo odkrytym zdolnościom. Czy Jacinda odnajdzie się pośród ludzi takich jak ona? Czy będzie tęsknić za dawnym ukochanym Willem? Czy może otworzy serce na zawsze obecnego u jej boku Cassiana?
Nie byłam zachwycona pierwszą częścią. Teraz jestem porządnie rozczarowana. Pomysł na smoczą fabułę był wspaniały. Tyle można było wymyślić, przedstawić czytelnikom zwyczaje i tradycje tego gatunku i milion innych rzeczy. Ale nie. Dostajemy tylko od niechcenia podane informację na temat smoczych zwyczajów. Autorka jednak odpuściła sobie i wolała popisać o fascynującym trójkącie miłosnym. Wynudziłam się.


„Jesteś po prostu samolubną, wystraszoną dziewczynką, która woli lizać swoje rany niż żyć”.


Główna bohaterka jest niedojrzałym emocjonalnie koszmarem. Snuje się bez życia i opisuje swoje nudne rozterki i zajęcia w osadzie, które nie są w żaden sposób interesujące. Do pewnego stopnia potrafię ją zrozumieć – nikt nie lubi być pariasem, ale naprawdę trudno się o tym czytało. Ponadto niezdolna była do podjęcia jakiejś decyzji. Albo gdy już jakąś decyzję podjęła to chwilę potem się rozmyślała i kreowała misterne plany, by wyplątać się z kabał, w jakie się wplątywała na własne życzenie. Powinna podjąć decyzję i uporządkować swoje życie. Nie obchodzi mnie, w którą stronę, by poszła. Ważne, by jednak w którąś poszła, a nie miotała się bez końca. Ze swojego stada to uciekała chyba z dziesięć razy tylko po to, by się rozmyślić i wrócić… Żenujące. Czytanie o płytkiej, niezrównoważonej dziewoi obrzydło mi.
Co, by tu powiedzieć pozytywnego… Bo wychodzi na to, że ta książka to gniot. Niby nudny gniot, ale jednak czytało się szybko i okładka ładna ze skrzydełkami… Trójkąt miłosny jest nawet niczego sobie, szkoda tylko, że jest pierwszoplanowy. Książka składa się z rozterek Jacindy – kocham tego, lecz powinnam być z tamtym, ale tamtego kocha moja siostra, a ja kocham moją siostrę. Jaka ja jestem nieszczęśliwa! - były nie tylko nudne i monotonne, ale naprawdę żałosne. Poza tym autorka ma wyraźną słabość do jednego z męskich boków trójkąta. Na moje nieszczęście popieram inną konfigurację, przez to jestem skazana na rozczarowanie. Nic nie poradzę, że od słodkich jak miód słów Willa, wolę stateczną pewność Cassiana. Ten ostatni uwiódł mnie swoją nieustępliwością i opanowaniem.


Język tekstu jest dość dobry. Bardzo prosty, niewymyślny, dzięki temu książkę czyta się naprawdę szybko, mimo powolnej akcji skupionej wokół rozterek głównej bohaterki.



Na książce poważnie się zawiodłam. Znużyła mnie. Akcja w porównaniu z pierwszą częścią wyraźnie zwolniła, a głównej bohaterce mam ochotę wydrapać oczy i podciąć skrzydła, żeby w końcu dowiedziała się, że za błędy się płaci i nie zawsze można wyjść „na farcie” z każdej opresji. Mimo wszystko nie było tak najgorszej. 4/10  

środa, 21 września 2016

"Sekrety księżniczki" Jean Sasson

Liczba stron: 400



To trudne dla mnie – źle oceniać książki, które są mi bliskie ideologicznie i poruszają żywo angażujący mnie temat. Tak jest z „Sekretami księżniczki”. Początkowo odrzuciła mnie okładka, która, jak dla mnie, nie jest obwolutą zwiastującą powieść o dyskryminacji kobiet w świecie arabskim. Jednakże to nie pierwszy raz, gdy okładka nie determinuje treści, więc nie zwróciłam na nią uwagi.

To bardzo dziwne połączenie dość dobrze opisanych dramatycznych życiorysów kobiet z nudnym i bezsensowym życiem sułtany, które zostało opisane fatalnie. Rozdziały poruszające emocje zmieszane były z nudnymi opisami życia uprzywilejowanej kobiety, która nie ma rozumu za grosz.

Główna bohaterka ma charakter społeczniczki i zajmuje ją sprawa kobiet. Dzięki temu upublicznione zostały straszne historie, które mają tam miejsce na co dzień. To piękne, że ktoś głośno mówi o takich wydarzeniach. Ponadto widać ogromną wiedzę Sansson, która z łatwością porusza się w historii zatoki perskiej. Widać, że to coś w czym czuje się dobrze i na czym się zna. Zna to nie tylko ze słyszenia, ale po prostu była tam, poznała nastroje społeczne i jest kimś, kto „siedzi” w tej kulturze. Trudno mi nawet ocenić język, którym zostały opisane te historie, bo były tak dramatyczne, tak poruszające i tak przerażające, że ostatnie o czym myślałam to styl.

Gorzej było, gdy smutne historie kobiet nie przysłaniały mi spojrzenia na fatalny język autorki. Dialogi brzmiały sztucznie, jakby rozmawiały ze sobą kukły. Może rodzina w Arabii Saudyjskiej tak ze sobą rozmawia, ale tutaj, w Europie, rozmowy ludzi, którzy żyją ze sobą x lat, a nie potrafią się do siebie normalnie odezwać są co najmniej dziwne. Bogate opisy pałacu i pałacowego życia były nużące. Właściwie całe życie sułtany było bezsensowe i sama nie wiem po co zostało opisane. Każdy kolejny rozdział zaczyna się „pogmatwaniem w życiu” sułtany, aby na koniec wszystko skończyło się szczęśliwie. Przykład: mała sułtanka (córka syna główniej bohaterki) jest chora, więc rozdział opisuje, że podają jej kroplówki i po 2 dniach zdrowieje. Ten rozdział jest tak durny na tylu polach, że nawet nie wiem, czy jest sens to opisywać. Nic z niego nie wynika, nie rozwija się w żaden sposób akcja. Po prostu jest chora, a potem przestaje być chora – koniec.

To słabo napisana książka, ale poruszająca bardzo ważną tematykę. Dlatego nie potrafię ocenić jej do końca źle. Daję 4/10 i wyrażam nadzieję, że kiedyś losy nieszczęśliwych kobiet z zatoki perskiej zostaną opisane poprawnym stylem, z wyczuciem i empatią. Póki co są „Sekrety księżniczki”, ale lepsze to niż nic.  

czwartek, 10 września 2015

Prowincja pełna snów - Katarzyna Enerlich

Liczba stron: 288


Taka literatura opowiada o moich pragnieniach. Pozwolę sobie na drobny ekshibicjonizm i wspomnę o tym, że marzy mi się dom, w którym mogłabym przyjmować gości, mieć zioła i przydomowy ogródek. Dlatego z taką rzewnością czytam opowieści o ludziach, którym to już się udało. Mają to, o czym od dawna marzę. To takie książkowe dotknięcie mojego marzenia, a to też jest ważny etap w ich osiąganiu.

Książka zaczyna się z hukiem. Bohaterka dowiaduje się, że jej zmarły mąż nie był jej wierny. I ma ku temu dowód. Pogrobowca. Kobieta jest w szoku. Nie dość, że nie może w spokoju przeżyć żałoby to teraz zaczęła nienawidzić swojego męża. Czuje żal, ból, cierpienie. Do tego poraża ją, jak można być tak bezczelnym, jak kochanka męża, która prosi o pomoc. Nadchodzi również wielkie otwarcie Baby Jogi. Ludmiła boi się, gdyż nie wie, czy sprosta nowemu wyzwaniu. Nie jest pewna, czy poradzi sobie z prowadzeniem pensjonatu. Jednakże, wie, że ma oddanych przyjaciół, którzy bez względu na wszystko jej pomogą.

Oj, piękna to książka. Taka baśniowa, pachnąca ziołami i domowym obiadem. Ma w sobie wiele uroku i jest taka po prostu przytulna. To coś, do czego się chce wracać. Wiesz, że nigdzie nie poczujesz się tak bezpiecznie jak w domu Ludmiły. To dom w pełnym tego słowa znaczeniu. I pod tym względem powieść ta czaruje i wbija się w serce oraz duszę.

Język tekstu bywa momentami pretensjonalny. Autorce bardzo zależy, by przekazać nieco prawd życiowych i często postaci oddalają się od głównej akcji, by pokontemplować swoje życie. Prawdy, z którymi wyłaniają się z lasów często są banalne, ale prawie zawsze afektowane. Do tego dochodzą głupiutkie porównania typu „wieczne jak trawa”. Jak się ma czytelnikowi serwować takie idiotyczne teksty, to lepiej się ugryźć w język, czy w tym wypadku w palce. Te niedojrzałe pseudoprawdy psuły mi radość z lektury. Naturalnie, akceptuję, że w takiej lekko przesłodzonej książce o ucieczce w leśną głuszę muszą być „prawdy”, jakieś zasady dobrego życia, tylko dlaczego aż takie banały?

Fabuła zaczyna się od mocnego tąpnięcia, ale z każdym kolejnym rozdziałem traci rozpęd. Z czasem zaczyna nużyć czytanie o tym, że Ludmiła znów poszła w góry i medytuje nad naturą wszechświata.

Bardzo odpowiadały mi dobrze opisane przepisy na jedzenie. Nie potrafię gotować, ale ciągle nie tracę nadziei, że ja też będę kuchennym master szefem, więc więcej niż pewne, że przygotuje tego typu jedzenie. Zwłaszcza, że potrawy serwowane swoim gościom przez Ludmiłę bardzo mi odpowiadają. Odrzuciłam ze swojej diety całe mięso, podobnie jak główna bohaterka.

Postaci zostały dość dobrze wykreowane. To dla mnie najważniejsze, że bohaterowie zachowują się zgodnie ze swoim opisem. W ich tworzeniu jest pomyślunek, logika oraz konsekwencja. Nie robią nagle zupełnie niespodziewanych rzeczy, tylko zachowują się przewidywanie. Jednakże pisarka i tutaj nie uciekła od egzaltacji. Ludmiła często się wzrusza i wówczas „wybucha płaczem” i rzuca się rozmówcy na szyję przy normalnych rozmowach. Może przesadzam, ale chyba dorośli lepiej powinni panować nad swoimi odruchami i nie być rozdygotaną kupką nerwów. Zwłaszcza, że Pani Enerlich starała się pokazać protagonistkę jako osobę stosunkowo opanowaną i pogodzoną ze światem. Do tego koniecznie chcą być mądrzy i głębocy, więc nasłuchałam się pretensjonalnych komplementów w rodzaju „masz mądre dłonie”. Bo powiedzieć, że masz mądre spojrzenie jest zbyt banalnie, trzeba być lepszym i powiedzieć, że masz mądre dłonie. Co z tego że nie ma to żadnego sensu?

Seria o prowincji pełnej różnych rzeczy nieustannie balansuje na krawędzi debilnego rozegzaltowania. Gdy nie spada w tę emocjonalną dziurę to jest to powieść dobra, ciepła, słodka i pachnąca. Gdy jednak spada to człowiek po prostu nie dowierza, że czyta takiego polskiego Paulo Coelho.

Ludmiła w „Prowincji pełnej snów” chwali prostotę. Książka ta też jest prostą przyjemnością. Dla jednych to wada, dla innych zaleta. Ja się nadal nie mogę zdecydować. „Prowincja pełna snów” ma w sobie wiele magii, jednak sili się na przedstawianie prawd objawionych, które brzmią wybitnie bezsensownie.
4/10

czwartek, 10 lipca 2014

"Klątwa tygrysa" Colleen Houck



Tłumaczenie: Martyna Tomczak
Tytuł oryginału: Tiger's Curse
Seria/cykl wydawniczy: Klątwa Tygrysa tom 1
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: marzec 2012
Liczba stron: 360


Wiecie, dlaczego niektóre powieści zostają odrzucone przez wydawców? Ponieważ ci przeważnie wykształceni ludzie zajmujący się, na co dzień literaturą dostrzegają, że niektóre powieści są chłamem. I zgadzam się z nimi w całej rozciągłości. Uprzejmie proszę, by ktoś mnie uderzył, gdy znów przyjdzie mi do głowy pomysł, przeczytania powieści opublikowanej samodzielnie przez autora. Mocno. To bardzo głupi pomysł.

„Kiedy życie wręcza ci cytrynę, upiecz ciasto cytrynowe.”

Książka opowiada o poszukującej pracy Kelsey. Niespodziewanie znajduje zatrudnienie w cyrku, jako pomocnica i opiekunka tygrysa. Groźny zwierz początkowo budzi w niej strach, jednak z czasem dziewczyna dostrzega jego niebezpieczną urodę. Można powiedzieć, że Kelsey i tygrys zaprzyjaźniają się. Pewnego dnia do cyrku przybywa mężczyzna z Indii i chce zabrać wielkiego kota w jego rodzinne strony. Prosi dziewczynę, by im towarzyszyła jako opiekunka tygrysa. Kelsey się na to godzi i wyrusza na egzotyczna wyprawę w nieznane.

„Pocałunek to podpis mężczyzny”

„Literacki fenomen”. Skomentuje to tak – hahahahah! To jakaś kpina. Jednakże zacznę od pozytywu, mianowicie nieszablonowy pomysł na fabułę. Nie kolejny wampir, wilkołak czy inny stwór, ale klątwa. Nawet cały rys fabularny mi się podobał, choć opierał się głównie na romansie. Ale, jako że lubię romanse, nie przeszkadzało mi to.

Kolejnym walorem jest umieszczenie akcji w Indiach. Nigdy wcześniej nie czytałam romansu paranormalnego, którego akcja działaby się w egzotycznym kraju i ogromnie mi się to podobało! Autorka przybliżyła nam nie tylko legendy i mity indyjskie, ale także np.: kuchnie. Ten element bardzo przypadł mi do gustu, ale pisarce nie udało się oddać klimatu Indii. Czułam jakby Pani Houck nigdy tam nie była i próbuje przekazać mi informacje podręcznikowe, a nie znane z własnej autopsji.

Autorka nie potrafi pisać. Z krótkiej notki biograficznej wynika, że to debiut autorki. Książka aż tym krzyczy. Przykładem na jej brak warsztatu może być typowe dla początkujących pisarzy opisywanie codziennych czynności – zjadłam, umyłam się, założyłam pidżamkę itd. Rozumiem przeczytać o tym raz. Ale każdego wieczoru rytuał się powtarzał. Drobna rada: trochę więcej dynamicznej akcji, mniej opisów tego, co Kelsey sobie umyła.

Jeśli zaś mówimy o stylu to cóż mogę rzec. Styl jest prostacki, niewyrobiony, sztywny. Nie wiem, czy to, co powiem kogoś zachęci, ale czytałam powieści, które były napisane gorszym językiem, więc chyba nie jest tak źle. Ale czy stwierdzenie, że nie jest to najgorsza powieść w dziejach, zachęca? Często występowały pewne niezgrabności językowe, ogólnie widać, że autorka niezbyt czuje się swobodnie wśród słowa pisanego. Dialogi były tak idiotyczne, że aż szkoda o nich pisać.

Kreacja postaci to porażka na całej linii. Kelsey to idiotka, bez poczucia własnej wartości marząca tylko o tym, by przystojny książę zwrócił na nią uwagę. Jej naiwność poraża. Ilu z nas wybrałoby się w podróż z całkowicie obcym mężczyzną? A w momencie, gdy wasz przewodnik znika, co robicie? Wracacie do sklepu i dzwonicie po pomoc? Nie, Kelsey wpadła na inny genialny pomysł, otóż idzie głębiej w dżunglę. Tak, to ma sens. Ogólnie rzecz ujmując główna bohaterka jest tępą istotą bez krzty rozumu. Mężczyźni to kolejny żenujący element tej książki. Fakt, pisarka próbowała ich skonstruować, ale nie wyszło. Wspomnę jedynie o księciu, który jest idealny. To jego jedyna cecha – idealność. Motyw walczących ze sobą braci został zaczerpnięty prawdopodobnie z Pamiętników wampirów. Reszta postaci jest śmiechu warta. Schemat przy tworzeniu bohaterów aż piszczy.

Powiem tak – są elementy, które mi się podobały, jak np.: mitologia indyjska i nawet cała fabuła. Istotniejsze aspekty powieści są przerażająco niedopracowane. Cała książka jest bardzo naiwna, żeby uniknąć mocnego stwierdzenia, że jest zwyczajnie głupia. Ale pragnę coś zaznaczyć. Potraktujcie tę książkę jak baśń. Jak mit o rodzącej się miłości, jak coś, co ma być z założenia naiwne. Nie wiem, czy taki był zamysł artystyczny autorki, ale pragnę wierzyć, że tak. Jeśli to zrobicie, postawicie tej książce tak samo dobrą notę jak ja.
4/10

czwartek, 12 czerwca 2014

"Chwila szczęścia" Federico Moccia



Federico Moccia wydaje mi się specyficznym artystą. Często zastanawia mnie, dlaczego zyskał taka popularność. Czytałam „Amore 14” opowiadającą o trzynastoletniej dziewczynie przygotowującej się do współżycia i gdy ze wyobrażałam sobie własna córkę w takich sytuacjach to przechodził mnie mroźny dreszcz. Wiele osób zachwala jego książki, dlatego postanowiłam znów zapoznać się z jego utworami. Niestety im dalej w las, tym gorzej. Jestem przekonana, ze nie będę poznawała innych jego publikacji.
Moccia od małego uważał, ze potrafi pisać. Niestety uważał tak tylko on, gdyż jego napisanych książek nikt nie chciał wydać. Założył własne wydawnictwo i to wówczas jego powieści odniosły spektakularny sukces. Ja tam się wcale nie dziwie, dlaczego nikt tego nie pragnął upubliczniać. Ale cóż… Czytelnicy wiedzą lepiej.

Głównym bohaterem jest Nicco. Chłopak ma wiele zalet – bystry, inteligentny, pracowity, zakochany w Alessi. Dziewczyna także przez długi czas wydawała mu się w nim zakochana. Prowadzili związek pełen pasji i uczucia.  Niestety Alessi to nie wystarczyło i powiedziała „wybacz mi”. Nicco nie potrafi zrozumieć tej decyzji. Przyjaźni się z Grubym – chłopcem, który czerpie z życia pełnymi garściami. Ma dwie dziewczyny miedzy, którymi zgrabnie lawiruje. Wydaje się kompletnym odwróceniem postawy głównego bohatera. Nicco rzadko bierze to, co serwuje mu los, lubi się umartwiać, nie potrafi wyrażać swoich uczuć. Pewnego dnia do Rzymu przyjeżdżają polskie studentki. Obaj mężczyźni postanawiają uwieść nie rozumiejące ich kobiety. Co z tego wyniknie? Czyżby rodziła się wielka miłość?

Ta książka była dziwna i jeśli mam być szczera to uważam, ze nie powinna być przeznaczona dla nastolatek. To ja się widocznie nie nadaje do czytania książek Mocci. „Chwila szczęścia” to powieść wielowątkowa. Cały czas miałam pytanie na ustach, śledząc akcję – co mnie to obchodzi? Pierwsze 100 stron nie dzieje się nic. Nicco przechadza się z kata w kat, a ja poznawałam większość bohaterów. Dopiero potem nastąpił gwałtowny wysyp i akcja wręcz galopowała. Dla mnie takie nieumiejętne rozłożenie akcji jest sporym minusem.

Nie wiem, jak opisać cała wulgarność rozmów bohaterów. Wydaje się, jakby dla każdego fakt, ze Gruby sypia, z kim tylko zechce był całkowicie naturalny. To że traktują dziewczyny jak przedmioty też nikogo nie dziwi. Nie umieją tworzyć normalnych związków międzyludzkich. Niekoniecznie trwałych – wiadomo są młodzi, to czas na eksperymenty. Ale po prostu opartych na szczerości.

Niesamowita atmosfera włoskiego miasta to ogromny plus dla tej książki. Co jak co, ale klimat unoszący się nad Rzymem pisarz potrafi doskonale oddać. Całkiem możliwe, ze zostało to uczynione przy pomocy licznych dań, którymi autor raczył swoich czytelników. Ich rozbudzały mój apetyt, dlatego nie uważam, by czas czytania tej książki był zarnowany.

Męscy bohaterowie zostali wykreowani całkiem zacnie – rozumiem te macho konwencje, choć wcale mi się nie podoba. Widocznie taka kultura włoska jest. Ale dlaczego dwie Polki zostały ukazane, jako głupie i dość płytkie. Nie znają języka włoskiego, nie rozmawiają ze swoimi adoratorami, a jednak pozwalają się milcząco uwodzić i już się zakochują. Niestety reszta bohaterów nie została zbytnio rozbudowana, a ich pojedyncze watki pozostaną takie niedomknięte na zawsze. Oczywiście, zawsze istnieje możliwość napisania kontynuacji, choć ja jej nie przeczytam, dlatego tez mnie to nie urządza.

Polecam w przeważającej części osobom młodym, z rozbuchanym libido. Sporo seksu, jeszcze więcej miłości opisanej specyficznym językiem. Niezbyt podobała mi się stylistyka tekstu, jednakże sadze, ze doskonale oddała młodzieńcze wahania i wczesnoszkolne tragedie. Aż dziw, ze w tak zaawansowanym wieku Federico Moccia, tak doskonale rozumie młodych chłopców. Dylematy głównych postaci wydawały mi się wydumane, jednak może innym się spodoba.
4/10

piątek, 25 października 2013

"Cisza" Becca Fitzpatrick



Tłumaczenie: Paweł Łopatka
Tytuł oryginału: Silence
Seria/cykl wydawniczy: Hush Hush tom 3
Data wydania: październik 2011
Liczba stron: 400

„Jak mało, kto masz szansę zacząć życie od początku.”

Oto i kolejna książka młodzieżowa. Czasem zastanawiam się, po co zapycham sobie głowę takim badziewiem. Może dla tych nielicznych powieści, które wyróżniają się w swojej kategorii? A jakie jest wówczas zdumienie i nieopisana radość, gdy książka młodzieżowa okazała się czymś wartościowym! No cóż, „Cisza” nie wyróżnia się, a i do czytania nie za bardzo się nadaje.

„Niewiedza to najgorsza forma upokorzenia i cierpienia.”

Główna bohaterka Nora zostaje porwana, a następnie po dwóch miesiącach porzucona na cmentarzu. Dziewczynka traci pamięć. Jej ukochany chłopiec Patch ukrywa przed nią swoje istnienie. Wszyscy wokoło ją okłamują, gdyż chcą, by wiodła normalne życie, przeciętnej nastolatki, a ona na złość światu pracowicie zbiera okruchy swojej pamięci i szuka odpowiedzi na pytanie – dlaczego nic nie pamięta?

„Aniele- łagodny szept gdzieś w podświadomości. Jesteś moja.”

Fabuła kręci się wokół odzyskiwania przez Norę pamięci, czyli mamy powtórkę z tego, co już wiemy. Nie upośledziło to fabuły, bo bardziej się jej upośledzić nie da. Naprawdę chciałabym być bardziej konkretna, jednak, jeśli podam przykład to zaspojleruję. Akcji w tym tomie było mało. Powieść składała się z trzech elementów:
  1. Nora przywraca sobie pamięć.
  2. Nudne, depresyjne myśli Nory o świecie, ludziach, swoim wyglądzie.
  3. Opisy miłosnych uniesień.
Jak dla mnie to trochę za mało na dobrą fabułę.

Bohaterowie nie istnieją. Tzn.: mogliby nie istnieć i świat przedstawiony w książce ani trochę by nie ucierpiał. Ot paru idiotów na tej książkowej planecie mniej. Nie wyróżniają się niczym specjalnym, nie są wybitnie ciekawi. Powieściowa para – Nora i Patch to jeden z najnudniejszych duetów, o jakim czytałam (a czytałam sporo). Jednak, o ile Patch jest bezbarwny, to gorzej jest z Norą. Ona jest zwyczajnie głupia. Ale to głupia w taki do bólu pospolity sposób. Idealnie określa ją cytat z książki:

„Vee nie potrzebowała powodów do robienia głupich rzeczy. To smutne, ale ja na ogół też nie.”

Ja doprawdy nie wiem, co te autorki mają w paranormal romance młodzieżowych, że tworzą je tak wielostronicowe. Chcą napisać epopeję? Czasem mniej, znaczy więcej. Mniej opisów pocałunków, mniej opisów przyrody, mniej durnowatych przemyśleń. A w zamian za to więcej akcji, więcej wartościowej literatury!


Język tekstu jest odrobinę lepszy w porównaniu z poprzednimi częściami. Wciąż nasączony patosem i prosty do bólu, a powieść wydaje się być pisana przez niewyżytą z burzą hormonalną, jednak niewątpliwie zaszedł postęp. Niewielki, bo niewielki, ale zawsze. W tym tempie autorka napisze coś wartościowego i zdatnego do czytania za 30 lat. Poza tym było momentami zabawnie. Może nie jest to chendlerowski humor wysokich lotów, jednak wystarczy, by podnieść nieznacznie ocenę.

„- To się nazywa prysznic... - Zaczęłam machinalnie i urwałam, zbita z tropu, bo skołowana pamięć przywołała nagle coś dotkliwie znajomego. - Mydło, szampon, ciepła woda - dodałam po namyśle.
- Nagie ciało, czuję klimat - rzekł Jev z niepokojącym błyskiem w oczach.”

Naprawdę nie podobają mi się te okładki. Chociaż pasują do treści, są w podobny sposób sztuczne i niedojrzałe. Plusem jest fakt, że szary kolor ładnie prezentuje się na półce.

„To los rządzi nami, a nie odwrotnie.”

Książka napisana jest na fali powieści paranormal romance. Autorka prawdopodobnie nigdy nie czuła powołania do pisarstwa, ale stwierdziła, młodzież w większości jest głupia i to kupią. Dam jej kilka banałów fabularnych, sporą dawkę wyznań miłosnych i będą zachwyceni. I co? I udało się, a udało się do tego stopnia, że ta kobieta mogła rzucić pracę i rozwijać dalej swoją grafomanię.

„Nie myśl, że nic ci nie grozi, tylko dlatego, że jesteś w domu.”

Powieść o dzieciach i dla dzieci. 4/10

czwartek, 4 lipca 2013

Kto się śmieje ostatni - Trish Wylie



Seria/cykl wydawniczy: KISS
Wydawnictwo: Harlequin Enterprises
Data wydania: 14 czerwca 2013
Liczba stron: 240

Wyobraźcie sobie, że każdy Wasz krok jest skrzętnie zaplanowany , a do tego kontrolowany. Niekomfortowa sytuacja, prawda? Właśnie tak żyje Miranda Kravitz, córka burmistrza Nowego Jorku. Dziewczyna została obdarzona buntowniczą naturą. Lubi imprezować i czasami ma ochotę wyrwać się spod nieustannej kontroli. Z tego powodu jej ochroniarze odchodzą z pracy, nie będąc w stanie sprawować należytej pieczy nad córką ważnej osobistości. Tym razem chronić Mirandę ma Tyler Brannigan – nieustępliwy policjant z trudną przeszłością. Jak dziewczyna poradzi sobie, z mężczyzną nie idącym na kompromisy? Zapraszam do czytania.

Niestety książka nie podobała mi się. Akcja „Kto się śmieje ostatni”, w przeciwieństwie do poprzedniej części, nie wciągnęła mnie. Trish Wylie od małego zaczytywała się w romansach i wydaje się, jakby przeczytała o jeden za dużo, bo jej utwór to typowe romansidło. Niemniej traktując historię jako baśń dla dorosłych i z ogromnym dystansem można było czytać książkę z niejaką przyjemnością. 

Bohaterowie byli rozróżnialni charakterologicznie, ale kreowani płasko, przez co nie mogłam się w nich wczuć. Losy postaci pozostały mi zupełnie obojętne. Charakter Mirandy czym prędzej wyparował mi z pamięci, a Tyler nie miał w sobie nic interesującego poza mięśniami.

Książka wcale, a wcale mnie nie odprężyła. Przeciwnie. Doprowadziła do szewskiej pasji. Drażniła mnie jej naiwność, infantylizm, kiepski język, jakim została napisana. Zżymałam się w środku, zamiast odpocząć przy miłym czytadle. Niestety w „Kto się śmieje ostatni” nie śmiał się nikt. W każdym razie ja najmniej.
Niestety to powieść zupełnie nie dla mnie. 4/10

Dodam, że pierwszą część serii KISS uważam za bardzo dobrą i to ją szczerze polecam. Opinia tutaj.