środa, 4 listopada 2015

"To przez ciebie!" Mhairi McFarlane

Liczba stron: 464

Główna bohaterka tej książki jest fantastyczna! Może dlatego, że ubiera się jak ja, a może dlatego że mamy podobne priorytety – wyjątkowo łatwo było mi się z nią utożsamić. Do tego, skoro tak osobiście odbierałam jej postępowanie, to mogę książkę pochwalić za realizm. Przy całym tym doskonałym humorze powieść jest prawdziwa. W tak lekkiej powieści lubię bohaterom wierzyć. Pragnę, by ich motywacje były realistyczne. Tutaj, jak najbardziej, były. Mogę śmiało stwierdzić, że pisarka wie o czym pisze, ja zaś bardzo chcę przeczytać o czym ona pisze.

Nie tylko wierzyłam Delii, ale też po prostu ją polubiłam. Przeżywa wzloty i upadki, nie jest postacią idealną, ma za dużo kilogramów tu i tam. Przy tym ma ogromny dystans do siebie za co bardzo cenię ludzi, z którymi przebywam (nawet książkowo).

Język jest prosty, może czasem trochę banalny. Miałam co jakiś czas problem z typowym prowadzeniem narracji. Może przekroczyłam granicę, za którą drażni mnie pierwszoosobowe prowadzenie narracji i opisywanie swojego własnego wyglądu przez protagonistkę.

Wspaniałym dodatkiem są komiksowe wstawki. Dlaczego się tam znajdują, co wnoszą i o czym mówią naturalnie dowiecie się z powieści. By zachęcić dorzucę tylko, że Delia ma alter ego w postaci Lisicy. Doskonale wkomponowują się w treść i pozwalają chwilę odpocząć oczom. A tak, bo od tej powieści nie można się oderwać. Pragnęłam ją skończyć jak najprędzej. Losy bohaterki bardzo mnie intrygowały, dlatego też przeczytałam za jednym zamachem od deski do deski.

„To przez ciebie” otrzymuje moją rekomendację! Muszę przyznać, że były zgrzyty stylistyczne, ale wszystko wynagradza fantastyczna bohaterka z iście brytyjskim poczuciem humoru. Wspaniała!
7/10


piątek, 30 października 2015

Lilka. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska we wspomnieniach i listach - Mariola Pryzwan

Liczba stron - 256
Wydawnictwo MG

Nie lubię Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Jej wiersze są dla mnie całkiem ładnie ujętymi bon motami, ale nie przedstawiają wartości literackiej. Nie odnajduję poezji w opisach ptaszków, kwiatków i romansów. Nawet jeśli, to jest to poezja słaba, nastoletnia bez treści innej niż osobista. Po przeczytaniu wspomnień na jej temat nie lubię jej jeszcze bardziej.

A powinnam ją lubić i rozumieć. Przecież dobrze odnajduję się wśród ludzi lekko zaburzonych, jeśli chodzi o relacje międzyludzkie i takich, którzy żyją sztuką. A jednocześnie irytowało mnie jej oderwanie od świata, to że była ogromnie egocentryczna, że nie widziała nic poza sobą. Niczym dla niej była tematyka społeczna. Do wszelkiej biedy miała podejście na wzór nieprawdziwej wypowiedzi Marii Antoniny „niech jedzą ciastka”. Rozumiem oderwanie od rzeczywistości właściwe każdej artystycznie zorientowanej osobie, ale nie rozumiem totalnego zamknięcia na resztę świata. Mam wrażenie, że gdyby podszedłby do Jasnorzewskiej chory biedak z prośbą o kawałek chleba, ta zmarszczyłaby swój arystokratyczny nosek i odwróciłaby się ze wstrętem. W sumie jedyne co przemawia do mnie w jej osobie jest podejście do macierzyństwa czyli „nie chcę brać na siebie obowiązku rodzenia kolejnych śmiertelników”.

To naprawdę ciekawy zbiór opinii i przemyśleń na temat Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Znała się z całym literackim światkiem Krakowa i nie tylko. Zresztą, ona sama pospołu z rodziną Kossaków tworzyła tę artystyczną bohemę. W związku z tym wypowiadają się o niej literaci, aktorzy, przyjaciele i znajomi parający się sztuką. Z ich relacji wyłania się spójny obraz nimfy, która żyła ponad życiem i nigdy, nawet stopą, nie dotykała codzienności. To osoba, która życie poświęciła na spacerowanie i słuchanie jak rośnie trawa. Zgodnie opisują ją jako osobę zanurzoną w tiulach i muślinach. Uwielbiała stan zakochania, potrzebowała go, by pisać. Jednocześnie była złośliwa i trochę zgorzkniała, często dokuczała Magdalenie i umniejszała talent siostry. Posiadała nadmiernie rozbuchane ego i uważała, że jest niedoceniana. Najciekawiej robi się, gdy mówi się o cechach, które każdy odbierał inaczej. Jedni uważali ją za zmanierowaną, inni za naturalną. Jedni za oszczędną, drugi za rozrzutną. Część uważała ją za przesadnie wyciszoną i bez poczucia humoru, a kolejni za radosną i pełną życia. To właśnie te różnice w odbiorze jednej i tej samej osoby były dla mnie najciekawsze.

Zastanawiam się na ile szczere były niektóre wyznania. Z tego co zrozumiałam wszystkie były wypowiedzenie już po śmierci artystki, więc brzmią jak nadęte panegiryki, gdyż o zmarłych albo w superlatywach, albo wcale. Sporo tekstów nie brzmi zupełnie szczerze. Są oczywiście takie z serca, ale zwykle to te stworzone przez kogoś bliskiego dla samej poetki.

Publikacja Marii Pryzwan to nie tylko tekst, ale również liczne fotografie oraz reprodukcje dzieł plastycznych. Są to te bardziej znane zdjęcia i akwarele, acz bardzo miło było pooglądać i uzupełnić swój ogląd na artystkę także od strony wizualnej. Nie dowiedziałam się z tej publikacji wiele o jej życiu, ale to też nie o to chodziło. Połączyłam wiersze z osobowością. Ba, jej wiersze okazały się nią samą. Zwiewna, różowa, utkana z liryki – taka była.

Wydanie doskonałe. Twarda oprawa, dobrze zreprodukowane zdjęcia i dzieła sztuki. Nie podoba mi się fotografia na okładce. Myślę, że korzystniej dla Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej byłoby, gdyby wziąć zdjęcie z czasów młodości, gdy była eteryczną panną zachwycającą się słowiczym trelem. Pani w średnim wieku widniejąca na okładce wydaje się zbyt zgorzkniała i nie jest to osoba, która tworzy różowa poezję.

8/10

piątek, 9 października 2015

Drugi grób po lewej - Darynda Jones

Jestem w szoku. Myślałam, że nigdy nie polubię tej serii i wzięłam kolejny tom trochę od niechcenia i bez entuzjazmu. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy pod koniec tej książki stwierdziłam, że czas z nią spędzony nie był czasem straconym. 
O ile w poprzedniej części było po równo żartów udanych i nie, tak w tej szala przechyla się w stronę tych udanych. Rzadziej czułam zażenowanie i prawie w ogóle nie pytałam samej siebie, gdy Charley żartowała, o co tej dziewczynie chodzi.

Akcja przyśpiesza, polubiłam bohaterów. Postać główna coraz bardziej mi się podoba, choć jeszcze trochę zostało tzw. sucharów, które wywoływały niesmak. Powoli zaczynam przekonywać się do tej serii, ponieważ udowadnia, że choć zwykle debiuty literackie są słabe, to jeśli bardzo się chce, to można się poprawić, udoskonalić warsztat i stworzyć coś wartościowego.
Możliwe, że losy Charley Davidson nie są póki co moimi ulubionymi, ale kto wie? Może, jeśli pisarka wciąż będzie dokonywała takiego progresu, to wkrótce zajmie szczególne miejsce na mojej półce.
5/10



sobota, 26 września 2015

Sisi. Cesarzowa mimo woli - Allison Pataki

Data wydania: 9 września 2015
Wydawnictwo: HarperCollins

Do tej powieści nie podchodziłam entuzjastycznie. Dlaczego? Ano dlatego że temat ten był wałkowany już miliony razy. Historia Sisi jest tak hollywoodzka, że dzieła na jej podstawie powstają jak grzyby po deszczu. Zwykle jednak to utwory o wątpliwej jakości. O ile filmy są godne poznania, to jednak powieści biograficzne pozostawiają wiele do życzenia. W tym wypadku miałam do czynienia z fikcją literacką na podstawie historii życia Sisi. To bardzo wygodne dla autorki, bo może dowolnie ubarwić prezentowane losy i ja, jako czytelnik, nie mam prawa się jej czepiać. Nie ograniczają jej ramy historyczne, a wręcz przeciwnie może je dowolnie przekraczać bez strachu. Jedyne czym ma się przejmować to opowiedzenie tego, co chce przekazać w sposób ciekawy, porywający i poprawny. I powiem zupełnie szczerze, to się udało!

Jak powiedziałam na początku, życie Elżbiety Bawarskiej było prawdziwie hollywoodzkie. Niespodziewana miłość cesarza, uczucie, cierpienie, ból, strata. To problemy bliskie każdemu człowiekowi, a ludzie lubią czytać o tym, że wyższe sfery cierpią jak każdy. Może właśnie dlatego postać Sisi stała się tak popularna. Bo w swoich problemach, zachowaniu, umiłowaniu wolności była bliska przeciętnemu człowiekowi. Myślę, że dlatego poddani ją kochali, dwór zaś nie cierpiał. Mimo że uwielbiana przez wielu, uznawana za najpiękniejszą kobietę na ziemi to jednak miała problemy. Nie była „boska”, niedostępna, daleka. Na pewno pośród moich czytelników znajdzie się ktoś, kto może pochwalić się problemami z teściową jak Sisi. No może nikt nie odbiera nikomu dzieci (?), ale konflikty matka-teściowa i kłótnie kto lepiej zna się na wychowaniu potomstwa są czymś znanym.

Elżbieta to niespokojna dusza poetki. Szuka poezji w codzienności, pisała liczne utwory poetyckie, które brzmią całkiem nieźle. Nie była pod tym względem dopasowana do swojego męża, gdyż on cenił sobie jedynie parady wojskowe. Surowo wychowany, nie rozumiał potrzeby wolności Sisi. Ogólny brak wsparcia męża był dla bohaterki ogromnym problemem. Samotna i wyobcowana nawet przy mężu, który przysięgał miłość (przecież wziął ją za żonę z czystej miłości), uciekała przed Wiedniem i samą sobą. Chciała choć przez chwilę nie czuć się tak niepotrzebna. Niepotrzebna jako matka, jako żona, jako cesarzowa. Praktycznie każdą z tych ról pełniła matka cesarza. To z nią omawiał sprawy wagi państwowej, u niej szukał wsparcia i porad, żonę spychając do roli pięknego klejnotu. I znów pojawia się kwestia wychowania dzieci i tego, że to właśnie Franciszek powinien sprzeciwić się matce, stanąć po stronie żony w walce o dzieci. Historia Sisi potwierdza ogólnie znaną prawdę. Jeśli matka nie ma dobrej relacji z dziećmi gdy są małe, to później nie jest to do odratowania. Cesarzowa owszem, zaprzyjaźniła się ze swoimi dziećmi, gdy dorastały, jednak wciąż czuła dystans. Prawdopodobnie wymuszona separacja od matki była jedynym z wielu powodów późniejszego samobójstwa syna pary cesarskiej – Rudolfa.

Zależnie od źródeł zdrady Franciszka Józefa były notoryczne lub znikome. W „Sisi. Cesarzowej mimo woli” pisarka podkręca ten problem, sugerując np. że wyjazd cesarzowej na Maderę był spowodowany chorobą weneryczną pochodzącą od męża.

W życiu Elżbiety Bawarskiej było tyle cierpienia, że aż trudno to sobie wyobrazić. Stąd ta plastyczność życiorysu jeśli chodzi o przerabianie ich na dzieła sztuki. Pisarka jeszcze mocniej podkręciła dramatyzm sytuacji, często eskalowała sytuację, tak że sama się dziwiłam, że Sisi daje radę to przeżyć. Do tego wątki romansowe wprowadzone przez autorkę są dość dyskusyjne, aczkolwiek, jak powiedziałam, trzeba być idiotą, by czepiać się nieścisłości historycznych w książce beletrystycznej.

Niegdyś przeczytałam w „Nagiej cytrze” pewne zdanie, które utkwiło mi w pamięci. „To szczęście przynosi mi tyle bólu”. Kwintesencja losów Sisi. Zakochany mężczyzna porzucił dla niej narzeczoną, sprzeciwił się matce, kochał ją nieustająco przez lata. Bo nie uchodzi wątpliwości, że Franciszek Józef swoją żonę kochał bardzo. Ale niespokojnym duszą to nie wystarcza. Potrzebują powietrza, tlenu, nowych wrażeń i akceptacji. Tego władczyni była pozbawiona przez lata. Czy stąd jej problemy z wagą, a raczej mówiąc wprost, domniemana anoreksja? Nikt nie słuchał tego co mówiła, ale w swojej urodzie miała władzę. To była właściwie jedyna rzecz, którą mogła kontrolować w swoim życiu. Nie dość że miała władzę nad samą sobą, to jeszcze nad tłumami, których urzekała uroda królowej.


Polecam, bo to naprawdę dobra książka. Dialogi są poprawne, zaś emocje które wywołują intensywne.
  

środa, 16 września 2015

Tam, gdzie spadają anioły" Dorota Terakowska

Czytałam tę powieść, gdy byłam dzieckiem i niezmiernie mi się wówczas podobała. Wydawała mi się taka głęboka, taka wyjątkowa i filozoficzna. Dlatego też postanowiłam powrócić do tej książki po latach. Jakie wrażenia?
Kiepskie. Powieść nie jest zła, ale teraz nie wydaje mi się wybitna. Taka sobie powiastka z morałem. Infantylna filozofia teraz już mnie nie urzeka. Po raz kolejny dowiedziałam się, że nie warto wracać do herosów przeszłości, ponieważ one są za mną. Powinnam pielęgnować proste dziecięce wspomnienia, zamiast sprawdzać, czy aby na pewno ówczesne dziecko nie obdarzyło uczuciem beznadziejnej książki.
Mam nadzieję, że prędko zapomnę o tym, że niedawno ją czytałam i znów będę pamiętała panią Terakowską jako supermenkę mojego dzieciństwa, która wprowadziła mnie w świat rozważań egzystencjalnych.

6/10

czwartek, 10 września 2015

Prowincja pełna snów - Katarzyna Enerlich

Liczba stron: 288


Taka literatura opowiada o moich pragnieniach. Pozwolę sobie na drobny ekshibicjonizm i wspomnę o tym, że marzy mi się dom, w którym mogłabym przyjmować gości, mieć zioła i przydomowy ogródek. Dlatego z taką rzewnością czytam opowieści o ludziach, którym to już się udało. Mają to, o czym od dawna marzę. To takie książkowe dotknięcie mojego marzenia, a to też jest ważny etap w ich osiąganiu.

Książka zaczyna się z hukiem. Bohaterka dowiaduje się, że jej zmarły mąż nie był jej wierny. I ma ku temu dowód. Pogrobowca. Kobieta jest w szoku. Nie dość, że nie może w spokoju przeżyć żałoby to teraz zaczęła nienawidzić swojego męża. Czuje żal, ból, cierpienie. Do tego poraża ją, jak można być tak bezczelnym, jak kochanka męża, która prosi o pomoc. Nadchodzi również wielkie otwarcie Baby Jogi. Ludmiła boi się, gdyż nie wie, czy sprosta nowemu wyzwaniu. Nie jest pewna, czy poradzi sobie z prowadzeniem pensjonatu. Jednakże, wie, że ma oddanych przyjaciół, którzy bez względu na wszystko jej pomogą.

Oj, piękna to książka. Taka baśniowa, pachnąca ziołami i domowym obiadem. Ma w sobie wiele uroku i jest taka po prostu przytulna. To coś, do czego się chce wracać. Wiesz, że nigdzie nie poczujesz się tak bezpiecznie jak w domu Ludmiły. To dom w pełnym tego słowa znaczeniu. I pod tym względem powieść ta czaruje i wbija się w serce oraz duszę.

Język tekstu bywa momentami pretensjonalny. Autorce bardzo zależy, by przekazać nieco prawd życiowych i często postaci oddalają się od głównej akcji, by pokontemplować swoje życie. Prawdy, z którymi wyłaniają się z lasów często są banalne, ale prawie zawsze afektowane. Do tego dochodzą głupiutkie porównania typu „wieczne jak trawa”. Jak się ma czytelnikowi serwować takie idiotyczne teksty, to lepiej się ugryźć w język, czy w tym wypadku w palce. Te niedojrzałe pseudoprawdy psuły mi radość z lektury. Naturalnie, akceptuję, że w takiej lekko przesłodzonej książce o ucieczce w leśną głuszę muszą być „prawdy”, jakieś zasady dobrego życia, tylko dlaczego aż takie banały?

Fabuła zaczyna się od mocnego tąpnięcia, ale z każdym kolejnym rozdziałem traci rozpęd. Z czasem zaczyna nużyć czytanie o tym, że Ludmiła znów poszła w góry i medytuje nad naturą wszechświata.

Bardzo odpowiadały mi dobrze opisane przepisy na jedzenie. Nie potrafię gotować, ale ciągle nie tracę nadziei, że ja też będę kuchennym master szefem, więc więcej niż pewne, że przygotuje tego typu jedzenie. Zwłaszcza, że potrawy serwowane swoim gościom przez Ludmiłę bardzo mi odpowiadają. Odrzuciłam ze swojej diety całe mięso, podobnie jak główna bohaterka.

Postaci zostały dość dobrze wykreowane. To dla mnie najważniejsze, że bohaterowie zachowują się zgodnie ze swoim opisem. W ich tworzeniu jest pomyślunek, logika oraz konsekwencja. Nie robią nagle zupełnie niespodziewanych rzeczy, tylko zachowują się przewidywanie. Jednakże pisarka i tutaj nie uciekła od egzaltacji. Ludmiła często się wzrusza i wówczas „wybucha płaczem” i rzuca się rozmówcy na szyję przy normalnych rozmowach. Może przesadzam, ale chyba dorośli lepiej powinni panować nad swoimi odruchami i nie być rozdygotaną kupką nerwów. Zwłaszcza, że Pani Enerlich starała się pokazać protagonistkę jako osobę stosunkowo opanowaną i pogodzoną ze światem. Do tego koniecznie chcą być mądrzy i głębocy, więc nasłuchałam się pretensjonalnych komplementów w rodzaju „masz mądre dłonie”. Bo powiedzieć, że masz mądre spojrzenie jest zbyt banalnie, trzeba być lepszym i powiedzieć, że masz mądre dłonie. Co z tego że nie ma to żadnego sensu?

Seria o prowincji pełnej różnych rzeczy nieustannie balansuje na krawędzi debilnego rozegzaltowania. Gdy nie spada w tę emocjonalną dziurę to jest to powieść dobra, ciepła, słodka i pachnąca. Gdy jednak spada to człowiek po prostu nie dowierza, że czyta takiego polskiego Paulo Coelho.

Ludmiła w „Prowincji pełnej snów” chwali prostotę. Książka ta też jest prostą przyjemnością. Dla jednych to wada, dla innych zaleta. Ja się nadal nie mogę zdecydować. „Prowincja pełna snów” ma w sobie wiele magii, jednak sili się na przedstawianie prawd objawionych, które brzmią wybitnie bezsensownie.
4/10

sobota, 29 sierpnia 2015

Prowincja pełna marzeń - Katarzyna Enerlich

Liczba stron: 368
Wydawnictwo MG


Tę serię zaczęłam czytać od tyłu. Nie powiem, że celowo, ale postąpiłam słusznie. Czego by o pani Enerlich nie mówić to jednak się rozwija. Pewnych wyróżników swojej twórczości się nie pozbędzie, jednakże widać dużą różnice między pierwszym tomem a siódmym. Gdybym zaczęła czytać, po bożemu, od początku to szybko bym się zniechęciła, bo „Prowincja pełna marzeń” jest infantylna, źle napisana i po prostu głupia.

Ludka to kobieta po 30, która ma pracę, którą lubi i spokojne życie. Niestety, w pracy następują zmiany kadrowe przez co staje się podwładną wrednego Artura. Nowy zwierzchnik stara się jej utrudnić pracę ze wszystkich sił. Kobieta nie załamuje się jednak i postanawia walczyć. Warto dodać, że wokół niej kręcą się liczni adoratorzy, a każdy ma coś innego do zaoferowania. Kogo wybierze?

Chyba każdy słyszał o lawendowych polach Prowansji, czy włoskich stokach skąpanych w promieniach słonecznych. I tutaj pragnę postawić pytanie - czy polską, swojską przyrodę też da się opisać tak barwnie i rozkosznie? Czy polskie mazury mogą być rajem na ziemi? Katarzyna Enerlich próbuje zaprezentować rodzime krajobrazy jako raj na ziemi, ale wychodzi jej to z marnym skutkiem. Zabrakło w tej powieści autentycznego prowincjonalnego charakteru, prawdziwej małomiasteczkowości. Doceniam starania. Na pierwszy rzut oka widać, że pisarka chciała oddać hołd swoim rodzinnym stronom, jednakże momentami było zbyt wiele historii. Akcja powieści była powolna, a historyczne wstawki jeszcze bardziej ją spowalniały, za sprawą czego brnie się przez tę powieść jak przez błoto. Opowieści o jedzeniu są zaś bardzo niezgrabne, wymuszone i nieciekawe. Mam wrażenie, że autorka chciała połączyć powieść obyczajową z panegirykiem Mazur. Wyszło z tego dziwne połączenie nudnej literatury dla gospodyń domowych z kiepską książką kucharską i jeszcze gorszym przewodnikiem po krainie jezior.

Główna bohaterka jest dziennikarką, więc można by uznać, że z językiem polskim jest za pan brat. Tak jednak nie jest. Enerlich daje czytelnikowi wątpliwą przyjemność słuchania rozważań Ludmiły w narracji pierwszoosobowej. Tym sposobem poznałam nie tylko wiele jej głupiutkich myśli. Dowiedziałam się, że dziennikarka wcale nie musi znać słowa „target”. Jak również tego, że kobieta po trzydziestce wcale nie musi być dorosła i o zgrozo zdarza jej się uprawiać seks. Koleżanki Ludmiły nie były tego świadome, co sprawiło, że Ludka często się rumieniła. Wszak to takie upokarzające – seks! Przy tym wszystkim główna bohaterka jest rozwiązła i dość głupia. Nie, wcale nie dlatego że sypia z wieloma mężczyznami. Nie jestem z tych oceniających. Jest głupia i rozwiązła, bo sypia z każdym, kto tylko sobie tego zapragnie. Nie ma znaczenia, czy go lubi, czy jest nim zainteresowana, czy jej się podoba. Stoi mu penis? Wystarczy. A że wokół protagonistki kręci się wielu dżentelmenów to kobieta nie nadążą z rozkładaniem nóg. To postać bez charakteru, własnego zdania (co z tego że krzyczy na swojego naczelnego, skoro nie jest w stanie odmówić seksu, gdy go nie chce?) i szacunku do samej siebie. Całe szczęście, że choć trochę dojrzewa w kolejnych częściach, choć ta niestabilność emocjonalna jej zostaje. Kobieta nie posiada również poczucia humoru, przez co całokształt jest ciężki i męczący.

O tych pseudomężczyznach to już w ogóle nie powinnam wspominać. Jeden gorszy od drugiego. Każdy jeden bez rozumu, polotu i umiejętności wychwytywania żartów. Wszyscy wszystko biorą w stu procentach poważnie i jeszcze Enerlich życzeniowo pisze, że Polacy są tacy spontaniczni. Na pewno nie jej bohaterowie, którzy nie potrafią rzucić nawet najdrobniejszym żartem.

Dialogi są sztuczne, wymuszone, prowadzone przez roboty. To pokłosie braku poczucia humoru oraz kiepskiego prowadzenia narracji. Czytelnika też traktuje się jak idiotę i tłumaczy najprostsze pojęcia. Do tego ten wątek miłosny... Jest tak dziecinny, że głowa mała. Chyba w żadnej młodzieżowej powieści nie czytałam takich bredni. To wręcz wstyd, by pisać takie kiepskiej jakości bajki.

Później będzie lepiej, obiecuję. Nie jakoś bardzo, wciąż będzie infantylnie i nudnawo, ale za to bardzo magicznie. Nastrój w tej serii stworzy się z czasem. Jeśli tylko wytrzymacie to polecam osobom, które pragną magii w swoim codziennym dniu. Wiem, że niektórym potrzeba trochę pretensjonalnych marzeń i nie ma w tym nic złego.

3/10

sobota, 22 sierpnia 2015

Zakon mimów - Samantha Shannon

Data wydania: 22 kwietnia 2015
Tłumaczenie: Regina Kołek

Trudno wyrazić, jaki zachwyt poczułam nad debiutem Samanthy Shannon. „Czas żniw” broniło się każdym aspektem – językiem, nowatorskim pomysłem na świat przedstawiony, doskonale wykreowanymi bohaterami, wartką akcją, po prostu wszystkim. Chciałam czym prędzej dowiedzieć się, jak potoczą się losy Paige, dlatego też kartki pierwszej części niepostrzeżenie przesuwały się między palcami. Nic więc dziwnego, że miałam wygórowane oczekiwania względem kontynuacji. Czy „Zakon mimów” je spełnił? Nie.

Po tym jak Paige objęła przywództwo rebelii w Szeolu I wraca do Londynu. Można rzec, że rewolta zakończyła się fiaskiem. Przeżyła tylko garstka rebeliantów, a główna bohaterka musi wrócić pod władzę swojego mim-lorda. Stara się ostrzec swoich współtowarzyszy o zagrożeniu ze strony Rafaitów, jednak bezskutecznie, gdyż nikt nie chce jej słuchać. Czy syndykat uwierzy śniącej wędrowczyni?

Przede wszystkim „Zakon mimów” jest jednostajny i monotonny. Shannon przenosi miejsce akcji z powrotem do Londynu. Skupia się wokół jednego miejsca i wokół ciągle tych samych osób, którzy raczej nie działają, lecz rozmyślają i delikatnie obracają się wokół własnej osi. Wydarzenia przyśpieszają dopiero po 200 stronach, ale ja już byłam tak mocno zirytowana, że nie mogłam się wbić w rytm książki. „Zakon mimów” nie jest zły, jednakże w porównaniu z „Czasem żniw” powieść wypada słabo. Nie wciąga w wir zdarzeń, nie porusza tak jak pierwsza część. Drugi tom był przeze mnie wyczekany. Czekałam na niego jak na szpilkach. Po „Zakonie mimów” nie czuję już takiej przemożnej potrzeby poznania dalszych losów Paige. Ta dość nieudolna kontynuacja ostudziła mój zapał do całej serii.

Brak było klimatu Londynu. W „Czasie żniw” czuło się strach, niepokój, uwięzienie. W „Zakonie mimów” też było czuć pewnego rodzaju osaczenie, ale przede wszystkim odczuwało się znużenie i pragnienie, by coś się w końcu stało. Cokolwiek, bo marazm był nie do zniesienia. Mimo wszystko wciąż podziwiam wielką kreatywność autorki. Nigdzie indziej nie spotkałam się z takim światem przedstawionym i wciąż doceniam niesztampowość. Pisarka stworzyła niestandardowy świat, bardzo złożony i przemyślany w najdrobniejszym szczególe. W tym tomie jeszcze głębiej wniknęła w polityczne zagrywki. To na nich się skupiła, nie zaś na dynamicznej akcji. Pewnie niektórym się to spodoba, mnie to spowolnienie raczej zirytowało. Już wiedziałam, że miejsce akcji to świat pełen szemranych interesów i układów, na które szary człowiek nie ma żadnego wpływu, jednak autorka wciąż czuję się w obowiązku to przypominać.

Paige straciła trochę mojej sympatii. Wciąż jest podobna do samej siebie z pierwszej części, jednakże zmiany, jakie w niej zaszły nie są wcale pozytywne. Nie cechuje się już bezkompromisowością, stała się konformistyczna. Nie ufa nikomu, ale koniec końców i tak powierza swoje życie nieodpowiednim osobom. Snuje się jak cień po Londynie, starając się wymyślić sposób, by coś zmienić. Koniec końców z tego myślenia nic konstruktywnego nie wynika. Uważam, że protagonistka, po tym co przeszła, powinna być rozsądniejsza, bardziej opanowana. Czy świat wciąż nie nauczył jej, że nie można podejmować decyzji pod wpływem impulsu? Reszta postaci wciąż jest doskonale wykreowana. Są to osoby wiarygodne, ważne dla fabuły, do tego, jak wszystko inne w tej powieści, bardzo skrupulatne przemyślane.

Język tekstu wciąż jest dobry. Zupełnie poprawny i bardzo się cieszę, że tak młoda osoba tak sprawnie posługuje się piórem. Gdyby tylko potrafiła wyważyć polityczne aspekty książki z prędką akcją, to powieść byłaby tak samo genialna jak jej poprzedniczka. Możliwe, że to chwilowy spadek formy, że pisarka tylko chciała przybliżyć polityczną stronę Londynu. Mam szczerą nadzieję, że w kolejnych tomach serii „Czas żniw” autorka wróci do tego, co najlepsze w jej twórczości.
6/10

niedziela, 16 sierpnia 2015

Kres królów - Philip Gooden

Królową Elżbietę, we współczesnych powieściach historycznych, opisuje się jako jedną z potężniejszych władczyń. Silną, niezależną, wielką po prostu. Ale wielcy ludzie też spadają z piedestałów. A nawet zwyczajnie się starzeją, a wraz z młodością ich wielkość odchodzi. Taką spadającą gwiazdę zaprezentował Philip Gooden.

Philip Gooden to były nauczyciel, mieszkający obecnie w Bath. Jest autorem cyklu książek o Nicku Revillu, powieści historycznych, których akcja toczy się w Londynie za Elżbiety I i Jakuba I w latach działalności szekspirowskiego teatru Globe.
Może część z czytających pamięta panikę na początku 2000 roku. Świat miał się skończyć i o wiele więcej osób wierzyło w to bardziej niż w rok 2012. O dziwo, jak się dowiedziałam, strach przed pełnymi datami to nie wymysł współczesności. Takie terminy napawały ludzi zabobonnym strachem. Tak też było za panowania Elżbiety I. Poddani spodziewali się końca świata albo pewnej epoko. Ci, pozbawieni katastroficznych wizji, sądzili, że coś się gwałtowanie zmieni. Zapowiadał to także coraz bardziej sędziwy wiek królowej Anglii. Pikanterii w walce o tron dodaje fakt, że Elżbieta nie ma potomków. Wszystko wskazuje na to, że imperium, które stworzyła zachwieje się w posadach.

Główny bohater Nick Revill to aktor. Aktualnie gra w sztuce Shakespeare'a „Ryszard II”. Odzwierciedla ona obawy społeczeństw w tamtym okresie. Przez to Nick zostaje porwany, a raczej „porwany” przez osoby, które interesują się śmiercią królowej... Za sprawą tego protagonista zostaje wciągnięty w wir dworskich intryg.

Książka pozbawiona jest archaizacji języka. Styl tekstu jest współczesny i nie ma co tu kryć, nie przenosi w przeszłość. Za to główny bohater relacjonuje zdarzenia z lekkością i swadą. Nie wszystkie jego żarty i uwagi mnie bawiły, ale doceniam animusz tej postaci. Nie wczułam się w historię tak jak powinnam. Jednakże sama w sobie historia opowiedziana na kartach tej powieści jest interesująca i wciągająca. Oceniam ją jak najbardziej pozytywnie. Czytadło, pewnie wielu spodoba się ciekawe połączenie polityki z teatrem.

5/10

wtorek, 11 sierpnia 2015

„40 batów za spodnie” Lubna Ahmad Al-Hussein

Liczba stron: 192

Sudan to kraj taki egzotyczny dla Europejczyków. Prezydentem jest Omar al-Baszir, który w 1991 roku wyprowadził szarijat jako obowiązujące prawo. Powołał też policję obyczajową, która stoi na straży moralności obywateli, a głównie obywatelek, wszak wiadomo że kobiety łatwiej ulegają podszeptom diabelskim. Artykuł 52 sudańskiego kodeksu karnego mówi o tym, że:
„Ktokolwiek w miejscu publicznym popełni nieprzyzwoity czyn lub czyn skierowany przeciwko moralności, lub nosi nieprzyzwoite ubranie, niebędące w zgodzie z nakazami przyzwoitości, urażając tym uczucia innych, zostanie skazany na karę czterdziestu batów, na karę pieniężną lub na obie te kary jednocześnie. Czyn kwalifikuje się jako nieprzyzwoity, jeśli jest za taki uznawany przez doktrynę religijną sprawcy lub przez zwyczaje panujące na terenie, na którym czyn miała miejsce".
Definicja bardzo szeroka. Konkludując ktokolwiek uzna, że jego zachowanie go uraziło, ma prawo złożyć skargę. Nikt tak naprawdę nie sprecyzował, jakie to konkretnie nieprzyzwoite postępowanie. Brak wytycznych powoduje chaos, który skutkuje totalną samowolką. Do więzienia można trafić za wszystko. Najdrobniejszy gest może być uznany za nieprzyzwoity, fakty zostać zinterpretowane w dowolny sposób, a świadkowie znajdą się zawsze, by kogoś pognębić w imię boga. „40 batów za spodnie” to nie tylko historia Lubny, ale też wszystkich skrzywdzonych w Sudanie kobiet, które zostały skazane powodu wyimaginowanego oskarżenia. Bez żadnego uzasadnienia kobieta może zostać zabrana z ulicy i zawieziona na badanie dziewictwa. Jeśli takowego nie posiada trzeba musi czekać, aż ktoś z rodziny dowiezie zaświadczenie o małżeństwie.

Lubna Ahmad Al-Hussein to sudańska dziennikarka i pracownica ONZ. Jest wyznawczynią Islamu, którą nieustająco uważa za religię pokoju. W 2009 roku na rodzinnym przyjęciu włożyła długie, luźne spodnie. Do restauracji wpadła policja obyczajowa i zgarnęła ją i jej rodzinę. Wszystkim kobietą noszącym spodnie wymierzono karę 40 batów, ale Lubna się sprzeciwiła. Chronił ją ONZ-owski immunitet. Nagłośniła sprawę, zainteresował się nią Amnesty Internacional.

Pisarka skupia się nie tylko na tym wydarzaniu, ale czyni samą sobie główną bohaterką reportażu. Opisuje całe swoje życie, które jest ściśle powiązane ze zmianami na wysokich szczeblach w Sudanie. Opowiada o dramatycznych przeżyciach, tak jak obrzezanie. I nie, takie krzywdzenie kobiety to nie są incydentalne przypadki w małych, zabitych deskami wioskach. Pisarka udowadnia, że wykształcone osoby, by zwiększyć powodzenie życiowe swoich córek dokonują na nich tego barbarzyńskiego rytuału. Lubna zna także proste matki bez dyplomu czy choćby jednej szkoły, które pomny swoich cierpień nigdy nie pozwoliłyby, by ich córki zostały obrzezane. Wykształcenie nie jest żadnym gwarantem. Obrzezanie nie jest obrządkiem tylko wśród ortodoksyjnych wyznawców Islamu. To powszechna praktyka mająca na celu trzymać córeczki na krótkiej uwięzi aż do ślubu.

Mimo iż prawo szarijatu skrzywdziło tak wiele osób, autorka wciąż wierzy w słuszność swojej religii. Według niej to ludzie wypaczyli tę ideologię. Często podkreśla, że w Koranie nie ma żadnych nakazów noszenia hidżabu. Wiele innych przepisów z prawa szarijatu dziennikarka bojkotuje, gdyż w jej religia nic o tym nie mówi. Nie rozumie, dlaczego pewne „nieprzyzwoite” czynności dozwolone są dla mężczyzn. I nikt nie potrafi jej tego wytłumaczyć. Jak żyć, pyta Lubna, w kraju gdzie prawo sankcjonuje morderstwa, tortury, kary cielesne?

Książka jest kiepsko wciągająca. Pisarka opowiada po trochu o wszystkim, czyli tak naprawdę o niczym. „40 batów za spodnie” to bardzo osobisty reportaż i wielki emocjonalny ekshibicjonizm. Byłam przygotowana raczej na obiektywny reportaż, a nie na głośny krzyk Lubny, która domaga się swoich praw.

Język tekstu jest bardzo potoczny, publicystyczny, raczej dziennikarsko-publicystyczny niż literacki. Mocno nacechowany emocjonalnie. Autorka książki zawsze ustosunkowuje się do tematu, nie ma w niej grama obiektywizmu.


Myślę, że człowiek, nawet taki żyjący jak ja bez telewizora, powinien orientować się w świecie. Po przeczytaniu tej książki stwierdziłam, że cała moja walka o prawa kobiet w Polsce jest tak naprawdę niczym. Polskie problemy to problemy pierwszego świata, a kobiety w Sudanie codziennie przeżywają dramaty. Trzeba wiedzieć, że nie wszędzie jest różowo i kolorowo, że gdzieś tam na świecie jakaś kobieta zostanie wyklęta przez rodzinę, porzucona przez męża, zamordowana przez brata, bo otrzymała 40 batów za spodnie.  

sobota, 1 sierpnia 2015

"Człowiek, który był Chestertonem" Krzysztof Sadło

Liczba stron: 144

W ramach poszukiwań chrześcijańskiego myśliciela, którego będę tolerować, wyjąwszy C. S. Lewisa, postanowiłam, że zapoznam się z Gilbertem Keithem Chestertonem. Jednakże uznałam, że nie dam się oszukać lub zirytować i najpierw poznam ogólnikowe poglądy myśliciela nim zagłębię się w jego utwory. Pech chciał, że na wikipedii (współczesne źródło podstawowej wiedzy) niewiele znalazłam na jego temat. Stąd ta krótka biografia. Dzięki niej mogłam poznać i przygotować się do ewentualnego czytania utworów Chestertona. Postąpiłam bardzo słusznie, ponieważ jego postać mnie zirytowała i wyjątkowo rozdrażniła. Nawet jeśli widzę w jego osobie kilka plusów, to jednak jak większość chrześcijańskich myślicieli nie odpowiada mi. Z tego co wnioskuję G. K. Chesterton to wybitny pisarz o przenikliwym umyśle i niesztampowych poglądach. Ponoć jego dzieła bardzo lubi papież Franciszek. 21 sierpnia biskup Peter Doyle podjął starania, by pisarz został beatyfikowany. „Człowiek, który był Chestertonem” autorstwa Krzysztofa Sadły opisuje sylwetkę chrześcijańskiego myśliciela i prezentuje go jako proroka naszych czasów. Pan Krzysztof Sadło to katolicki ewangelizator i publicysta, z wykształcenia zaś to politolog. Specjalizuje się w filozofii polityki, chrześcijańskiej apologetyce i katolickiej nauce społecznej. Zajmuje się badaniem G. K. Chestertona, jak również spuścizny teologiczno filozoficznej Benedykta XVI. Urodził się w 1987 roku.

Pominę informacje dotyczące roku urodzenia Chestertona i inne tego typu rzeczy, ponieważ jeśli ktoś chce i pragnie go poznać, odnajdzie je sam, choćby w niniejszej biografii. To czołowy angielski intelektualista obok np.: swojego przyjaciela Bernarda Shawa, czy też Wellsa. A szkoda, bo w dzisiejszych czasach Chesterton byłby bardzo na czasie. Otóż, można powiedzieć, że był libertarianinem, stanowczo przeciwstawiał się socjalizmowi, ale również demokracji. Czyli był kimś w rodzaju Janusza Korwina Mikkego swoich czasów, choć nie mówił tak często o gwałceniu kelnerek.

Wszystko zaczyna się jak typowa biografia. Poznałam datę urodzin, śmierci, wychowanie i wpływ na G.K. Chestertona. Następnie dowiedziałam się, jak pogardzał sufrażystkami, bronił ognisk domowych i o tym, że chrześcijańska ortodoksja uratuje świat. Reasumując w drugim rozdziale pan G. K. Chesterton przedstawiony zostaje przez Krzysztofa Sadło jako apologetę Kościoła Katolickiego i sprzeciwia się wszystkiemu, co nowe. „Człowiek, który był Chestertonem” prezentuje poglądy rzeczonego artysty i jego podejście do takich zjawisk jak imperializm czy też patriotyzm. Był zaciekłym przeciwnikiem kosmopolityzmu i zwolennikiem nacjonalizmu. Na koniec dowiedziałam się, że pan Chesterton był zwolennikiem pojawienia się Polski na mapach świata.

G. K. Chesterton uwielbiał Św. Tomasza z Akwinu, zaś Średniowiecze uważał za rozkwit kultury umysłowej. Jako feministka przypomnę tylko, że Św. Tomasz uważał kobiety za błąd natury:
Zarodek płci męskiej staje się człowiekiem po 40 dniach, zarodek żeński po 80. Dziewczynki powstają z uszkodzonego nasienia lub też w następstwie wilgotnych wiatrów. Kobiety są błędem natury... z tym ich nadmiarem wilgoci i ich temperaturą ciała świadczącą o cielesnym i duchowym upośledzeniu... są rodzajem kalekiego, chybionego, nieudanego mężczyzny... Pełnym urzeczywistnieniem rodzaju ludzkiego jest mężczyzna.”
To tak gwoli wyjaśnienia.

Zdecydowanie pozostanę prze C. S. Lewisie, który to jako jedyny potrafi pisać o chrześcijaństwie tak, by mnie nie rozdrażnić, a pokazać, że Katolicyzm to piękna i wzniosła idea. Na pewno komuś może się spodobać twórczość Chestertona, podobnie jak ta biografia. Papież Pius XI uznał go za bardzo wartościowego pisarza i obrońcę wiary. Nie wiem, czy jest to zachęcające, gdyż to ten sam papież, który Mussoliniego określił tak:
Mussolini to cudowny człowiek. Słyszycie mnie? Cudowny człowiek! Niedawno się nawrócił. Wyszedł ze skrajnej lewicy i ma siłę napędową neofity... Do niego należy przyszłość.”
Trochę przerażające w obliczu o dogmatu o nieomylności papieża.
Mam wrażenie, jakby Pan Krzysztof Sadło chciał wystawić laurkę i zaprezentować osobę, która powinna być wyniesiona na ołtarze już za życia. Przyznaję, że osobowość miał ciekawą, a bezkompromisowość cenię zawsze, nawet jeśli ktoś ma poglądy przeciwstawne do moich. Myślę, że dzieł dotyczących kościoła i religii nie przeczytam, ale za to kryminały jak najbardziej.

sobota, 25 lipca 2015

Filmowo po raz trzeci


„K-pax”
Do szpitala psychiatrycznego trafia mężczyzna, który twierdzi, że jest kosmitą...
Całkiem przyjemny. Poruszono wiele istotnych tematów. Ja należę do tych, którzy przyjmują bardziej prawdopodobną wersję, gdyż, jak dla mnie, wszystko zostało na końcu wyjaśnione i nie ma co marzyć i wymyślać. Wspaniała rola głównego bohaterka – idealnie dobrany aktor, który promieniował wręcz nieziemskim dobrej i ciepłem. 7/10






„Piękność dnia”
Młoda żona Severine nie pragnie swojego męża. W snach przeżywa masochistyczne wizje. Zmęczona, niezaspokojonym pożądaniem zaczyna pracować jako prostytutka.
Coś fantastycznego! Gotowy materiał do rozważań dla psychoanalityków. Aż trudno mi w, z założenia, tak krótkim tekście omówić wszystkie wątki i symbole.
Mocno zastanawiający jest dla mnie motyw dzwoneczków – czy symbolizują one wejście w stan głębokiego snu?
A kot? „Nie wypuszczaj kotów” - przewija się to przez cały film. Oznacza to, że symbolizują poczucie winy głównej bohaterki? A może raczej tłumione pożądanie, które pragnie wylać się wielką falą. Kot symbolizuje kobiecość (pochwę?), ale także sen. To zaś sugerowałoby, że cały film jest tylko oniryczną wizją Severine.
Zaś symbol powozu nastęcza mi najwięcej kłopotu.
Jeśli ktoś oglądał i chciałby ze mną podsukutować na temat rozbudowanej syboliki w tym filmie to serdecznie zapraszam, bo sama mam mętlik w głowie po nim.
8/10




„Bękarty wojny”
Genialny! Obśmiane zostały typowo amerykańskie zabiegi czyniące filmy wojenne sieczką dla ubogich umysłów. 9/10

niedziela, 19 lipca 2015

"Epoka hipokryzji" Kamil Janicki

Czy rozkosze były dozwolone kobietom w dawnych epokach?
Może to prowokujące pytanie, ale myślę, że zadane słusznie. Wokół minionych epok nawarstwiły się mity, które aż proszą o odbrązowienie. Kamil Janicki podjął się tego zadania i wyszedł z tej batalii zwycięsko. Stworzył ciekawą książkę o dużej wartości naukowej. Sam pisarz jest historykiem, autorem licznych publikacji odkłamujących przeszłość. Dawniej był tłumaczem książek popularnonaukowych. Teraz kieruje portalem ciekawostkihistoryczne.pl, jest również kierownikiem redakcji Znak Horyzont. Często publikuje swoje teksty w gazetach popularnonaukowych np. Fakt historia czy też Gazeta Wyborcza. Najchętniej bada życie codzienne w minionych wiekach, a jego ulubioną bohaterką przeszłości jest Bona Sforza. Pochodzi z Krakowa i jest częstym gościem radia Kraków czy też Tok FM.

Odpowiadając na pytanie - przed wojną nie. Panował wówczas kult podwójnej moralności. Było to wówczas dobrze przyjęte, ażeby chłopiec uczył się pod okiem ojca , jak działa kobieta, w domach publicznych. Uważano, że dobrze wpływa to na zdrowie mężczyzny – pozwala pozbyć się migreny, czy też nadmiernego zdenerwowania. Lekarze zapisywali chodzenie do burdeli na recepty. Wnioskowano wówczas, by powstały „dobroczynny domy publiczne dla ubogich studentów”. Prostytutka była filarem życia społecznego.

Z kobietami było inaczej: zapewniano je, że by być godną swojego męża musi być anielsko czysta i dziewicza. Dlaczego? Oprócz męskiej hipokryzji powodem mógł być strach przed chorobami. Kiła, rzeżączka i syfilis siały spustoszenie. Dlatego też mężczyzna, by mieć pewność, że nie zarazi się taką chorobą wolał mieć za żonę dziewicę. Do tego warto przypomnieć podstawowy powód kultu dziewictwa, na którym to opierał się cały patriarchalny model rodziny – mężczyźni potrzebowali pewności, że dziecko jest ich. Co do samego stosunku w okresie przedwojennym to np. lekarze w Niemczech odradzali wszelkie pieszczoty, całusy lub objęcia. Dopiero na Drugim Zjeździe Kobiet Polskich Zofia Nałkowska ośmieliła się powiedzieć „chcemy całego życia”.

Co się potem stało? Po IWŚ z pejzażu miejskiego znikła instytucja przyzwoitki. Kobiety mogły już samodzielnie bywać w restauracjach i na ulicach. W czasie XX-lecia międzywojennego nastąpiła prawdziwa rewolucja seksualna. Kobiety zapragnęły mieć przyjemność z seksu, a także wypróbowywać partnerów przed ślubem. Pojawiło się coś takiego jak „chodzenie z chłopcem”, które było kolejnym etapem przed narzeczeństwem w drodze do ślubu. Dama, która sypiała z kawalerem, z którym potem się rozstała, nie była już zhańbiona na całe życie.

„Epoka hipokryzji” to książka, która w kompleksowy sposób prezentuje tło obyczajowo-społeczne II Rzeczpospolitej. Autor używa poprawnego, popularnonaukowego języka, często wplata anegdotki np. na temat swojej żony. Przenikanie tekstów źródłowych ze współczesnym językiem autora jest wyjątkowo płynne, nie ma żadnego narracyjnego zgrzytu. Książka jest wnikliwa, poparta licznymi źródłami z epoki. Do tego uzupełniona pięknymi ilustracjami, które w cudowny sposób dopełniają tekst.

Od zawsze wiedziałam, że historia nie jest nudna. A ciekawostkihistoryczne.pl potwierdzają moje przekonanie. Czekam na kolejne dzieła spod ręki tej strony. Przyznam szczerze, że jednak czytelnik musi żywić jakieś umiłowanie do historii, gdyż bez tego, taka publikacja, nawet o seksie, wyda mu się nużąca i przeładowana informacjami. Jeśli kogoś bardzo interesuje ten temat to na końcu dzieła pana Kamila Janickiego znajduje się bibliografia, która pomogła mu w opracowaniu tematu. Liczy przeszło 30 stron, więc jest w czym wybierać.

8/10

wtorek, 14 lipca 2015

"Dom z witrażem" Żanna Słoniowska

Data wydania: 16 lutego 2015
Liczba stron: 304

Nie wiem, co mam napisać. Siedzę przed komputerem i biję się z myślami, jak zaprezentować tę genialną książkę. Każda cecha tej powieści, która dla mnie jest zaletą, dla kogoś innego może być wadą. Nie wiem nawet, od której strony uchwycić cały ten kunszt literacki pisarki oraz maestrię, z którą łączy losy trzech pokoleń na tle przemian społecznych.

Osią wydarzeń jest pewna rodzina. Prababka, babka, matka i córka. Nie jest to przesłodzona saga rodzinna, gdzie wszyscy się rozumieją, a relacje są ukazane jako wzorcowe. Można by rzec, że uczucia jakimi siebie darzą są co najmniej ambiwalentne. Mają do siebie wiele zadawnionych żali. Powieść rozpoczyna się mocnym akcentem – śmiercią matki, która była zaangażowana w antykomunistyczny ruch oporu. Uznawała się za Ukrainkę z wyboru.

Nie potrafię dobrze opisać wstępnie fabuły, ponieważ jest ona rozczłonkowana, zupełnie nielinearna. Nie ma logiki w układzie zdarzeń, ale mimo to, prędko się okazuje, że tworzą one spójny obraz. Jak na witrażu. Kolorowe szkiełka tworzą jednolitą całość, choć na pozór są do siebie nieprzystające. Porusza tak wiele aspektów, że może się komuś wydawać, że żadnemu z nich nie poświęca wystarczającej ilości czasu. Ja nie miałam takiego wrażenia. Każda historia jest niedopowiedzeniem. Autorka nie próbuje konkludować wydarzeń, nie stara się wysnuwać ponadczasowych wniosków. Po prostu zaznacza poszczególne wydarzenia i ich nie komentuje, tylko relacjonuje uczucia. A i te relacje są mocno stłumione, jakby przyćmione historyczną mgłą. Dzięki takiemu niechronologicznemu układowi, pisarce udało się oddać motywy postępowania. Odkrywać je, zamiast serwować czytelnikowi wprost. Najpierw widziałam skutek, potem drążyłam w poszukiwaniu przyczyny.

W „Domu z witrażem” mieszkają tylko bohaterki. Mężczyźni przychodzą i odchodzą, ale to kobiety zostają, one walczą i staraja się bronić przed „obcym” czyli mężczyzną. To jest damska powieść o sile kobiet, ale z drugiej strony o strachu przed tworzeniem damsko-męskich więzi. Każda z bohaterek tej książki nie tworzy trwałych relacji z mężczyznami, bo nie ma po co. Jeśli przyjdzie co do czego, to wsparcia będzie mogła szukać tylko w swojej (damskiej) rodzinie. Nawet jeśli pojawia się relacja z mężczyzną to albo jest oparta na seksie, albo na cierpieniu. Mężczyźni mogą być tylko albo żałośni, albo brutalni. Zazwyczaj jedno i drugie naraz. Nawet Ukraina jest kobietą, która nienawidzi mężczyzn. To matka oziębła, mroczna, taka która nie okazuje miłości ani uczucia, a wymaga wiele.

Opisy w tej powieści są niesamowite. Tyle poezji w jednej małej książece. To niewiarygodne! Lwów został pięknie scharakteryzowany. Bardzo lubię, gdy piękno jest w stanie rozkładu. Gdy kamieniczki się rozkładają, gdy nic nie jest pewne, czy to jeszcze jest piękne, czy już szpetne. Niektórzy zapewne uznają Lwów za zniszczony i pozbawiony uroku. Dla mnie jego rozkład jest podstawą tego uroku właśnie. Autorka serwuje także wiele przemyśleń na temat polityki, sztuki i innych. Polityka i sztuka najczęściej się przeplatają, tworząc niejednoznaczną całość. Na pewno ciekawą, trochę brutalną, a trochę smutną. Język tekstu jest nieoczywisty. Praktycznie każdy wątek zostaje urwany wpół, niedopowiedziany, zawieszony w czasie. Emocje są stłumione. Wydaje się, jakby narratorka, czyli córka, nic nie czuła, gdyż mówi o tym, co przeżyła z ogromnym dystansem. Opowiada o swoich próbach wyrwania się spod legendy swojej matki z powściągliwością, co wzmaga smutek opowieści.

Polecam osobom, które interesują się historią współczesnej Europy wschodniej. Książka jest piękna, ale powinno się ją absorbować, posiadają wiedzę historyczną, gdyż pisarka wychodzi z założenia, że czytelnik wszystko wie i wszystko rozumie. Powieść o wszystkim i o niczym. O ludziach, o kobietach, o mężczyznach, o narodzie. O tym jak uwolnić się od historii i jak ją ocalić. O tym czy warto w ogóle ocalić tę historię. Czy lepiej uwolnić się od więzów przeszłości, czy też wręcz przeciwnie – pielęgnować i mityzować przeszłość.

8/10

niedziela, 5 lipca 2015

"Wiem o tobie wszystko"

Liczba stron: 416
Data wydania: 18 lutego 2015

Co zrobić, gdy wiesz, że dzieje się coś złego, niebezpiecznego, przerażającego, a świat ci nie wierzy? Potraficie sobie wyobrazić tę bezsilność, gdy ty czujesz się zagrożona/y, a świat wmawia ci, że to niewinne żarty? Czy potraficie wczuć się w strach osoby, której obawy są wyśmiewane przez ludzi, którzy winni jej pomóc?

Stalking stał się prawie tak popularnym słowem jak gender (no może przesadzam).Nagle okazało się, że nie trzeba gościć na pierwszych stronach gazet, by stać się ofiarą psychopaty. Każdy może wpaść w oko osobie chorej psychicznie i doświadczyć prześladowania. To pojęcie weszło do codziennych dyskusji. Cieszę się, że temat zagościł na salonach. Jednakże, władze nie nadążają za zmieniającym się światem. Świadczy o tym ta książka, w której to został poruszony temat policji, która nie wierzy, nie pomaga, dystansuje się i zrzuca winę na ofiarę. W sumie to czego się spodziewać, jeśli wszyscy wiemy, jak traktuje się ofiary gwałtu. Ja się bardzo cieszę, że taki problem został poruszony i został zaprezentowany z perspektywy ofiary. Szkoda tylko że książka ta została napisana przez debiutantkę i to czuć.

Ale opowiem teraz co nieco o fabule. Clarissa poszła tylko na spotkanie autorskie kolegi doktoranta - Rafe'a. Nie wie, jak to się stało, ale wylądowała z nim w łóżku. Budzi się rano nic nie pamiętając, mając otarcia na ciele, wielki ból głowy i poranione krocze. Rafe zaś jest zachwycony i myśli, że Clarissa będzie już tylko jego. Natomiast główna bohaterka chce to wydarzenie usunąć ze swoich myśli. Wstydzi się pójść na policję i ma nadzieję, że już nigdy nie spotka swojego „kochanka”. A fakty przedstawiają się inaczej. Rafe jest wszędzie. Wszystko widzi, zawsze patrzy, słyszy każde słowo. Równolegle do tego wątku, Clarissa uczestniczy w rozprawie prostytutki, która została zgwałcona.

Jak podkreśliłam na początku to bardzo ważne, by tego typu tematy były poruszane. Literatura to jedna z dziedzin, w której sprawy społeczne mogą zostać zaakcentowane, zaś negatywne postawy napiętnowane. Jeśli chodzi o samą książkę mogę powiedzieć, że to całkiem poprawna opowieść. Historia jest prosta, zahacza wręcz o banalność. Wszyscy wiedzą, że wydarzenia zmierzają do oczywistego punktu kulminacyjnego. Mimo że narracja została urozmaicona wstawkami z pamiętnika Clarissy, to jednak miałam wrażenie pewnej jednostajności i nieuchronności dziejących się wypadków. Do tego wątek głównej bohaterki i zgwałconej prostytutki nie do końca się łączyły w spójną całość. Szwy, które scalają te dwie historie są nazbyt wyraźne.

Co jest ważne i dobre w tej powieści oprócz tematu? Ukazanie profilu psychologicznego ofiary. Może nie znalazłam w „Wiem o tobie wszystko” kompleksowej analizy, ale całkiem nieźle zostały zaprezentowane emocje ofiary – strach, poczucie winy („co zrobiłam, że on prześladuje właśnie mnie?”), osaczenie. Rafe odebrał kobiecie wszystko, co miała. Sprawił, że straciła radość życia, spokój, poczucie bezpieczeństwa. Clarissa sama w sobie nie jest zbyt dojrzała emocjonalnie. Nie zgadzam się z jej poglądami, ale nawet nie muszę. Przede wszystkim Clarissa to model osobowościowy i staram się jej nie rozpatrywać jako żywej osoby (brzmi strasznie).

Język tekstu jest dość ograniczony, ale bardzo prosty, jasny, przejrzysty. Sporo opisów jest brutalnych, na pewno niektórych zniesmaczy i przerazi. Ja odebrałam tę powieść bardzo emocjonalnie i mocno oddziała ona na moją psychikę. Chociaż akcja płynęła powoli, a tak naprawdę to jej prawie nie było, to jednak książka nie dłużyła się, czytało się ją płynnie.

Staram się całokształt powieści potraktować jako wzór. Jeśli spojrzymy na to w ten sposób, to dostrzeżemy zalety tego dzieła. Natomiast gdy przyglądamy się szczegółom jest gorzej. Bohaterowie są bezmyślni, styl przyciężkawy, a fabuła pospolita i bez elementu zaskoczenia. No może tylko zakończenie było zaskakujące. Myślałam, że od a do zet będzie po „hollywoodzku”, a jednak autorka mnie wykiwała.

6/10

wtorek, 30 czerwca 2015

"Życie towarzyskie i uczuciowe" Leopold Tyrmand

Data wydania: 8 maja 2009


Pisarz zapomniany. Stało się to, czego pragnęła PRL-owska cenzura. Mimo że już jej nie ma to mało kto o nim pamięta, zwłaszcza poza Warszawą. Dla Warszawiaków przedstawia on jakieś wartości, gdyż malowniczo portretuje miasto swojego urodzenia chociażby w „Złym”. W „Życiu towarzyskim i uczuciowym” również portretuje, ale nie samo miasto, a ludzi, którzy je tworzą. To powieść z kluczem osobowym, dlatego taki skandal wywołała tuż po wydaniu. Teraz nie szokuje, a zdarzenia w niej zawarte czytelnik przyjmuje ze smutnym zrozumieniem.

Powieść ta to rozrachunek z literacką„Warszawką”. Oskarża swoich znajomych o wszystkie krzywdy, których doznał, ale także za to, że zdradzili wielkie idee. Wypomina kolegom pisarzom i dziennikarzom komformiz, to że chodzą na układy z władzą, by dostać samochód, czy wycieczkę zagraniczną, cynizm, życie bez idei, tylko dla własnej przyjemności i komfortu, brak sumienia czy też poczucia winy wywołanego przez pisanie kłamliwych tekstów, czy też publiczne szkalowanie. To tyrmandowskie J'accuse.

Życie towarzyskie i uczuciowe” opowiada o literackich kółkach wzajemnej adoracji. Relacjonuje życie warszawskich elit lat 50. Głównym bohaterem jest Andrzej, dziennikarz i oportunista, który, choć nie wydaje się zdemoralizowany, to jednak postępuje tak, jak od niego oczekuje władza. Dlaczego? Bo tak jest łatwiej żyć, a dostosowanie się do okoliczności to też sztuka. To Andrzej i jego żona są osiami historii, ale tak naprawdę sportretowana została cała śmietanka towarzyska. Spojrzenie autorka na warszawskie„elity” jest bardzo gorzkie. Zaprezentowana została grupa społeczna bez zasad moralnych, dbająca tylko o swoje interesy, której wzajemne powiązania i wymiany partnerów seksualnych brzmią aż obrzydliwie. Obnaża wszystkie najgorsze sekrety kolegów po fachu, ale też koleżanek, które dzięki swojej zmyślności, jak również handlowaniu swoimi wdziękami (to te mniej sprytne) uzyskiwały to, co chciały, także dla swoich mężów. Stawały się kimś w rodzaju szarej eminencji, która to po cichu rządzi tym, kto jest na tapecie, a kto nie. Wszyscy są źli, wszyscy kombinują, by żyć. Pisarz najlepiej prezentuje swoje alter ego – Mikołaja Planka. Też ma wady, ale jednak jest ideowcem, nie sprzedaje się, choć może. Sam jeden przeciw wszystkim. Ale na ile jest to szczere?

Czy czytelnicy znają to uczucie, gdy wszystko powinno znaleźć się w odpowiednich szufladkach umysłu i idealnie pasować do czytelniczego gustu, a jednak nie pasuje? Tak mam z tą książką. Długo się zastanawiałam, co mi się nie podoba w tej dobrze napisanej powieści. I znalazłam odpowiedz. „Życie towarzyskie i uczuciowe” jest dla mnie martwe. 50 lat temu żyło, pulsowało, oskarżało i obrażało. Teraz to są puste słowa, które odnoszą się do jakiś mrocznych person z przeszłości, które aktualnie już nic nie znaczą. Powieść ta posiada klucz, którego ja nie dzierżę w ręku. Opisane osoby są dla mnie widmami z przeszłości. Źle wybrałam pozycję Trymanda na pierwszy raz. Opisane historie były bardzo ciekawe, ale, dla mnie, były one odległe. Pisarz relacjonuje je ze znawstem. Bo w końcu, kto mógł lepiej opisać ciemną stronę Warszawy, jeśli nie hulaka, kobieciarz, jazzman, a zarazem uważny obserwator rzeczywistości, którym był Tyrmand. Ale te obrazki z życia Warszawki to tylko martwe obrazki.

Do pewnego stopnia wciągnęły mnie te przekręty pod nosem władz i z umiarkowanym zainteresowaniem obserwowałam coraz gęstszy labirynt wzajemnych powiązań między postaciami. Siatka zależności robiła się coraz obszerniejsza, tak że w pewnym momencie obraz był zaciemniony. Powstała specyficzna sieć, która reagowała na każdy ruch dowolnej osoby się w niej znajdującej.

Styl tekstu jest reportażowy, a jednocześnie piękny. Oskarżycielski, a z drugiej strony zdarzają się chwili pełne zadumy i namysłu. Niektóre przemyślenia są bardzo głębokie i napisane w sposób urzekający. To bardziej relacja, aniżeli powieść. Powoduje to, że postacie są doskonale scharakteryzowane. To naprawdę głębokie portrety psychologiczne.

Oczywiście, że znalazłam informacje, kto kim w tej książce jest, ale co z tego? To dla mnie jałowa zabawa, bo oni już są zapomniani, a w każdym razie nie funkcjonują w świadomości młodszego, po PRL-owskiego pokolenia.


Polecam osobom, które cenią wnikliwe spojrzenie reportera. To demaskacja polskiej elity lat 50. dokonana od środka. W mojej ocenie „Życie towarzyskie i uczuciowe” nie przetrwało próby czasu. Dla współczesnego czytelnika, niezbyt znającego realia życia za Polski Ludowej, powieść ta jest martwa. Można z niej wyciągnąć pewne ogóle wnioski, aktualne do dziś. Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak daleko ludzie posuną się, by zdobyć to czego pragną, jak bardzo granice moralne są relatywne i jak można je dowolnie przesuwać w zależności od okoliczności, polecam. 

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Wyniki losownia + konkurs

Witajcie, witajcie!

Generator liczb losowych pomógł mi dokonać wyboru. Wypadła liczba 12 przyporządkowana do Bookowej Damy. Na dane adresowe czekam do przyszłej niedzieli 28.06, potem nastąpi powtórne losowanie. Serdeczne gratulacje!

U mnie kolejny konkurs. Mam do oddania 2 książki : "Kto się śmieje ostatni" i "Szklana kula". Zasady te same, wystarczy zgłosić się pod postem i dodać banner na swój blog lub udostępnić na google ewentualnie na facebooku. 

Pozdrawiam i wesołego lata! 

Wiem, że z moimi umiejętnościami graficznymi z każdym kolejnym bannerem coraz gorzej, ale wybaczcie mi!

sobota, 13 czerwca 2015

konkurs "Nadciąga burza"

Losowanie!

Losowanie

Losowanie

Zapraszam na losowanie książki pt. „Nadciąga burza” Robin Bridges. Myślę, że każdy, kto lubi lekkie historie z silnie zarysowanym wątkiem romantycznym w iście książęcej scenerii, odnajdzie się w świecie zaproponowanym przez autorkę.

Aby wygrać tę książkę wystarczy wyrazić chęć otrzymania książki w komentarzu pod tym postem. Jedynym warunkiem jest dodanie banera na swój blog z odnośnikiem do tego postu. Wiem, że mistrzem painta nie jestem, jednak mam nadzieję, że nie oszpeci on zbytnio Waszych blogów.

Pozdrowienia i życzę wszystkim powodzenia!



piątek, 8 maja 2015

Magia złota - Tamora Pierce

Jaguar
Liczba stron: 576
Tytuł oryginału: Bloodhound

Rebecca Cooper zakończyła szkolenie na tak zwanego „psa” i została pełnoprawnym członkiem Gwardii Starościńskiej. Jest bardzo drobiazgowa w pracy, co nie przysparza jej zwolenników, także wśród swoich kompanów. Nikt nie chce współpracować z takim nadgorliwym „terierem”. Do tego narobiła sobie wrogów pośród przestępców i teraz czyhają na jej życie. Wie, że powinna wyjechać i przestać rzucać się w oczy, do czasu aż sytuacja się uspokoi, dlatego dowództwo wysyła ją do miasta portowego Coynn, gdzie to grasuje szajka podrabiająca pieniądze. Potrzebny jest ktoś, kto przeprowadzi śledztwo pod przykrywką, a to idealne zadanie dla dziewczyny, która musi zniknąć na jakiś czas. Czy poradzi sobie z nowym wyzwaniem? Kto ją wesprze? Na pewno nie Drapek, gdyż on musi zająć się swoimi gwiezdnymi sprawami.


Magia złota” przypadła mi do gustu. Akcja powieści wciąga i ciekawi. Chciałam jak najprędzej dowiedzieć się, kto dowodzi rzeczoną szajką fałszerzy pieniędzy. Do tego świat przedstawiony wzbogaciła nowa sceneria miasta portowego. W książce czuć było atmosferę nadmorskich oberży. Zdecydowanie zmiana otoczenia przydała się to również Rebecce, która zaprezentowana w nowych okolicznościach, trochę zyskała w moich oczach. Przyznam szczerze, że zagadka wciągnęła mnie mocniej w pierwszej części. Jej rozwiązanie było bardziej zaskakujące, ale też Pierce przedstawiła ją bardziej spójnie i logicznie. Jedno wydarzenie wynikało z innego, a w „Magii złota” nic nie wynika z niczego.

W całym tekście czułam przegadanie. „Magia złota” jest trochę przegadana. Rozrosła się aż o ponad osiemdziesiąt stron w stosunku do swojej poprzedniczki. O ile spora objętość w przypadku pierwszego tomu cyklu jest uzasadniona, to w drugim nie ma takiej potrzeby, zwłaszcza że nie dowiedziałam się zbyt wielu nowych rzeczy o świecie przedstawionym.

Powiew świeżości wprowadzili nowi bohaterowie. Dzięki nim protagonistka mogła pokazać się od innej strony. Między innymi Rebecca musiała zmierzyć się z pierwszym miłosnym drżeniem serca. Obiektem jej uczuć stał się niejaki Dale Rowan, wyjątkowo czarujący i pewny siebie mężczyzna, który sprawia, że dziewczętom miękną kolana. Problem pojawia się, gdy można podejrzewać, że jest zamieszany w sprawę fałszerstw. Autorka świetnie przedstawiła „teriera”, dla którego odpowiedzialność za innych stoi zawsze na pierwszym miejscu.

Styl nie ewoluował; pasuje on do tematyki cyklu. Owszem, przyznam, że wciąż wprawiał mnie w zakłopotanie fakt, iż główna bohaterka nazywa swoje piersi „brzoskwinkami”. Po pewnym czasie jednak przyzwyczaiłam się do tej nastoletniej maniery i pogodziłam z tymi infantylnymi wstawkami.

Może dlatego, że czytałam tomy cyklu jeden po drugim, miałam wrażenie powtarzalności. Becca samodzielnie wpada na trop pewnej zagadki, zwracając uwagę na rzeczy, których nikt nie chce zauważać. Oczywiście tylko ona potrafi tak połączyć fakty, by stworzyć z tego logiczną całość. Jakby tylko sama jedna posiadała intelekt, a reszta w czasie pracy patrzy w sufit i czeka na koniec zmiany. Momentami ta wspaniała bystrość protagonistki była przerysowana.

Wydanie wygląda bardzo ładnie. Okładka prezentuje się estetycznie i pasuje do tej z poprzedniego tomu. Ponadto wydaje się wytrzymała. Grzbiet się nie złamał, pomimo wielokrotnych powrotów do ulubionych momentów. Pisarka dołączyła liczne dodatki takie jak mapę portu Coynn, krótki opis Gwardii Starościńskiej i jej podziały wewnętrzne, dzielnice w mieście stołecznym, spis postaci, a także słowniczek niezrozumiałych wyrażeń.

Magia złota” wciągnęła mnie i bardzo przyjemnie spędziłam przy niej czas. To godna kontynuatorka „Klątwy opali”. Posiada mnóstwo zabawnych momentów. Szczerze polecam i z niecierpliwością będę oczekiwała kolejnej części. Stęskniłam się za bohaterami występującymi w pierwszym tomie, dlatego mam nadzieję, że w ostatnim autorka powróci do Niższego Miasta i rozwinie wątki przyjaciół Becki.

5/10

czwartek, 16 kwietnia 2015

Filmowo po raz drugi

„Kwiat pustyni”
To biografia Waris Dirie, modelki, która wywodzi się z somalijskiej wioski, gdzie  to została poddana rytuałowi obrzezania.
I nawet gdybym chciała dać dobrą ocenę, bo porusza istotną tematykę (i do tego mnie niezmiernie interesującą!), to nie mogę. Sumienie nie pozwala mi dać dobrej noty takiemu gniotowi aktorskiemu. Za dużo sztucznych dialogów, a Liya Kebede prawie w ogóle nie gra, za to ładnie wygląda.
4/10


***

"Avatar"
Film bardzo ładny, jestem pełna podziwu dla grafików. Ale niestety film jest po prostu głupi. Serwuje dziesiątki amerykańskich klisz, durne i płytkie dialogi, a do tego płaskie postacie. Typowa sieczka, która pięknie wygląda.
4/10 za piękną stronę wizualną.

***

„Pożegnanie jesieni”
Panie Pazura, niech się Pan weźmie za coś, co Pan rozumie. A Witkacego Pan nie rozumie. 

5/10
***
„Nietykalni”
Ten film jest całkiem w porządku, ale nie doszukujmy się głębi tam gdzie jej nie ma i nie będzie. Nie ma tu nic szczególnego do interpretacji. Dobry, ale nie wybitny. 
7/10

środa, 1 kwietnia 2015

"Klątwa opali" Tamora Pierce

Liczba stron: 600
Data wydania: 17 kwietnia 2013

Tytułowy kamień to opal ognisty, który występuje w Meksyku. Swoją nazwę zawdzięcza intensywnemu czerwonemu lub pomarańczowemu kolorowi. Książka natomiast to pierwszy tom serii pod tytułem Kroniki Tortallu”, opowiadającej o Becce Cooper, początkującej adeptce Gwardii Starościńskiej, czyli, w tamtejszym żargonie, szczeniaku.


Wydarzenia mają miejsce w Corus – stolicy królestwa Tortallu. W tym mieście przecinają się drogi praczek i dam dworu, złodziei i stróżów prawa, pijaków i rycerzy. Losy Becki Cooper były burzliwe: jej matka została pobita przez konkubenta, który zabrał jej wszystkie kosztowności. Dziewczynka dowiedziała się, że należy on do szajki Śmiałego Brassa. Wytropiła go i wystawiła Gwardii Starościńskiej. Warto zaznaczyć, że miała wówczas osiem lat. To rozpoczęło nowy rozdział w jej życiu. Jaśnie Pan Gershom, zainteresowany młodą tropicielką, zaprasza ją do siebie do domu i namawia, by została adeptką tak zwanych psów. Dziewczyna przystaje na to i radzi sobie całkiem dobrze, głównie dlatego że posiada nietypowe zdolności. Może się komunikować ze zmarłymi i podsłuchuje uliczne kręty, czyli niesione przez wiatr myśli, słowa i emocje. Pewnego dnia bohaterka zauważa, że giną ludzie zatrudnieni przy pracy wydobywczej. Czy zdoła przekonać swoich zwierzchników, że sprawa jest poważna?


Świat przedstawiony nie jest szczególnie nowatorski, ale, choć autorka skorzystała ze znanych wizji i nie ukazała ich w niekonwencjonalnej formie, ma swój urok. Często można zaznajomić się z powieścią, której akcja dzieje się w podobnej krainie, przystającej do średniowiecza, gdzie magia to norma i powszechnie akceptowanego. Gdy czytałam o takim uniwersum, to miałam odczucie, że trafiłam do krainy, którą doskonale znam i świetnie się w niej czuję. Przestrzeń została opisana dość dokładnie, ale uważam, że jednak niewystarczająco szczegółowo. Fakt faktem, można było więcej czasu poświęcić na zaprezentowanie rzeczywistości, bo przecież autorka powinna pokazać swój świat, namalować go przed moimi oczami. W pierwszym tomie trudno podejrzewać, jakimi prawami rządzi się rzeczywistość zaprezentowana w danym dziele.

Sam pomysł na fabułę zaciekawia. Historia opowiedziana w książce mocno mnie wciągnęła i nieustannie kibicowałam Rebecce w jej dążeniach do zostania perfekcyjnie wykonującym swoje obowiązki przedstawicielem prawa. Do tego przygody dziewczyny są naprawdę nieprzewidywalne i niesztampowe, świadczy to o wyobraźni Pierce.

Bohaterowie zostali ciekawie wykreowani. Najlepiej oczywiście protagonistka. Początkowo jest mgliście charakteryzowana poprzez swoją rodzinę w scenach odbywających się prawie dwieście lat po tym jak żyła. Potem poznałam jej osobę, co pozwoliło mi skonfrontować zdania jej rodziny z moim odbiorem. Główna bohaterka nie jest jednak tak silna jak obiecywała pisarka. To osoba chorobliwie nieśmiała, która rzeczywiście cechuje się odwagą i uporem. Polubiłam ją, jednak irytowała mnie swoim wycofaniem i tym, że prawie w ogóle nie mówiła, jakby cierpiała na afazję. Na sześciuset stronach odzywa się około dziesięciu razy pełnymi zdaniami. Oczywiście mnie było dużo prościej ją zrozumieć, bo narracja pamiętnikarska pokazywała mi jej tok myślenia, ale współbohaterowie musieli przechodzić gehennę, gdy przychodziło do rozmowy z protagonistką.

Styl sugeruje, że „Klątwa opali” przeznaczona jest dla nastoletnich czytelników. Momentami trąci infantylnością, zaś nazywanie kobiecych piersi „brzoskwinkami” wywołało na mojej twarzy uśmiech zażenowania. W powieści występuje narracja pierwszoosobowa, co niejako może tłumaczyć niewielkie walory językowe. Rebecca, jako dziewczyna wychowana w nizinach społecznych, nie ma obszernego zasobu słownictwa.

Pomimo potężnych gabarytów powieści, losy głównej bohaterki tak mnie wciągnęły, że skończyłam czytać tę książkę w jeden wieczór. Myślę, że „Klątwa opali” wielu czytelnikom sprawi przyjemność. Nawet jeśli nie jest to książka wybitna, to można przy niej miło spędzić czas. Przyznam szczerze, że pisarstwo Pierce nie zrobiło na mnie oszałamiającego wrażenia, ale ogólnie moje wrażenia są bardzo pozytywne.

6/10