Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lipca 2018

Żarcik i inne (bardzo różne) opowiadania - Antoni Czechow

Mam wrażenie, że Czechow lepiej realizuje się w dramatach. Dramaty, mimo że jednostajne, to mięsiste są od metafor. Z kolei opowiadania w książce „Żarciki”, choć ładne, to jednak jakieś takie niepogłębione, ledwie naszkicowane zostały, jakby były szkieletem, bez mięśni, tkanek, życia.

I to nie tak, że to opowiadania są złe, źle napisane, czy też nieciekawe. Pochłonęłam ją w czasie jednej podróży pociągiem, tak mnie wciągnęły! Ale było to jak patrzenie na nieistniejący świat, fantastykę niemalże. Bo choć emocje i zachowania, były bardzo realne i przystające do aktualności, to świat przedstawiony był obcy, zupełnie nie rozumiem Rosji początku wieku XX, jest dla mnie tworem niema egzotycznym i przez tę egzotykę nie potrafię dostrzec uniwersalności.

Czy „Żarciki” są zabawne? To zależy od poczucia humoru. Jeśli lubicie mroczny, przewrotny żart, mający na celu ocenianie postaw i zachowań innych, to tak, polubicie się z Czechowem. Wyśmiewa wady, jest bezlitosny dla ludzkich słabości, obnaża fałsz i obłudę, nie zostawiając suchej nitki na pozornie idealnych obywatelach. Jeśli Czechow stosuje żart, to tylko taki który wywołuje gorzkie parsknięcie, a nie radosny wybór wesołości. Porusza problematykę chociażby: małżeństw dla pieniędzy, czy też nepotyzmu oraz korupcji, z którą zmagała się Rosja w ówczesnym czasie. Ten zbiór opowiadań daje wgląd w tamtą epokę i wyjaśnia sytuację, z którymi musieli się zmagać Rosjanie. Tym samym publikacja ta jest także dobrym dokumentem historycznym.

„Żarciki” są przede wszystkim krytyką społeczną. W dalszej kolejności wszystkim innym. Język tekstu jest idealny. Bardzo wyważony, dozujący emocje, jasno stający po stronie konkretnej jednostki. To narrator mówi, co uważa za dobre, a co za godne pogardy. Bardzo podobały mi się opisy – nie występowały za często, ale gdy się pojawiały to były bardzo sugestywne. Przykładem był opis świecznika przedstawiającego nieobyczajną scenę.

Wydanie jest staranne jak każda publikacja wydawnictwa MG.

„Żarciki” to dobra książka, jednak nie zachwyca. Trudno odmówić Czechowowi bystrości spojrzenia, ale jednocześnie brak temu spojrzeniu świeżości. Niewiele odkrył, a jest w nim pewnego rodzaju gorycz. Jeśli lubicie gorzkie spojrzenie na świat, ludzi i życie – to coś dla Was. Jeśli wolicie patrzyć na zły świat z czułością, będziecie zirytowani tym, że Czechow nie dostrzega w ludziach dobra. Tylko zło.

piątek, 5 stycznia 2018

Jaka piękna iluzja – Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską

Liczba stron: 264

Szczera rozmowa dwóch kobiet jest czymś, co najgłębiej mnie porusza. Rozmowy, w których spotykają się różne sposoby patrzenia na świat i postrzegania rzeczywistości dotykają mnie bardzo głęboko. Zwłaszcza takie rozmowy, w których obie panie są dla siebie łaskawe i pozwalają swoim myślom płynąć. Tulli razem z Dąbrowską skupiają się na emocjach i opowiadają o miłości, stracie, macierzyństwie i nie tylko. Bardzo ważnym tematem jest opresja.

Wydawać by się mogło, że ta rozmowa jest odrobinę sztampowa. Wszak powyższe tematy są... takie przegadane. Możliwe, niemniej Magdalena Tulli nadaje swoim przemyśleniom wymiar nieomal metafizyczny. Widać, że jej styl bycia ciągle orbituje gdzieś wśród poetyckości. Książka zachowuje formę wywiadu rzeki, jednak niewiele w niej „wywiadu” tradycyjnie rozumianego. To bardziej rozmowa, wymiana doświadczeń, przy jednoczesnym obdarowaniu Magdaleny Tulli mnóstwem przestrzeni na wypowiedzi. Jej odpowiedzi (używam nomenklatury właściwej tradycyjnym wywiadom) są obszerne i wielowątkowe. Tulli zahacza o wiele trudnych dla niej i dla nas tematów.

Książka podzielona została na 12 rozdziałów, a każdy z nich scharakteryzowano jednym słowem. Mimo że rozmowy mają ten punkt przewodni to jednak czuć taką spontaniczność, w przechodzeniu z tematu na temat oraz brak scenariusza, który narzucałby kolejne punkty do odhaczenia. Przy tym wszystkim rozmowa jest uporządkowana, nie czuć chaosu myślowego, a zarazem naturalna i swobodna – to naprawdę sztuka!

Dowiedziałam się, że Magdalena Tulli lubi muzykę i śpiewa w chórze. Miała nawet doświadczenia podobne do mnie – też musiała stać pod tablicą i śpiewać piosenki na ocenę. Gdy ja to robiłam czułam się upokorzona i zgnębiona, a moje gardło zaciskało się i ledwie mogłam wydać z siebie dźwięk. Pisarka miała to szczęście, że po latach spotkała swojego nauczyciela muzyki i mogła mu powiedzieć, co wówczas czuła – jednak nie zrobiła tego. Może i dobrze. Podobnie jak ja rozwiązuje konflikty - poprzez wycofywanie się. To także mój ogromny defekt – milczę, gdy powinnam się postawić.

Ciekawym aspektem są również aspekty polityczno-społczene poruszanie w tej publikacji. Tulli razem z Dąbrowską analizują to, czy Polska jest na etapie tracenia wolności i czy dwie tak agresywne frakcje, które można zaobserwować w Polsce, mogą żyć w jednym państwie. Porusza także tematykę uchodźców. Przyznaje, że codziennie myśli o uchodźcach i myśli o tym, że kto wie, czy kiedyś nie zdarzy się to nam. Tulli stała się czymś w rodzaju mojego głosu sumienia.

Bardzo poruszyła mnie wypowiedź Magdaleny Tulli: „Jeśli cierpienia nie są nagłe i gwałtowne, większe niż na co dzień, organizm umie tak zrobić, żeby ich nie czuć. Takie ciężary dźwiga się inaczej. Nie w rozpaczy, tylko w nieczuciu, w jakimś wewnętrznym ubóstwie”. Poruszyło mnie to i chcę poznać dokonania powieściowe Magdalny Tulli. Dodatkowo bardziej przyjrzę się karierze Justyny Dąbrowskiej, ponieważ bardzo podoba mi się styl prowadzenia przez nią rozmów. Irytuje mnie, gdy dziennikarze podczas wywiadów próbują zabłysnąć bardziej niż gość i zamiast skupić się na rozmówcy to przedstawiają swój punkt widzenia – na wszystko. W przypadku książki „Jaka piękna iluzja” coś takiego nie miało miejsca. Dąbrowska chciała się czegoś dowiedzieć o Tulli i nie próbowała zawłaszczać rozmowy. Jest dla mnie fantastyczną dziennikarką ze świetnym warsztatem.

Wydanie nie zachwyca. Książka zachwyca.

7/10

niedziela, 26 listopada 2017

Historia kotów - Madeline Swan

Nie jest tajemnicą, że kocham koty miłością szczerą, acz nieodwzajemnioną. Z wielkiej miłości zrodziła się potrzeba przeczytania "Historii kotów" autorstwa Madeline Swan. Sięgnęłam po nią i... przepadłam w gąszczu ciekawostek i kocich anegdot.

Swan zachowuje chronologię, tym niemniej bardziej niż na faktach skupia się na anegdotkach i pojawianiu się mruczących przyjaciół w tekstach kultury. Ich popularność na przestrzeni wieków może przypominać sinusoidę - koty doświadczały wahnięć popularności - od nienawiści i bezwzględnego mordowania, aż po czczenie w starożytnym Egipcie (któremu poświęcona została duża część książki).
Anegdoty i analizy, chociażby tekstów literackich, są bardzo krótkie, migawkowe wręcz. Przyznam, że to trochę dla mnie za mało. Chciałabym głębszego wniknięcia w problematykę kocią na przestrzeni wieków. Ponadto autorka posługuje się schematycznym myśleniem i postrzeganiem- dla przykładu koty lepiej pasują do pisarzy, bo psy są zbyt hałaśliwe. Pisarze, z tego co wiem, mają bardzo różne charaktery - są pisarze weseli, smutni, otwarci, zamknięci, rozrywkowi i introwertyczni. Nie jest tak, że jest jeden model pisarza, który Madeline Swan akceptuje, ludzie są różni, a ich charakterów nie determinuje zawód, który wybierają.

Przy tym wszystkim autorka w ciekawy sposób zgromadziła kocie opowieści w jednym miejscu, za co należą się jej ukłony. Z przyjemnością oglądałam obrazy, zdjęcia i ryciny przedstawiające koty z różnych wieków i kultur, a nawet zdarzało mi się uśmiechnąć w reakcji na opowieść o jakimś kocie. Jedną z moich ulubionych ciekawostek jest ta o bitwie o Palazjum Persów z Egipcjanami. Otóż Egipcjanie mieli dużą przewagę nad Persami, więc wyniki bitwy były nieomal przesądzone na korzyść Egipcjan. Persowie zadziałali jednak sposobem - przeczesali okoliczne wsie, nałapali kotów, dzięki czemu w czasie bitwy każdy żołnierz dzierżył pod pachą kota. Jako że Egipcjanie uważają koty za święte, żaden nie podniósł ręki na przeciwnika z kotem. Tym sposobem Persowie wygrali, zdawałoby się, straconą bitwę.

To ładna, miła i urocza książka. Została wydana bardzo starannie, okładka jest fantastyczna (mam torbę z tym obrazkiem : ) ) i z przyjemnością ją czytałam. Madeline Swan niestety nie ustrzegła się pewnych uogólnień w postrzeganiu kotów, a także nie pogłębiła, w mojej opinii, wystarczająco tematu. Mam wrażenie, że koty jeszcze czekają na biografię godną ich pozycji społecznej. Póki co - 7/10

środa, 1 listopada 2017

"Siedem dalekich rejsów" Leopold Tyrmand

"Siedem dalekich rejsów" Leopold Tyrmand
Liczba stron: 192
I co z tą książką zrobić? Historia sama w sobie jest taka... niewciągająca. Ale z drugiej strony jak może być wciągająca, przecież, jak klasyfikuje wydawnictwo, książka ta przynależy do serii "biblioteka wykształciucha". Widział kto kiedy wykształciucha, który czytałby ciekawą, na planie fabularnym, książkę? No, ja też nie.

A przy „Siedem dalekich rejsów” jest powieścią fascynującą. Leopold Tyrmand, w dzisiejszych czasach, mógłby pisać dialogi do... komedii romantycznych. Ale nie tych durnych, polskich pseudo-filmów, tylko do tych najlepszych, skrzących się inteligentnym żartem. Tyrmand wykreował w omawianej przeze mnie książce atmosferę ciągłego starcia się dwóch charakterów i erotyzmu. To wszystko na tle niebanalnej, a jednocześnie niewciągającej historii dotyczącej dzieła sztuki. I mimo że w tle rzeczywistość skrzeczy, jest groźnie, a Polska Ludowa przeraża swoją nieuchronnością, od Bałtyku wieje chłodny wiatr, to jednak najważniejsi w tej historii są ona i on.
Nie zamierzam przytaczać biografii Tyrmanda, kto ciekaw, sam znajdzie. Ważniejsza od biogramu jest dla mnie książka, która mimo niewielkiej objętości, serwuje wieloznaczne, niesztampowe postacie, które z przyjemnością się obserwuje jak robaki na szkle laboratoryjnym. Jak już wspomniałam książka liczy ok. 200 stron, ale mimo to czyta się ją niełatwo. Jest przeładowana dialogami, które chociaż błyskotliwe, nie popychają akcji naprzód. I dobrze, bo to przede wszystkim powieść o ludziach. A akacja... Jakie ma znaczenie akcja i jakiś durny obraz w obliczu erotycznego napięcia między dwojgiem ludzi? Nie jest to tylko sztuka dla sztuki, autor nie próbuje pokazać, że posiada talent do prowadzenia kunsztownych literackich rozmów. Pokazuje, że seks ma początek w głowie. I w głowie się kończy.
Wszystko to dzieje się w małym miasteczku. Małym miasteczku - nie Stephena Kinga. Nie ma tam mrocznej atmosfery. Jest to małe tyrmandowskie miasteczko, w którym każdy się zna, ale nikt nie wie o nikim nic "naprawdę". Wszystko jest przypuszczeniem, drugi człowiek nie interesuje nikogo, jest aura beznadziei, konieczności przeżycia do jutra. Jakoś.

Ładna ta książka, może nie najlepsza, ale naprawdę ładna - tym samym 7/10, ponieważ w pewnym momencie pojawia się chaos myślowy, brak porządnego rozwiązania akcji i solidnej puenty.


A na koniec Tyrmand na dziś, na jutro, oby nie na zawsze: "Dziś pesymizm nie jest ani wysiłkiem, ani niezależnością. Jest pierwszym wrażeniem po rozejrzeniu się dookoła. Stanowi najprostszy wniosek, jaki można wyciągnąć z obserwacji. Jest światopoglądem łatwiejszym. Ale dostrzegać dół kloaczny, zdawać sobie sprawę z jego głębi i smrodu, a mimo to pozostawać optymistą… to sztuka. Oto dumne bohaterstwo naszego czasu. Oto wspaniała, trudna, niebezpieczna, szlachetna ekwilibrystyka moralna, na którą tak niewielu może się zdobyć".

czwartek, 1 grudnia 2016

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć - kolorowanka


Jestem jedną z tych osób, których największą pasją jest czytanie. Ostatnio polubiłam się z audiobookami i kolorowanie to czynność towarzysząca słuchania powieści. Kolorowanka „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” towarzyszy filmowi o tym samym tytule. Co jak co, ale Rowling wie, że seria o Harrym Potterze jest kurą znoszącą złote jajka i „prawdziwy” Potteromaniak nie odpuści – ani kolorowanki, ani, tym bardziej, filmu.

Co myślę o kolorowance? Podoba mi się. Papier jest dobry. Fantastycznie, że jest biały i gładki, a nie chropowaty albo żółtawy. Bardzo dobrze się na nim pracuje. Akceptuje wszystkie kredki, choć przy kolorowaniu na mokro pojawiły się fale Dunaju. W połączeniu z tym, że kolorowanka jest dwustronna – niezbyt fajnie. Poziom trudności jest zróżnicowany co także uznaję za plus. Obrazkom ciut brakuje klimatu, może też miałam takie wrażenie, gdyż film nie przypadł mi do gustu. Dlatego też raczej nie ruszałam kadrów z filmu, wolałam ilustracje przedstawiające zwierzęta.



piątek, 11 listopada 2016

Dziewczyny z Solidarności - Anna Herbich

Ważnym aspektem badań nad płciowością jest przywrócenie kobiet do historii. Nie bez powodu historia zaczyna się od słowa „his” czyli jego. A kobiety były obecne. Chociaż z uporem maniaka wykreślano je, spychano na obrzeża działalności konspiracyjnej. Współcześnie również stara się zmarginalizować ich udział, odmawiając udziału w walce za wolną Polskę.

O tych zapomnianych  przypomina Anna Herbich. Dziennikarka, autorka licznych publikacji dotyczących udziału kobiet w historii Polski. Współpracuje między innymi z prawicowym tygodnikiem Do Rzeczy. Jest członkiem zarządu fundacji Rodacy ‘37. Jedna z opowieści w publikacji dotyczy jej matki. Nie czuć jednak osobistego zaangażowania pisarki w historie, jest dość obiektywna.

„Dziewczyny z Solidarności” to opowieść o 11 kobietach, które, mimo że się bały, to walczyły. Poświęcając niekiedy swoje rodziny, edukację, życia. Często nie spotykało ich żadne podziękowanie, w żaden sposób nie zostały utrwalone w kartach historii. W przeciwieństwie do ich oprawców, którzy otrzymywali medale za „szczególne zasługi dla obronności”.
Autorka, relacjonując historie, posługuje się prostym stylem. Takim który trafi do każdej osoby. Tym samym nie zakwalifikowałabym tego jako dzieło literackie. Język tekstu pozbawiony został ozdobników, ale zawiera dużo odniesień do emocji. Niemniej są to stare, przedawionione uczucia, które nie są przekazywane czytelnikowi poprzez karty publikacji. Gdy czytałam, że któraś z bohaterek bała się, bądź uciekała, to nie czułam tego zagrożenia, nie wczuwałam się w sytuacje. Perspektywa czasowa zaciera te emocje i w ogóle ich nie czuć w narracji. Są suchym faktem, że „wtedy się bałam”.

Brzydko się zasugerowałam tym, że pisarka jest związana z prawicową prasą i spodziewałam się książki stronniczej. Absolutnie taka nie była. Anna Herbich, w miarę swoich możliwości, przedstawia różne punkty widzenia, ujawnia, jak traktowane były kobiety przez tych „najsłynniejszych” opozycjonistów. Bardzo smutne były refleksje na temat traktowania pań z Solidarności we współczesnej Polsce. Nie będę pogłębiać tego tematu, warto przeczytać i zastanowić się, czy tak się traktuje bohaterki.

Ale... Czy to faktycznie były bohaterki? Czy wywyższa się je tylko dlatego, że funkcjonowały w strukturach opozycji i siedziały w wiezieniu (często przez swoją nieuwagę, głupotę, lenistwo)? Pozostawiam to czytelnikom do refleksji. Według mnie niesposób odmówić im odwagi, ale sprytu i bystrości często można. Nie uwłaczając nikomu, miałam takie wrażenie, zapoznając się z historią Pani Beaty Górczyńskiej. Jej zatrzymania wiązały się z nieuwagą, brakiem rozwagi, nieumiejętnością działań konspiracyjnych. Zrzucam to jednak na karb młodzieńczej gorącej głowy, która nie zawsze myśli o konsekwencjach. W książce pojawiają się konkretne nazwiska osób, które represjonowały bohaterki.

Podsumowując, to wartościowa książka. Zabrakło mi emocji, okazji do wczucia się w sytuacje tych kobiet, ale nie oznacza to, że nie jest to publikacja warta przeczytania. Jest, bo odkłamuje stereotypy, pokazuje udział kobiet w walce o wolność. Bo nie tylko mężczyźni musieli się poświęcać. I warto zadać sobie hipotetyczne pytanie „a co ja bym zrobiła? Czy w imię walki o wolność poświęciłabym rodzinę?”. Nie ma na to właściwej odpowiedzi.

„Dziewczyny z Solidarności” zostały wydane fantastycznie. Twarda okładka prezentuje się genialnie. Pasuje do reszty wydanych książek Pani Anny Herbich.
7/10

środa, 12 października 2016

Załącznik - Rainbow Rowell


Ta książka to coś wspaniałego! Jest piękna, delikatna i niesamowicie ciepła. Nie jest typowa w żadnym stopniu. Pomysł autorki nie ma poprzedników, tym samym, mimo że to historia miłosna, to skrajnie nietypowa. Owszem, idea jest trochę „specyficzna”, ale myślę, że przypadnie do gustu osobom, które czują znużenie, gdy słyszą, że znów będą czytać o miłości.

Uwielbiam bohaterów, a zwłaszcza postaci kobiece. Są zabawne, ironiczne, znają się na życiu. Nie są wyidealizowane, zachowują się jak każda kobieta. Mają rozterki sercowe, ale nie są głupie. Miłość ich nie ogłupia, po prostu w pewien sposób ogranicza i nie pozwala podjąć radykalnych decyzji. Kobieta, która kiedyś musiała iść na wielkie kompromisy ze swoim partnerem, albo taka która czekała na konkretną deklaracje z jego strony, ale wiedziała, że może czekać na nią bardzo długo, zrozumie Beth i Jennefer i się z nimi utożsami. Przy wszystkich swoich problemach nie tracą wigoru i ironicznego patrzenia na świat.

Nie ma w tej powieści nadęcia, pretensjonalności, przegadania. Wszystko jest niewymuszone i nieoczywiste. To wielka umiejętność opisać wszystko tak naturalnie, by nie brzmiało prostacko i tak inteligentnie, by wierzyć, że postaci wykreowane są istotami myślącymi.

Wolałam kobiecą perspektywę w tej powieści. Po pierwsze dlatego, że w naturalny sposób damski sposób patrzenia na świat jest mi bliższy. Bardzo polubiłam te dwie kobiety i marzę o takich przyjaciółkach. Ponadto dylematy jednej z nich są dla mnie aktualne do tego stopnia, że czułam się trochę zażenowana.

Główny bohater był słodki jak cukierek. Trochę irytował tym swoim wycofaniem, ale kim jestem, by krytykować ludzi zamkniętych w sobie. W końcu sama taka jestem.

„Załącznik” został pięknie wydany. Okładka jest cudowna, minimalistyczna i urocza zarazem. W tekście zdarzają się literówki.


Pojawiła się we mnie otucha, że moja historia skończy się równie pięknie, że istnieje miłość taka, która nie powinna się wydarzyć i można ją spotkać na każdym kroku. I zwykle tam gdzie się tego nie spodziewamy. Polecam tę osobliwą książkę. To kawał dobrej literatury. Została napisana naprawdę ładnym językiem, co niezbyt często się zdarza przy okazji debiutów.  

niedziela, 10 lipca 2016

Filmowo #4

Ostatnio oglądam serial „Świat bez końca”. Jest to poniekąd kontynuacja „Filarów ziemi”, choć rzecz dzieje się 200 lat później. Przenosimy się do Średniowiecza, na wspaniale wykreowanym tle historycznym rozgrywają się dramaty, namiętności wielka polityka i wielkie oszustwa. Serial, podobnie jak „Filary ziemi” jest mocno antyklerykalny. To właśnie w kościele dokonują się największe intrygi i to on jest źródłem wszelkiego zła.
Podoba mi się gra aktorska, kostiumy, a także dobrze dobrana ścieżka dźwiękowa. W serialu wystąpiła między innymi Cynthia Nixon, znana z serialu „Seks w wielkim mieście” oraz Megan Fallows, która zagrała uroczą Anię z Zielonego wzgórza. Choć muszę przyznać, że zobaczenie marzycielskiej Ani, jako kobiety mocno dojrzałej było wydarzeniem wstrząsającym. Chyba nic tak mocno nie uświadomiło mi nieubłagującego upływu czasu, jak zobaczenie Ani która nagle stała się dorosłą Anną… 


Polecam wielbicielom seriali historycznych. 

Mój Nikifor”
Film opowiada o przyjaźni między Marianem Włosińskim a Nikiforem Krynickim – malarzem prymitywistą. Ten pierwszy z opieki nad malarzem uczynił sens swojego życia. Wszystko temu podporządkował, także swoje rodzinne szczęście.
Nikofora zagrała wspaniała aktorka Krystyna Feldman. Oczywiście granie przez kobietę męskiej roli wywołało wiele kontrowersji, ale po obejrzeniu tego filmu, nie mam wątpliwości, że nikt nie oddałby złożonego charakteru malarza i jego trudnej relacji z Włosińskim tak jak ta genialna aktorka.
Na jedno pytanie film nie dał mi odpowiedzi – dlaczego Marian Włosiński poświęcił całe swoje życie Nikiforowi? Dlaczego? Malarz stał się dla Mariana ważniejszy od rodziny. Czy to po prostu artystyczna charyzma? Film ten nie odpowie na to pytanie, dlatego tylko 7/10


Frida
Film ten opowiada o burzliwym życiu malarki Fridy Khalo. Jest całkowicie zgodny z biografią, dlatego też nie chcę niczego ujawniać. Kto zna, ten wie.
Gra aktorska stoi na naprawdę wysokim poziomie. Od razu widać, że Salma Hayek jest naprawdę zainteresowana tą postacią. Mocno się z nią utożsamiła. Chodziła na wystawy Fridy, rozmawiała z ludźmi, którzy ją znają, czytała jej biografię. Walczyła, by ten film powstał. Wierzymy, że Salma jest Fridą. I wygląda na to, że ona sama w to wierzy. Ponadto kostiumy i charakteryzacja są naprawdę rewelacyjne. 
Czasem miałam wrażenie, że całe życie malarki zostało spłycone do seksu i zdrad małżeńskich Diega. 7/10

środa, 4 listopada 2015

"To przez ciebie!" Mhairi McFarlane

Liczba stron: 464

Główna bohaterka tej książki jest fantastyczna! Może dlatego, że ubiera się jak ja, a może dlatego że mamy podobne priorytety – wyjątkowo łatwo było mi się z nią utożsamić. Do tego, skoro tak osobiście odbierałam jej postępowanie, to mogę książkę pochwalić za realizm. Przy całym tym doskonałym humorze powieść jest prawdziwa. W tak lekkiej powieści lubię bohaterom wierzyć. Pragnę, by ich motywacje były realistyczne. Tutaj, jak najbardziej, były. Mogę śmiało stwierdzić, że pisarka wie o czym pisze, ja zaś bardzo chcę przeczytać o czym ona pisze.

Nie tylko wierzyłam Delii, ale też po prostu ją polubiłam. Przeżywa wzloty i upadki, nie jest postacią idealną, ma za dużo kilogramów tu i tam. Przy tym ma ogromny dystans do siebie za co bardzo cenię ludzi, z którymi przebywam (nawet książkowo).

Język jest prosty, może czasem trochę banalny. Miałam co jakiś czas problem z typowym prowadzeniem narracji. Może przekroczyłam granicę, za którą drażni mnie pierwszoosobowe prowadzenie narracji i opisywanie swojego własnego wyglądu przez protagonistkę.

Wspaniałym dodatkiem są komiksowe wstawki. Dlaczego się tam znajdują, co wnoszą i o czym mówią naturalnie dowiecie się z powieści. By zachęcić dorzucę tylko, że Delia ma alter ego w postaci Lisicy. Doskonale wkomponowują się w treść i pozwalają chwilę odpocząć oczom. A tak, bo od tej powieści nie można się oderwać. Pragnęłam ją skończyć jak najprędzej. Losy bohaterki bardzo mnie intrygowały, dlatego też przeczytałam za jednym zamachem od deski do deski.

„To przez ciebie” otrzymuje moją rekomendację! Muszę przyznać, że były zgrzyty stylistyczne, ale wszystko wynagradza fantastyczna bohaterka z iście brytyjskim poczuciem humoru. Wspaniała!
7/10


sobota, 26 września 2015

Sisi. Cesarzowa mimo woli - Allison Pataki

Data wydania: 9 września 2015
Wydawnictwo: HarperCollins

Do tej powieści nie podchodziłam entuzjastycznie. Dlaczego? Ano dlatego że temat ten był wałkowany już miliony razy. Historia Sisi jest tak hollywoodzka, że dzieła na jej podstawie powstają jak grzyby po deszczu. Zwykle jednak to utwory o wątpliwej jakości. O ile filmy są godne poznania, to jednak powieści biograficzne pozostawiają wiele do życzenia. W tym wypadku miałam do czynienia z fikcją literacką na podstawie historii życia Sisi. To bardzo wygodne dla autorki, bo może dowolnie ubarwić prezentowane losy i ja, jako czytelnik, nie mam prawa się jej czepiać. Nie ograniczają jej ramy historyczne, a wręcz przeciwnie może je dowolnie przekraczać bez strachu. Jedyne czym ma się przejmować to opowiedzenie tego, co chce przekazać w sposób ciekawy, porywający i poprawny. I powiem zupełnie szczerze, to się udało!

Jak powiedziałam na początku, życie Elżbiety Bawarskiej było prawdziwie hollywoodzkie. Niespodziewana miłość cesarza, uczucie, cierpienie, ból, strata. To problemy bliskie każdemu człowiekowi, a ludzie lubią czytać o tym, że wyższe sfery cierpią jak każdy. Może właśnie dlatego postać Sisi stała się tak popularna. Bo w swoich problemach, zachowaniu, umiłowaniu wolności była bliska przeciętnemu człowiekowi. Myślę, że dlatego poddani ją kochali, dwór zaś nie cierpiał. Mimo że uwielbiana przez wielu, uznawana za najpiękniejszą kobietę na ziemi to jednak miała problemy. Nie była „boska”, niedostępna, daleka. Na pewno pośród moich czytelników znajdzie się ktoś, kto może pochwalić się problemami z teściową jak Sisi. No może nikt nie odbiera nikomu dzieci (?), ale konflikty matka-teściowa i kłótnie kto lepiej zna się na wychowaniu potomstwa są czymś znanym.

Elżbieta to niespokojna dusza poetki. Szuka poezji w codzienności, pisała liczne utwory poetyckie, które brzmią całkiem nieźle. Nie była pod tym względem dopasowana do swojego męża, gdyż on cenił sobie jedynie parady wojskowe. Surowo wychowany, nie rozumiał potrzeby wolności Sisi. Ogólny brak wsparcia męża był dla bohaterki ogromnym problemem. Samotna i wyobcowana nawet przy mężu, który przysięgał miłość (przecież wziął ją za żonę z czystej miłości), uciekała przed Wiedniem i samą sobą. Chciała choć przez chwilę nie czuć się tak niepotrzebna. Niepotrzebna jako matka, jako żona, jako cesarzowa. Praktycznie każdą z tych ról pełniła matka cesarza. To z nią omawiał sprawy wagi państwowej, u niej szukał wsparcia i porad, żonę spychając do roli pięknego klejnotu. I znów pojawia się kwestia wychowania dzieci i tego, że to właśnie Franciszek powinien sprzeciwić się matce, stanąć po stronie żony w walce o dzieci. Historia Sisi potwierdza ogólnie znaną prawdę. Jeśli matka nie ma dobrej relacji z dziećmi gdy są małe, to później nie jest to do odratowania. Cesarzowa owszem, zaprzyjaźniła się ze swoimi dziećmi, gdy dorastały, jednak wciąż czuła dystans. Prawdopodobnie wymuszona separacja od matki była jedynym z wielu powodów późniejszego samobójstwa syna pary cesarskiej – Rudolfa.

Zależnie od źródeł zdrady Franciszka Józefa były notoryczne lub znikome. W „Sisi. Cesarzowej mimo woli” pisarka podkręca ten problem, sugerując np. że wyjazd cesarzowej na Maderę był spowodowany chorobą weneryczną pochodzącą od męża.

W życiu Elżbiety Bawarskiej było tyle cierpienia, że aż trudno to sobie wyobrazić. Stąd ta plastyczność życiorysu jeśli chodzi o przerabianie ich na dzieła sztuki. Pisarka jeszcze mocniej podkręciła dramatyzm sytuacji, często eskalowała sytuację, tak że sama się dziwiłam, że Sisi daje radę to przeżyć. Do tego wątki romansowe wprowadzone przez autorkę są dość dyskusyjne, aczkolwiek, jak powiedziałam, trzeba być idiotą, by czepiać się nieścisłości historycznych w książce beletrystycznej.

Niegdyś przeczytałam w „Nagiej cytrze” pewne zdanie, które utkwiło mi w pamięci. „To szczęście przynosi mi tyle bólu”. Kwintesencja losów Sisi. Zakochany mężczyzna porzucił dla niej narzeczoną, sprzeciwił się matce, kochał ją nieustająco przez lata. Bo nie uchodzi wątpliwości, że Franciszek Józef swoją żonę kochał bardzo. Ale niespokojnym duszą to nie wystarcza. Potrzebują powietrza, tlenu, nowych wrażeń i akceptacji. Tego władczyni była pozbawiona przez lata. Czy stąd jej problemy z wagą, a raczej mówiąc wprost, domniemana anoreksja? Nikt nie słuchał tego co mówiła, ale w swojej urodzie miała władzę. To była właściwie jedyna rzecz, którą mogła kontrolować w swoim życiu. Nie dość że miała władzę nad samą sobą, to jeszcze nad tłumami, których urzekała uroda królowej.


Polecam, bo to naprawdę dobra książka. Dialogi są poprawne, zaś emocje które wywołują intensywne.
  

piątek, 20 lutego 2015

"W milczeniu" Erica Spindler

Tłumaczenie - Klaryssa Słowiczanka
Tytuł oryginału - In silence
Wydawnictwo - Harlequin
Data wydania -16 stycznia 2015
Liczba stron - 496
 
Muszę przyznać, że jestem szczerze zaskoczona. To pierwszy kryminał, który przeczytałam z niekłamaną przyjemnością. Zawsze gdy oceniałam ten gatunek, to chodziłam wokół niego na palcach, bo nie chciałam skrzywdzić dobrej książki, tylko dlatego że nie lubię danego gatunku. Tym razem jest inaczej. Ten kryminał po prostu mi się spodobał i to już powinna być wystarczająca rekomendacja.

Ale pewnie nie jest, więc przejdę dalej. „W milczeniu” opowiada o dziennikarce Avery Chauvin. Jej ojciec popełnił samobójstwo. Dziewczyna wraca do swojego rodzinnego miasteczka, by zająć się pogrzebem i zdecydować, co zrobić ze swoim życiem po tej tragicznej śmierci. Wie, że jej ojciec kochał życie, pomimo tego że ostatnio miał trudny czas. Jak ktoś, kochany przez wszystkich, mógł tak po prostu odebrać sobie życie? W Cypress Spirngs dochodzą ją coraz dziwniejsze pogłoski o zaginięciach i tajemniczych śmierciach. W Avery budzi się zmysł dziennikarski i zaczyna badać sprawę. Odkrywa, że idylliczne miasteczko na Południu nie jest wcale tak idealne, za jakie chce uchodzić.

Nie jestem znawczynią kryminałów, ale nie będę oszukiwać. Domyśliłam się, jak potoczy się fabuła już w pierwszych czterech rozdziałach. Możliwe dlatego, że oceniam tę książkę pozytywnie pod wpływem euforii, że udało mi się odkryć mordercę, dzięki moim niebywałym zdolnościom dedukcyjnym. Fakt faktem, nie było to zbyt skomplikowane... Jeśli o to chodzi to Spindler, nie popisała się szczególną kreatywnością. To że wiedziałam, kto zabił oraz to, kto jest dobry, a kto zły nie zepsuł mi przyjemności z lektury. Muszę dodać, że próby motania fabuły wychodziły dość niemrawo. To takie mało finezyjne, gdy autorka tak prostacko wkłada w usta postaci „tropy”, które tak naprawdę są tylko fałszywymi wskazówkami.

Polubiłam główną bohaterkę, choć przyznaję, że irytowało mnie jej rozmemłanie życiowe i brak zdecydowanych działań. Reszta postaci została wykreowana dość dobrze. Lubię, gdy miejscem akcji jest południe w USA, bo ludzie tam to ciekawy obiekt badawczy. Wciąż mnie zadziwiają ich kostyczne poglądy.

Trudno mi jednoznacznie ocenić język tekstu. Z jednej strony podobały mi się krótkie, dynamiczne zdania, które sprawiły, że akcja mknie, a liczba nieprzeczytanych stron niepostrzeżenie się zmniejsza. Z drugiej jednak strony całość brzmi dość topornie i mało płynnie. Nie wiem, na ile winę można zrzucić na tłumacza, który używa słów, które wyszły już z użycia typu „kto zacz”. Niektóre słowa są błędnie użyte. Wysunęłabym nawet oskarżenie, że pisarz / tłumacz nie znają słów, których używają.

Poczucie humoru pisarki przypadło mi do gustu. Spodobały mi się drobne, narratorskie żarciki. Całe rozwiązanie zagadki było dobre i przyznam, że wydarzył się pewien fakt, którego nie przewidziałam i który sprawił, że skrzywiłam się z obrzydzeniem.

Lektura „W milczeniu” jest łatwa, lekka i przyjemna. Odbieram ją pozytywnie, w ogóle się przy niej nie nudziłam, jak przy innych kryminałach. Fakt, że pisarka zastosowała znany powszechnie motyw hermetycznej, małomiasteczkowej społeczności w ogóle mi nie przeszkadzał. Trochę zabrakło mi odpowiedniej atmosfery w tej dziwnej miejscowości. Chciałabym poczuć klaustrofobiczny charakter tego miejsca, niestety nie było mi to dane. Generalnie polecam, bo nawet ja, osoba stroniąca od książek z wątkiem kryminalnym, wciągnęła się w proces dochodzenia przez Avery przyczyn śmierci w Cypress Spirngs.
4/6
7-/10
 

środa, 11 lutego 2015

Przejrzeć Anglików - Kate Fox


Tłumaczenie - Agnieszka Andrzejewska

Tytuł oryginału - Watching the English. The Hidden Rules of English Behaviour

Wydawnictwo - Muza

Data wydania -7 sierpnia 2014

Liczba stron - 624
Efantastyka
 

Jacy są Anglicy? Co to tak naprawdę znaczy „być brytyjskim”? Teoretycznie lot do Wielkiej Brytanii nie trwa zbyt długo, ale jak udowadnia autorka, inne nacje mają z Anglią tyle wspólnego co ziemianie z kosmitami. To zupełnie odmienna mentalność, poczucie humoru, obca „gramatyka zachowania”, jak sama to określa. Mnie najbardziej z tamtym krajem kojarzą się dwa różne seriale komediowe. Oba definiują angielski humor. Jeden to znany wszystkim „Latający cyrk Monty Pythona”, który aż skrzy się bystrym żartem, a szukanie w gagach nawiązań do kultury to zabawa sama w sobie. Z drugiej zaś strony jest „Benny Hill”. Tytułowa postać to podstarzały erotoman, któremu przyjemność sprawia klepanie po pupach młodych dziewcząt. I ponoć to także angielski humor. Ta różnica w sposobie żartowania obrazuje specyfikę tamtejszej kultury oraz podział klasowy i intelektualny społeczeństwa. 

Kate Fox trudni się antropologią społeczną. Jest również zastępcą dyrektora Centrum Badań Społecznych w Oksfordzie. Lubi dobrze zjeść, docenia luksus posiadania toalety w domu i centralne ogrzewanie. Dlatego w przeciwieństwie do swoich kolegów antropologów, postanowiła nie jeździć po odległych krajach, tylko zająć się środowiskiem, które zna najlepiej, czyli krajem swojego urodzenia. Absorbują ją kwestie gender, flirty, kultura pubowa, plotkarstwo, jedzenie, społeczne aspekty picia alkoholu, tematy tabu, e-maile, telefony, narkotyki, przestępstwa, przemoc, niepokoje społeczne i wiele innych. By przeanalizować kulturę brytyjską, pisarka musiała zrobić krok w tył i bezstronnie spojrzeć na zachowania swoje i rodziny. To niezwykle trudne, gdyż to, co dla Anglików wydaje się naturalne, poza Wielką Brytanią uznawane jest za dziwactwo. Nie tak prosto zdystansować się do samego siebie i przeanalizować swoje reakcje. Rzeczone badania autorka prowadziła od wielu lat, jak również realizowała liczne eksperymenty, z których niejednokrotnie wynikały zabawne sytuacje. 

Czym tak naprawdę jest narodowość? Czy to prawda, że jeden naród różni się od drugiego charakterologicznie? Wydaje się, że nie. Ilu ludzi, tyle osobowości. A jednak można określić jakiś ogólny schemat zachowań danego narodu. Jak to się dzieje? Gdy ktoś urodzi się pięćdziesiąt metrów od polskiej granicy, to nagle traci wszystkie typowo polskie cechy narodowościowe i zyskuje inne?
Książka jest obszerna i porusza wiele różnorodnych tematów. Sama wracam do niektórych ulubionych fragmentów, gdy chcę sobie przypomnieć jakąś ciekawostkę. Wiele się dowiedziałam; na przykład nie byłam świadoma, jak bardzo społeczeństwo angielskie jest klasowe i jak duże dzielą je różnice. W Polsce klasy są raczej płynne, nie tak prosto wywnioskować czy ktoś należy do grupy robotniczej, czy może do średniej niższej. Jednocześnie można „Przejrzeć Anglików” potraktować nie tylko jako wiwisekcję brytyjskiej mentalności, ale również jako podręcznik dobrych manier dla osób tam przyjeżdżających. Książka opowiada o tym, co wypada, a co jest w złym guście, a nawet bywa rażąco niegrzeczne. Ma w sobie wiele z publikacji naukowej. Dla takiej erudycyjnej literatury typowe są przypisy i ja, jako osoba nieprzyzwyczajona do zapoznawania się z takimi dziełami, byłam nimi trochę zirytowana i rozdrażniona. Rozpraszały mnie podczas czytania i nie pozwalały naprawdę wczuć się w lekturę, gdyż ciągle występowały jakieś dopowiedzenia lub odnośniki. 

Styl jest bardzo lekki , dzięki czemu „Przejrzeć Anglików” czyta się z wielką przyjemnością. Oprócz licznych przypisów nic nie wskazuje na to, że to literatura naukowa. Pisarka używa prostego języka, nie stosuje fachowej terminologii. Wręcz przeciwnie – słowo „bzykać” występuje aż za często. Irytowało mnie nieustanne odmienianie przez wszystkie przypadki „brytyjski” i „angielski”. Wiem, że to temat książki i trudno tego uniknąć, ale można by się chociaż postarać nie powtarzać ich non stop. 

Moje wnioski są takie, że każdy ma w sobie trochę z Anglika, a już zwłaszcza Polacy. Łączy nas to, że uwielbiamy narzekać, a wylewanie swoich żalów sprawia nam sporo przyjemności. Okazuje się, że angielskość to stan umysłu. Niektóre zapiski wręcz zadziwiają, typu hierarchia pogody, czyli rozpiska dotycząca najlepszej i najgorszej aury w Wielkiej Brytanii. Pisarka przedstawia taką oto gradację:
słonecznie i ciepło/letnio
słonecznie i chłodno/zimno
pochmurno i ciepło/letnio
pochmurno i chłodno/zimno
deszczowo i ciepło/letnio
deszczowo i chłodno/zimno
Prezentuję ją po to, by pokazać, jakimi absurdalnymi sprawami autorka się zajmuje. Nie wszystkie są takie, ale niektóre rozdziały i teorie uważam za zbyt wydumane. 

Polecam tę książkę fascynatom kultury brytyjskiej. „Przejrzeć Anglików” jest zabawna, (auto)ironiczna i bardzo lekka. Pisarka używa codziennego słownictwa i tekst czyta się bardzo szybko. Szczerze polecam, wszak wiele można się dowiedzieć. Dla ludzi niezainteresowanych angielskością ta wielka publikacja może być nużąca. Mnie się podobała i szczerze ją rekomenduję.
7/10


 

wtorek, 6 stycznia 2015

"Frida Kahlo 1907-1954. Cierpienie i pasja" Andrea Kettenmann

wydawnictwo: Taschen
data wydania: 2005
liczba stron: 96

Frida Kahlo była malarką meksykańskiego pochodzenia. Kaleka, komunistka, żona sławnego męża. Być może znacie ją z filmu o zaskakującym tytule „Frida”. Główną bohaterkę zagrała Salma Hayek. Twórczość Fridy zakwalifikowano do surrealizmu, jednak malarka odcinała się od tych etykietek. Surrealiści malują sny, rojenia, oniryczne wizje. Frida malowała prawdę. Posługiwała się własnym językiem symboli. Malowała własny ból, własne cierpienie, swoje męczeństwo i martyrologię.


„Chciałabym cię namalować, lecz brakuje kolorów, bo jest ich tak wiele, w mojej dezorientacji, namacalnej formie mojej bezbrzeżnej miłości.”

W 1925 roku autobus, którym jechała miał wypadek. Metalowy pręt wybił się jej w miednice, przez to nie mogła mieć dzieci. Miała jedną nogę krótszą, a przez całe życie odczuwała ogromny ból z powodu źle zrośniętego kręgosłupa. Przechodziła długą rekonwalescencje. W czasie powrotu do zdrowia odkryła swój talent malarski. Postanowiła zacząć na nim zarabiać. Udała się do uznanego malarza Diego Rivery. Mimo znacznej różnicy wieku oraz faktu że Diego był szpetnym człowiekiem z licznym gronem kochanej, Frida zakochała się i szybko wzięli ślub. Malarka zaakceptowała jego liczne romanse, bo uważała, że naprawdę darzy uczuciem tylko ją. Ponadto łączy ją z nim, coś znacznie większego i głębszego. Choć zdrady męża raniły ją, próbowała normalnie żyć u boku swojego męża.

„Mam kocie szczęście, gdyż niełatwo umieram, a to już coś.”
Diego nie miał pretensji o jej kochanki, ale kochanków nie tolerował. Mawiał, że nie lubi się „dzielić szczoteczką do zębów”. Wielokrotne poronienia, ciągły ból psychiczny i fizyczny widać na obrazach Fridy Kahlo. Andre Breton określił jej twórczość w ten sposób „kokarda zawiązana na bombie”. Odniosła sukces w Paryżu, Luwr kupił jej obraz. W międzyczasie Diego zdradzał Fridę z jej siostrą Cristiną.

 
"Po co mi stopy, skoro mam skrzydła?"
To zarys historii tej intrygującej kobiety. Powyższa książka w rewelacyjny sposób przedstawia życie Kahlo, ze wszystkimi blaskami i cieniami malarki. Co ważniejsze życiorys został skorelowany z obrazami Fridy, bo nie da się rozumieć jej sztuki bez znajomości biografii. I odwrotnie. Oba te aspekty są ze sobą mocno powiązane, przenikają się, tworząc niezwykły język symboli. Dopiero, gdy dowiemy się, kiedy i w jakich okolicznościach powstał dany obraz, zrozumiemy jego zawiłą symbolikę. W tych obrazach zaprezentowany jest cały ból. Krzyk rozpaczy kobiety, która kocha i decyduje się zawsze na mniejsze zło. Ostatnie zdanie w dzienniku Fridy brzmiało: „Mam nadzieję, że śmierć jest radosna. Mam nadzieję, że nigdy nie wrócę”. To dramatyczny apel artystki, która ma dość życia, chce w końcu odpocząć od bólu fizycznego i psychicznego. Obu miała aż nadto. Nadzieja, że śmierć jest końcem ostatecznym. Takim, w którym nie będzie więcej bólu, cierpienia, smutku. Tylko nicość totalna.

„Piłam, bo chciałam utopić swoje smutki, ale teraz te cholerstwa nauczyły się pływać.”
Język teksu tej dobry, rzeczowy, w jasny sposób przekazujący treść. Książka urozmaicona jest licznymi reprodukcjami obrazów. Wspaniała monografia jeszcze wspanialszej artystki. 7/10

Swoją drogą, nazwałam swojego kota Frida. Co ciekawe i smutne zarazem wypadła mi z balkonu. Miała uszkodzone biodro – jak Frida Kahlo, dlatego też została prędko przemianowana na Fifi. Może jestem zbyt przesądna, ale to naprawdę nieszczęśliwe imię.

Obrazy Fridy Kahlo.

sobota, 27 grudnia 2014

Mroczny trop - Alex Kava

Tłumaczenie: Katarzyna Ciążyńska
Tytuł oryginału - Breaking Creed
Wydawnictwo - Harlequin Enterprises
Data wydania - 19 listopada 2014
Liczba stron - 320

Serię o policjantce Maggie O'Dell znają chyba wszyscy chociażby ze słyszenia. Historie Alex Kavy są bardzo popularne, a książki sprzedają się na pniu. Coraz to nowe dzieła tłumaczone są natychmiast, tak że światowe premiery zbiegają się z wydaniem polskim. Nawet na tłumaczenie Rowling trzeba było poczekać trochę dłużej. Wygląda na to, że Pani Kava musi być fantastyczną autorką... Jej rodzice nigdy nie wspierali jej twórczych ambicji. Pracowała we własnej agencji reklamowej, ale rzuciła pracę, by zająć się zawodowo pisaniem. Należy do organizacji zrzeszających pisarzy thrillerów, a także do podobnej, ale obejmującej swoim zasięgiem jedynie kobiety „sisters in crime”.

Czy jest naprawdę tak fantastyczną pisarką? Ma swoje lepsze momenty i gorsze, ale cóż, nie powala na kolana. Nie jest czymś, co można nazwać przełomem czytelniczym w moim życiu. Przyznaję, że się poprawiła. Kilka ostatnich części czytało mi się z trudem. „Mroczny trop” to lekki zwrot ku lepszemu w stosunku do ostatnich powieści. Niestety zwrot jest delikatny, to jeszcze nie to, co było na początku, ale pisarka idzie w dobrym kierunku.

Akcja toczy się dwutorowo. Z jednej strony narracja prowadzona jest przez Rydera Creeda. To znany treser psów, który pomaga, razem ze swoimi podopiecznymi, w tropieniu przemytników narkotyków. Tym razem bierze udział w zatrzymaniu statku przez Amerykańska Straż Wybrzeża. Odnajdują w nim tylko grupkę przerażonych dzieci... Jakie mają powiązanie z narkotykami?
Maggie zaś prowadzi dochodzenie w sprawie brutalnych morderstw. Wszystkie ofiary były torturowane przed śmiercią przy pomocy różnorakich insektów. Ścieżki Creeda i policjantki znów się krzyżują. Co z tego wyniknie?

Żeby nie było, że jestem wiecznie na nie: „Mroczny trop” czytało mi się lekko, łatwo i przyjemnie. Akcja była wystarczająco szybka, bym się wciągnęła, ale jednocześnie na tyle jednostajna, by autorka mogła ładnie opisywać świat przedstawiony. Powieść jest milion razy lepsza od poprzedniczek, ale nadal jej czegoś brakuje. Czegoś wyjątkowego, co sprawia, że książka zapada w pamięć i nie pozwala wyrzucić się z głowy. „Mroczny trop” zaskakuje i przyznam, że nie domyśliłam się, kto zabijał. Sprawiło to, że czytałam z zainteresowaniem do ostatniej strony. Niestety powieść nie wywołała we mnie dużych emocji. Co najwyżej jakieś zalążki, których Alex Kava nie potrafiła rozwinąć umiejętnym opisywaniem fabuły. Dlatego w dużej części byłam obojętna na losy postaci.

Do tego dochodzą błędy logiczne. Maggie O'Dell to profilerka – tworzy profile psychologiczne morderców. Wszystko ładnie, pięknie, ale z fabuły wynika, że ona prowadzi regularne śledztwa. Czy tylko mnie tu coś nie gra?

Stylistyczne książka ujdzie w tłumie. Całkiem interesujące opisy i dość naturalne dialogi, czynią „Mroczny trop” zdatnym do czytania. To właśnie taki idealny kawałek literatury przeznaczony do odprężenia. U mnie powieść ta trafiła na idealny czas, gdy przytłoczona literaturą staropolską z radością sięgnęłam po coś niezbyt wyrafinowanego. W dużej mierze zaciekawiła mnie dlatego, że nigdy wcześniej nie czytałam powieści dotyczącej kartelu narkotykowego. Motyw ten został przez autorkę wykorzystany wyjątkowo umiejętnie i logicznie. Niestety brak tu jako takiego dochodzenia, raczej główni bohaterowie kręcą się wokół własnej osi, mając nadzieję, że dowody same wpadną im w ręce, co zresztą się dzieje. W tym dziele, jak w pozostałych tej pisarki, psychologia została zupełnie pominięta. Portrety psychologiczne są dość nudne i nie ma w nich nic ciekawego.

To naprawdę dobra powieść w dorobku Alex Kavy. W porównaniu z poprzedniczkami – jest wręcz dobra. Polecam miłośnikom jej twórczości. Ach i nie zwracajcie uwagi na ten sztampowy tytuł. Oryginał ma o wiele lepszy i mniej oklepany.


piątek, 14 listopada 2014

"Boski tarot" + "8 prostych kroków do szczęścia według Buddy"

Jest wiele pięknych talii kart tarota. Większość z nich to prawdziwe, miniaturowe dzieła sztuki. Marzy mi się wiele talii, bo prawie każda ma chociaż jedną wyjątkową kartę, dla której warto zakupić cały komplet.

Boski Tarot sprawia, że świat wiruje użytkownikowi w głowie. Barwy atakują i porażają swoją intensywnością. Symbolika jest jasna i klarowna. W przypadku tej talii kart sprawdza się stwierdzenie, że nie trzeba uczyć się na pamięć symboliki, wystarczy spojrzeć na każdą kartę, przeanalizować obrazek i to wystarczy. Momentami męczą swoją soczystością i nasyceniem, ale to tylko momenty, gdy jestem utrudzona. Zazwyczaj mnie zachwycają i bardzo mi się podobają. Myślę, że to jeden z lepszych tarotów, jaki mi się trafił. Momentami książka dołączona do talii mówiła mi za mało na temat kart, ale od czego jest Internet. To nie problem w dzisiejszych czasach.

Karty są solidne i trwałe, oprócz pozłacanego brzegu, który pozostał mi na dłoniach już po paru użyciach. Dołączony został przecudowny, czarny, elegancki woreczek.

Ciro Marchetti to absolwent Croydon Collegue of Art. Oraz laureat licznych konkursów artystycznych. To grafik komputerowy, a jego dzieła były wielokrotnie umieszczane i doceniane w różnych publikacjach. Wydał już kilka inna talii np.: Pozłacany Tarot.

Te karty są intensywne i jak by to powiedzieć – „na bogato”. Początkowo oszałamiają, później, gdy lepiej je poznałam, zapał maleje i zaczynają irytować. Jak w każdej przyjaźni, teraz nastąpił etap akceptacji swoich wad i pokochania się.
7/10


Od 11 lat jestem buddystką. Przez długi czas mieszkałam w bardzo konserwatywnym mieście, choć mieście wojewódzkim, i z innymi wyznawcami miałam kontakt jedynie okazjonalnie lub przez Internet. Teraz mieszkam w ośrodku równie konserwatywnym, ale na tyle dużym, że znajdzie się miejsce nawet dla buddystów.

Buddyzm, wbrew pozorom, daje proste odpowiedzi. Dlaczego człowiek jest nieszczęśliwy? Bo świat nie jest taki, jakiego oczekuje. A świat nie ma obowiązku spełniać naszych oczekiwań. Nikt nie ma takiego obowiązku. Szczęśliwi możemy być, nie mając oczekiwań. Radość wypływa z wnętrza i może być niezależne od ludzi, przedmiotów czy zdarzeń.

Autor to mnich, doktor filozofii, napisał wiele książek dotyczących duchowości między innymi: „Medytacje buddyjskie”. Wykłada na Uniwersytecie Amerykańskim (nie znalazłam informacji, jakim, a na stronie wydawnictwa widnieje tylko taka enigmatyczna informacja). Uczy także buddyzmu. Prowadzi szkolenia i kursy medytacji. Jego lekcje cieszą się ogromną popularnością. W 2003 roku wydał swoją autobiografię „Podróż do uważności”.

Wiele rzeczy, które powinny nas czynić szczęśliwymi, w rzeczywistości stanowi źródło cierpienia. Autor „Medytacji buddyjskich” tym razem wskazuje najprostszą drogę do szczęścia, którą można osiągnąć dzięki 8 prostym krokom. W tej publikacji podsumowuje naukę Buddy o dążeniu do wewnętrznej radości oraz wiedzę psychologiczną o zdrowym stylu życia. Z jego pomocą nauczysz się eliminować te przeszkody, które blokują dotarcie do szczęścia. Dzięki temu uświadomisz sobie co dla Ciebie jest najważniejsze i osiągniesz spełnienie. Dostrzeżesz rzeczy i sprawy takimi, jakie są naprawdę, bez zbędnych emocji. Pozbędziesz się codziennego stresu, a zyskasz radość, która będzie Ci towarzyszyła nie tylko krótką chwilę, ale pozostanie z Tobą na zawsze. Twoje szczęście zależy od Ciebie.


W pierwszym rozdziale autor przedstawia podstawowe założenia buddyzmu w dużym skrócie. Opowiada o prawie przyczyny i skutku, Czterech Szlachetnych Prawdach, świadomości oraz umiejętnego zrozumienia.

W drugim dziale pisarz opowiada o podstawowych kwestiach, które musi opanować Buddysta – wybaczanie, odpuszczanie, życzliwość, odpuszczanie oraz umiejętne myślenie. Krokiem trzecim zaś jest umiejętne mówienie, czyli mówienie prawdy, przyswojenie prawdy, że słowa nie są bronią, mówienie łagodne, unikanie czczego gadania.

W kolejnych nauczyłam się umiejętnie działać oraz zarobkować. Umiejętny wysiłek jest tematem następnego rozdziału. Pan dr Bhente Henepola Gunaratana kończy, ucząc koncentracji i świadomości.

To bardzo dobra książka. W prosty sposób wyjaśnia skomplikowane prawdy. Autor potrafi jasno tłumaczyć, co jest dobrą cechą wykładowcy. Polecam osobom, które zainteresowane są buddyzmem.  

poniedziałek, 15 września 2014

"Czas zniw" Samantha Shannon



Tłumaczenie: Regina Kołek
Tytuł oryginału: The Bone Season
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: 6 listopada 2013
Liczba stron: 520

Zawsze uważałam, że pisarstwo to rzemiosło, którego należy się uczyć przez bardzo długi czas, by na końcu tej edukacyjnej drogi osiągnąć doskonałość. Dlatego też sądziłam, że żaden debiutant nie jest w stanie stworzyć dobrej książki, przez co miałam niezbyt wygórowane oczekiwania wobec pierwocin. A jednak zostałam zaskoczona! Jakież wielkie było moje zdziwienie, że tak ciekawą, nieszablonową i poprawną powieść można stworzyć w tak młodym wieku. Samantha Shannon ma zaledwie dwadzieścia dwa lata, a już zdążyła ukończyć studia na Oksfordzie, co z mojej perspektywy jest wręcz niewiarygodnym osiągnięciem. „Czas żniw” to początek siedmiotomowego cyklu i, jak sądzę, to również początek wspaniałej kariery pisarskiej.

Rzecz ma miejsce w przyszłości, w roku 2059. Magia została zakazana wiele lat temu, a osoby, które posiadają nadnaturalne zdolności, są wywożone do kolonii karnych. Paige Mahoney jest śniącym wędrowcem, czyli potrafi wpływać na czyjeś senne krajobrazy. Jej pracodawca, Jaxon Hall, pełni funkcję mim-lorda w jednym z największych syndykatów przestępczych w Londynie. Główna bohaterka to jego faworyta i następczyni w jednym. Paige to niezwykle pechowa dziewczyna. Przez swoją lekkomyślność zostaje schwytana podczas nagonki policyjnej na osoby nadnaturalne, a potem przetransportowana do Oksfordu – legendarnej kolonii karnej stworzonej na dwieście lat przed akcją przedstawioną w książce. Rządzą w niej przybysze z zaświatów, Rafaici, którzy życzą sobie, by Syjon oddawał im haracz w ludziach. Paige dopiero, gdy tam trafi, dowie się, jak cenna jest jej moc, i jak wiele osób pragnie ją przywłaszczyć. Protagonistka postanawia stawić zaciekły opór i spróbować uratować siebie, świat i innych współtowarzyszy niedoli. Czy samotna dziewczyna może uratować ludzkość przed Rafaitami?

Po tym jak Suzanne Collins wydała „Igrzyska śmierci”, które stały się kasowym hitem, niczym grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się kolejne powieści dystopijne. Większość z nich to imitacje i na dodatek mierne, jednakże świat stworzony przez Shannon jest rewelacyjny i nieszablonowy. Londyn w 2059 roku to rozległa rzeczywistość, opisana i wykreowana od przysłowiowego A do Z. Wspaniała atmosfera brytyjskiego miasta została zachowana, zaś fantastyczne elementy, opisane w najdrobniejszych szczegółach, dodają wyśmienitego posmaku niezwykłości. I choć przez natłok informacji nie było mi lekko odnaleźć się w tym imaginarium, to jednak podziwiam i boję się tamtej przestrzeni. Autorka umieściła słowniczki, opisy, drzewa genealogiczne osób obdarzonych magicznymi zdolnościami, czyli zrobiła, co mogła, by ułatwić „wgryzienie się” w świat przedstawiony. Oczywiście żaden opis, nawet najdoskonalszy, nie zastąpi wyobraźni czytelnika. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak ciekawą wizją i muszę przyznać, że przeraża mnie ona, bo gdyby odczytywać ją jako zapis historii świata, to ludzkie żniwa zdarzały się nie raz. Kulturę, prawdę, cywilizację i sztukę budowano od zawsze rękoma innych. I należy pamiętać, jak całkiem niedawno naziści pokonywali całe narody, a mianowicie odzierając ich z godności i działając tak, by swoją agresję ofiary skierowały na własnych pobratymców. Rafaici czynią bardzo podobnie. Od razu widać, że bliżej tej książce do „Opowieści podręcznej” Margaret Atwood, czy też wizji świata z komiksu „V jak Vendetta”, niż do „Igrzysk śmierci”. Jestem zachwycona wyobrażeniem przyszłości, jaką zaprezentowała Shannon.

Bardzo polubiłam główną bohaterkę. Teoretycznie to typowa protagonistka dla takich książek młodzieżowych, czyli jako jedyna sprzeciwia się systemowi, jest odważna i butna, ale w praktyce ma w sobie coś realnego. I pomimo że Paige to młoda dziewczyna niestabilna emocjonalnie, cechuje ją w tym wiarygodność w swoim postępowaniu i za to obdarzyłam ją sympatią. Reszta bohaterów, mimo ich ogromnej ilości, została dobrze scharakteryzowana, co jest wspaniałą umiejętnością. Postacie to nie jednowymiarowe kukiełki, każda z nich posiada złożone charaktery, dobre i złe cechy. I tak chociażby Jaxon, jest wyrachowanym manipulatorem i posiada nad Paige ogromną władzę, gdy ta potrzebuje pomocy, staje na wysokości zadania.

Podobało mi się nie tylko uniwersum, ale i dzieje Śniącej Wędrowczyni. Oczywiście widać schemat w fakcie, że samotna dziewczyna ma uratować świat, jednak zostało to przedstawione tak nowatorsko i bardzo nietypowo, iż śmiem twierdzić, że pisarka nadała sztampowym motywom nowy koloryt. To opowieść o dojrzewaniu do tego, by dokonywać samodzielnych wyborów. Zanim Paige trafiła do Oksfordu ludzie z jej otoczenia podejmowali za nią wszystkie decyzje. Los rzucał ją to tu, to tam, dokonując wyborów – szczęśliwych bądź nie. W tamtych potwornych warunkach uświadamia sobie, że jedyną drogą jest wzięcie steru życia we własne ręce, gdyż ani jej ojciec, ani Jaxon, ani nawet Naczelnik, czyli osoba, która opiekuje się nią w kolonii, nie przeżyją za nią żywota i nie wybiorą drogi.

Polubiłam styl, jakim został napisany tekst. Po przeczytaniu pierwszych rozdziałów mogłam przypuszczać, że autorką powieści jest osoba oczytana. Wielokrotnie odnosiła się ona do klasyków literatury, chociażby w tytułach rozdziałów, które są nazwami wierszy Johna Donne’a. Łatwo można dostrzec inspirację Emily Dickinson w ogólnej poetyce dzieła, ale też Charlotte Bronte, a cytat pochodzący z „Jane Eyre” jest mottem książki. Na końcu powieści, oprócz słowniczka, znalazłam listę piosenek, które występują w dziele. To piękna, klasyczna lista gigantów muzyki począwszy od Chopina, na Franku Sinatrze skończywszy. Wiara w gust muzyczny mojego pokolenia jeszcze nie umarła.

Nie przypadło mi to pokraczne poczucie humoru, które nijak mi nie odpowiadało. Wiem, że teraz modnie jest kreować główną bohaterkę na kick ass heroine, jednakże gdy ta konwencja zostanie wymuszona, to się nie sprawdza. Wydukane cięte riposty tracą siłę rażenia. Paige, w towarzystwie Naczelnika, miotają ambiwalentne odczucia, dlatego, znając jej emocje, ironiczne powiedzenia stają się nienaturalne.

„Czas żniw” to jeden z najlepszych debiutów literackich, z jakimi się zapoznałam. Polecam osobom, które lubią silne bohaterki i ciekawy świat przedstawiony.