Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/10. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 lipca 2018

Filmowo #6


„Absolwent”
Młody chłopak –Benjamin nie ma pomysłu na dalsze życie po studiach. Nieoczekiwanie w romans wciąga go dużo starsza od niego pani Robinson.
Film kultowy, wielokrotnie nominowany do Oscara, koniec końców nagrodzony jedną statuetką. I tak naprawdę to nie wiem za co. Nie wiem zupełnie, co reżyser chciał powiedzieć i czy w ogóle cokolwiek chciał mówić. Może ja uparcie doszukuje się jakiegoś drugiego dna, a to po prostu historia niezwykłego romansu? Może to po prostu banalna historia kobiety w średnim wieku, która chce sobie udowodnić, że wciąż jest atrakcyjna i wykorzystuje w tym celu naiwnego chłopca. Tylko jaką rolę odegrała w tym jej córka? Co reżyser miał na myśli wprowadzając te postać. A raczej tę piękną kukłę, bo ekranowa Elaine jest tylko urodziwa. Stoi i jest kukłą bez charakteru, czy portretu psychologicznego.
Ale to nie jest zły film. Wykonanie jest genialne. Długie ujęcia, młody Dustin Hoffman i muzyka, która towarzyszyć mi będzie jeszcze długo. Ale nic poza tym. Dobry dramat obyczajowy z elementami groteski. 6/10

 

„Wybuchowa para”

Film, którego jedyną wartością jest umięśniona klatka piersiowa Toma Cruza i seksowne ciało w bikini Cameron Diaz. Momentami było nawet zabawnie. 3/10

 

„666 Park Avenue
 „666…” to taki soft horror. Z mroczną atmosferą. Mamy stary budynek z tajemniczymi przejściami i ukrytymi schodami, mamy duchy, zjawy, wizje, tajemniczą sektę, a to wszystko buduje tajemniczy i niepowtarzalny klimat. Aktorzy zostali świetnie dobrani, a muzyka wzmagała te delikatną grozę towarzyszącą oglądaniu odcinków. Podkreślę jeszcze genialną rolę Terry’ego O'Quinn’a (znanego z Lost). Wspaniale wykreował postać enigmatycznego właściciela Drake’a. Przez długi czas pozostaje niezdefiniowany pod względem moralnym, a jego pojawienie się na ekranie wywołuje dreszcz. Żałuję, że serial został anulowany. Najważniejsze wątki zostały domknięte, choć bardzo topornie. Ale drobniejsze wątki pozostały bez wyjaśnienia. Ostatnie epizody zostaną wyemitowane podobno w te wakacje, co bardzo mnie cieszy. Może wówczas wszystko zakończy się z klasą. 7/10

„Alcatraz”
Kolejny anulowany serial, który zaczęłam oglądać. Podoba mi się klaustrofobiczna atmosfera. Jest lekko mroczny, tajemnice nakładają się na siebie, a rozwiązanie zagadki powracających skazańców, popełniających morderstwa, nurtuje i przyciąga do dalszego oglądania serialu.
W większości gra aktorska mi się podoba. Nie odpowiadają mi tylko typowo amerykańskie zagrywki. Głowna bohaterka – seksowna blondynka, naturalnie sierota (widz musi jej współczuć i podziwiać, że kobieta bez rodziców tyle osiągnęła!), robi groźną minę, podczas scen w deszczu, uzewnętrzniania się pomiędzy rozwiązywaniem różnorakich spraw kryminalnych. Może jestem przeczulona, ale odrzuca mnie to.  Do tego serial po prostu jest nijaki. Nie wzbudza wielkich emocji. Autorzy lecą schematem i właściwie nie ma w sobie nic zaskakującego. Ogólnie na plus 5/10

piątek, 29 lipca 2016

„Klątwa tygrysa. Wyprawa” Colleen Houck

Kelsey udało się wyrwać ukochanego Rena z rąk Lokesha, ale to nie oznacza, że powrotu do sielankowych dni. Mężczyzna nie pamięta swojej ukochanej. Co więcej, jej dotyk sprawia jej ból. Nastolatka cierpi, bo Ren ciągle ją odtrąca. Czy dziewczyna będzie miała siłę walczyć o swoją miłość, czy może odnajdzie ukojenie w bezpiecznych ramionach Kishana?
Tymczasem klątwa wciąż nie została złamana. Odważna drużyna w składzie – nastoletnia kretynka Kelsey, idealny mężczyzna nr 1, czyli Ren, idealny mężczyzna nr 2, czyli Kishan oraz wikipedia zwana panem Kadamem. Wszyscy wiedzą, że ten kosmiczny team w mig rozwiąże wszystkie zagadki. W tym tomie zmierzą się z pradawnymi smokami…


„Każdy podejmuje w życiu decyzję - jest mordercą, albo ofiarą”.


Zacznę od pozytywu – poprzednia część była dużo, dużo gorsza. „Wyzwanie” sięgnęło mroków samego dna. Ta część dna nie osiąga, ale nie ma także żadnej rewelacji. Koniec pozytywów. Ta seria jest zlepkiem innych powieści. Szczególnie widać inspirację „Zmierzchem” i „Pamiętnikami wampirów”. Nie sposób ją za to zganić, bo od początku jasno i głośno wszystkich informowała o tym, kto dał jej natchnienie. Mimo wszystko nie lubię, gdy ktoś pisząc książkę się mocno sugeruje inną powieścią i miałam wrażenie déjà vu.

Jednym z gorszych elementów powieści są bohaterowie. Kelesy nie zachowuje się jak nastolatka, tylko jak permanentną idiotka. Nie myśli o sobie, o swoim życiu, o swojej przyszłości, tylko o braciach. Całkowity altruizm. Albo zwyczajne zaślepienie. Obstawiałabym to drugie. Miota się miedzy dwoma idealnymi chłopcami, udowadniając tym samym jej kompletny brak mózgu. Autorka jednak ze wszystkich sił pragnie wykreować ją na intelektualistkę z marnym skutkiem. Jej nagłe błyski intelektu są raczej śmieszne niż wiarygodne. Dwaj bracia są po prostu idealni. Nic więcej o nich nie można powiedzieć.

„Mądrzy ludzie traktują swoje życie jak kamienie, po których można przejść przez szeroką rzekę , każdy z nas od czasu do czasu ześliźnie się i wpadnie do wody. Nikt nie jest w stanie przekroczyć rzeki suchą nogą. Sukces polega na dotarciu na drugi brzeg, niezależnie od ilości błota w butach. Żal odczuwają ci którzy nie rozumieją po co żyją”.

Dlaczego tym razem jest lepiej? Dlatego, że miłosnych westchnień jest nieznacznie mniej, a te wolną powierzchnię wykorzystano na przyśpieszenie akcji. Dzięki temu książka mnie wciągnęła i trwałam przy tym chłamie, bo chciałam poznać zakończenie powieści i rezultat spotkań ze smokami.

„Miłość może pokonać wiele przeciwności. To skarb, wart więcej niż te wszystkie cuda. Najpotężniejsza magia we wszechświecie”.

Styl tradycyjnie fatalny. Infantylny język, sztuczne dialogi, ogólny brak polotu. Objętość książki tworzą rozległe opisy przerażająco nudne. Autorka raczy czytelnika śmiesznie rozwleczonymi opisami jedzenia (nawet hamburgera), funkcjonowania statku (bez tej wiedzy mogłabym żyć) i milionowy opis wspaniałego wyglądu, któregoś z braci (rozumiem raz, ale żeby w każdym rozdziale?!?!).

Chyba najbardziej barwną postacią, odznaczającą się charakterystyczną umysłowością była Randi. Nie zdradzę Wam kim ona jest, ale swoją pustotą wprowadza humorystyczny akcent do serii. Przynajmniej ona jest celowo absurdalna. Reszta jest absurdalna przez przypadek.

„Chcę dać jej wszystko, co najlepsze. Chcę ją uszczęśliwić. Chcę ją sobie przypomnieć. Chcę móc jej dotykać. Chcę ją kochać”.


Autorka uchwyciła dość dobrze atmosferę dalekich krain i w pewnym momencie ta historia mnie wciągnęła. Bazuje na mitologii indyjskiej, a ja jako laik w tej kwestii byłam zachwycona pomysłami autorki. Jest odrobinę lepiej. 3/10

sobota, 29 sierpnia 2015

Prowincja pełna marzeń - Katarzyna Enerlich

Liczba stron: 368
Wydawnictwo MG


Tę serię zaczęłam czytać od tyłu. Nie powiem, że celowo, ale postąpiłam słusznie. Czego by o pani Enerlich nie mówić to jednak się rozwija. Pewnych wyróżników swojej twórczości się nie pozbędzie, jednakże widać dużą różnice między pierwszym tomem a siódmym. Gdybym zaczęła czytać, po bożemu, od początku to szybko bym się zniechęciła, bo „Prowincja pełna marzeń” jest infantylna, źle napisana i po prostu głupia.

Ludka to kobieta po 30, która ma pracę, którą lubi i spokojne życie. Niestety, w pracy następują zmiany kadrowe przez co staje się podwładną wrednego Artura. Nowy zwierzchnik stara się jej utrudnić pracę ze wszystkich sił. Kobieta nie załamuje się jednak i postanawia walczyć. Warto dodać, że wokół niej kręcą się liczni adoratorzy, a każdy ma coś innego do zaoferowania. Kogo wybierze?

Chyba każdy słyszał o lawendowych polach Prowansji, czy włoskich stokach skąpanych w promieniach słonecznych. I tutaj pragnę postawić pytanie - czy polską, swojską przyrodę też da się opisać tak barwnie i rozkosznie? Czy polskie mazury mogą być rajem na ziemi? Katarzyna Enerlich próbuje zaprezentować rodzime krajobrazy jako raj na ziemi, ale wychodzi jej to z marnym skutkiem. Zabrakło w tej powieści autentycznego prowincjonalnego charakteru, prawdziwej małomiasteczkowości. Doceniam starania. Na pierwszy rzut oka widać, że pisarka chciała oddać hołd swoim rodzinnym stronom, jednakże momentami było zbyt wiele historii. Akcja powieści była powolna, a historyczne wstawki jeszcze bardziej ją spowalniały, za sprawą czego brnie się przez tę powieść jak przez błoto. Opowieści o jedzeniu są zaś bardzo niezgrabne, wymuszone i nieciekawe. Mam wrażenie, że autorka chciała połączyć powieść obyczajową z panegirykiem Mazur. Wyszło z tego dziwne połączenie nudnej literatury dla gospodyń domowych z kiepską książką kucharską i jeszcze gorszym przewodnikiem po krainie jezior.

Główna bohaterka jest dziennikarką, więc można by uznać, że z językiem polskim jest za pan brat. Tak jednak nie jest. Enerlich daje czytelnikowi wątpliwą przyjemność słuchania rozważań Ludmiły w narracji pierwszoosobowej. Tym sposobem poznałam nie tylko wiele jej głupiutkich myśli. Dowiedziałam się, że dziennikarka wcale nie musi znać słowa „target”. Jak również tego, że kobieta po trzydziestce wcale nie musi być dorosła i o zgrozo zdarza jej się uprawiać seks. Koleżanki Ludmiły nie były tego świadome, co sprawiło, że Ludka często się rumieniła. Wszak to takie upokarzające – seks! Przy tym wszystkim główna bohaterka jest rozwiązła i dość głupia. Nie, wcale nie dlatego że sypia z wieloma mężczyznami. Nie jestem z tych oceniających. Jest głupia i rozwiązła, bo sypia z każdym, kto tylko sobie tego zapragnie. Nie ma znaczenia, czy go lubi, czy jest nim zainteresowana, czy jej się podoba. Stoi mu penis? Wystarczy. A że wokół protagonistki kręci się wielu dżentelmenów to kobieta nie nadążą z rozkładaniem nóg. To postać bez charakteru, własnego zdania (co z tego że krzyczy na swojego naczelnego, skoro nie jest w stanie odmówić seksu, gdy go nie chce?) i szacunku do samej siebie. Całe szczęście, że choć trochę dojrzewa w kolejnych częściach, choć ta niestabilność emocjonalna jej zostaje. Kobieta nie posiada również poczucia humoru, przez co całokształt jest ciężki i męczący.

O tych pseudomężczyznach to już w ogóle nie powinnam wspominać. Jeden gorszy od drugiego. Każdy jeden bez rozumu, polotu i umiejętności wychwytywania żartów. Wszyscy wszystko biorą w stu procentach poważnie i jeszcze Enerlich życzeniowo pisze, że Polacy są tacy spontaniczni. Na pewno nie jej bohaterowie, którzy nie potrafią rzucić nawet najdrobniejszym żartem.

Dialogi są sztuczne, wymuszone, prowadzone przez roboty. To pokłosie braku poczucia humoru oraz kiepskiego prowadzenia narracji. Czytelnika też traktuje się jak idiotę i tłumaczy najprostsze pojęcia. Do tego ten wątek miłosny... Jest tak dziecinny, że głowa mała. Chyba w żadnej młodzieżowej powieści nie czytałam takich bredni. To wręcz wstyd, by pisać takie kiepskiej jakości bajki.

Później będzie lepiej, obiecuję. Nie jakoś bardzo, wciąż będzie infantylnie i nudnawo, ale za to bardzo magicznie. Nastrój w tej serii stworzy się z czasem. Jeśli tylko wytrzymacie to polecam osobom, które pragną magii w swoim codziennym dniu. Wiem, że niektórym potrzeba trochę pretensjonalnych marzeń i nie ma w tym nic złego.

3/10

sobota, 1 sierpnia 2015

"Człowiek, który był Chestertonem" Krzysztof Sadło

Liczba stron: 144

W ramach poszukiwań chrześcijańskiego myśliciela, którego będę tolerować, wyjąwszy C. S. Lewisa, postanowiłam, że zapoznam się z Gilbertem Keithem Chestertonem. Jednakże uznałam, że nie dam się oszukać lub zirytować i najpierw poznam ogólnikowe poglądy myśliciela nim zagłębię się w jego utwory. Pech chciał, że na wikipedii (współczesne źródło podstawowej wiedzy) niewiele znalazłam na jego temat. Stąd ta krótka biografia. Dzięki niej mogłam poznać i przygotować się do ewentualnego czytania utworów Chestertona. Postąpiłam bardzo słusznie, ponieważ jego postać mnie zirytowała i wyjątkowo rozdrażniła. Nawet jeśli widzę w jego osobie kilka plusów, to jednak jak większość chrześcijańskich myślicieli nie odpowiada mi. Z tego co wnioskuję G. K. Chesterton to wybitny pisarz o przenikliwym umyśle i niesztampowych poglądach. Ponoć jego dzieła bardzo lubi papież Franciszek. 21 sierpnia biskup Peter Doyle podjął starania, by pisarz został beatyfikowany. „Człowiek, który był Chestertonem” autorstwa Krzysztofa Sadły opisuje sylwetkę chrześcijańskiego myśliciela i prezentuje go jako proroka naszych czasów. Pan Krzysztof Sadło to katolicki ewangelizator i publicysta, z wykształcenia zaś to politolog. Specjalizuje się w filozofii polityki, chrześcijańskiej apologetyce i katolickiej nauce społecznej. Zajmuje się badaniem G. K. Chestertona, jak również spuścizny teologiczno filozoficznej Benedykta XVI. Urodził się w 1987 roku.

Pominę informacje dotyczące roku urodzenia Chestertona i inne tego typu rzeczy, ponieważ jeśli ktoś chce i pragnie go poznać, odnajdzie je sam, choćby w niniejszej biografii. To czołowy angielski intelektualista obok np.: swojego przyjaciela Bernarda Shawa, czy też Wellsa. A szkoda, bo w dzisiejszych czasach Chesterton byłby bardzo na czasie. Otóż, można powiedzieć, że był libertarianinem, stanowczo przeciwstawiał się socjalizmowi, ale również demokracji. Czyli był kimś w rodzaju Janusza Korwina Mikkego swoich czasów, choć nie mówił tak często o gwałceniu kelnerek.

Wszystko zaczyna się jak typowa biografia. Poznałam datę urodzin, śmierci, wychowanie i wpływ na G.K. Chestertona. Następnie dowiedziałam się, jak pogardzał sufrażystkami, bronił ognisk domowych i o tym, że chrześcijańska ortodoksja uratuje świat. Reasumując w drugim rozdziale pan G. K. Chesterton przedstawiony zostaje przez Krzysztofa Sadło jako apologetę Kościoła Katolickiego i sprzeciwia się wszystkiemu, co nowe. „Człowiek, który był Chestertonem” prezentuje poglądy rzeczonego artysty i jego podejście do takich zjawisk jak imperializm czy też patriotyzm. Był zaciekłym przeciwnikiem kosmopolityzmu i zwolennikiem nacjonalizmu. Na koniec dowiedziałam się, że pan Chesterton był zwolennikiem pojawienia się Polski na mapach świata.

G. K. Chesterton uwielbiał Św. Tomasza z Akwinu, zaś Średniowiecze uważał za rozkwit kultury umysłowej. Jako feministka przypomnę tylko, że Św. Tomasz uważał kobiety za błąd natury:
„Zarodek płci męskiej staje się człowiekiem po 40 dniach, zarodek żeński po 80. Dziewczynki powstają z uszkodzonego nasienia lub też w następstwie wilgotnych wiatrów. Kobiety są błędem natury... z tym ich nadmiarem wilgoci i ich temperaturą ciała świadczącą o cielesnym i duchowym upośledzeniu... są rodzajem kalekiego, chybionego, nieudanego mężczyzny... Pełnym urzeczywistnieniem rodzaju ludzkiego jest mężczyzna.”
To tak gwoli wyjaśnienia.

Zdecydowanie pozostanę prze C. S. Lewisie, który to jako jedyny potrafi pisać o chrześcijaństwie tak, by mnie nie rozdrażnić, a pokazać, że Katolicyzm to piękna i wzniosła idea. Na pewno komuś może się spodobać twórczość Chestertona, podobnie jak ta biografia. Papież Pius XI uznał go za bardzo wartościowego pisarza i obrońcę wiary. Nie wiem, czy jest to zachęcające, gdyż to ten sam papież, który Mussoliniego określił tak:
„Mussolini to cudowny człowiek. Słyszycie mnie? Cudowny człowiek! Niedawno się nawrócił. Wyszedł ze skrajnej lewicy i ma siłę napędową neofity... Do niego należy przyszłość.”
Trochę przerażające w obliczu o dogmatu o nieomylności papieża.
Mam wrażenie, jakby Pan Krzysztof Sadło chciał wystawić laurkę i zaprezentować osobę, która powinna być wyniesiona na ołtarze już za życia. Przyznaję, że osobowość miał ciekawą, a bezkompromisowość cenię zawsze, nawet jeśli ktoś ma poglądy przeciwstawne do moich. Myślę, że dzieł dotyczących kościoła i religii nie przeczytam, ale za to kryminały jak najbardziej.

sobota, 14 lutego 2015

"Pewnego razu w Paryżu" Diana Palmer

Tytuł oryginału - Once in Paris
Wydawnictwo - Mira
Data wydania - 16 stycznia 2015
Liczba stron - 304
 
Oto kolejne podejście do dzieł Diany Palmer. Tym razem nie było tak dramatycznie źle, jak przy „Norze”, jednakże „Pewnego razu w Paryżu” to moje ostatecznie pożegnanie z tą poczytną autorką. Kompletnie nie rozumiem jej dzieł, nie poruszają one we mnie żaden emocjonalnej struny, a co gorsza śmieszą mnie jej sposoby na zawiązanie akcji.

Diana Palmer to tak naprawdę pseudonim artystyczny Susan Spaeth Kyle. Swoją pierwszą książkę napisała jeszcze w latach 70. Wcześniej była dziennikarką radiową i telewizyjną. Wydała prawie sto książek, które przetłumaczono na mnóstwo języków. Gdy miała 45 lat poczuła pęd do wiedzy i postanowiła uzupełnić wykształcenie. Od razu machnęła trzy kierunki – filologię hiszpańską, archeologię oraz historię. Jej mąż też porzucił pracę, by oddać się graniu w rzutki. Amerykański sen. I tak sobie żyją, ona pisząc romanse, a on rzucając do tarczy. Tak sobie próbuję przełożyć to na polskie standardy... Ale może po prostu jestem złośliwa? Pewnie tylko zazdroszczę, że nigdy nie utrzymam się, grając w rzutki.

„Pewnego razu w Paryżu” opowiada historię Brianne, której matka krótko po tym, jak pochowała pierwszego męża, wzięła ślub z bogatą personą. Dziewczyna zawadza ojczymowi, więc wysyła ją do paryskiego internatu. Pierce to architekt, mocno zaangażowany w ochronę planety ziemi. Niedawno zmarła mu żona i wciąż boryka się z uczuciem pustki i samotnością. Pragnie popełnić samobójstwo. Brianne spotka go w Luwrze i rozpoznaje w nim kolegę ojczyma. Rozpoczyna z nim pogawędkę, dzięki czemu powstrzymuje go przed śmiercią. Czy Pierce odwdzięczy się dwa razy młodszej od siebie pannicy, ratując ją z rąk zdesperowanego ojczyma?

Lubię ten motyw – młodsza skrzywdzona dziewczyna, którą starszy mężczyzna uczy życia. Jednakże, by to wypaliło, dziewczę musi mieć, co nieco rozumu. Tym razem go nie uświadczysz. Zauważyłam, że Diana Palmer ma w zwyczaju tworzyć główne bohaterki głupie jak but, a jednak z aspiracjami do bycia wielkimi intelektualistkami. Czyta się o takich osobach komicznie. Nie ma nic śmieszniejszego niż przemądrzała nastolatka, która myśli i powtarza, że jest dorosła. Z byciem dorosłym jest jak z byciem damą – jeśli musisz zapewniać, że nią jesteś, to nie jesteś. Pisarka serwuje rozkoszne sceny, gdy to Brianne opowiada o swoich ocenach z matematyki poważnemu dorosłemu człowiekowi. I jeszcze ta idiotyczna udawana powaga, która zamiast dodawać bohaterce metaforycznych lat, to zamiast tego brzmi jak rozpuszczony bachor. Przykład? Otóż skarży na koleżanki, przez co wyrzucają jedną ze szkoły. Ciągle powtarza: „od pewnego czasu czuję się dorosła” - takie brednie może powtarzać tylko niedojrzała nastolatka. Podobnie jak „nie jestem dzieckiem, mam już 19 lat” - tak dziewczynko, a teraz wracaj do książek i ucz się do matury.

Z jednym autorka powieści ma rację. Jedyną wartościową cechą, którą posiada główna bohaterka to dziewictwo. Nie jest zbyt mądra, za ładna ponoć też nie, poczuciem humoru też nie grzeszy. Palmer daje ciągle do zrozumienia, że Brianna jest ciekawa dla mężczyzn, tylko dlatego że jest dziewicą. Nie obchodzi ich jej charakter, ani zachowanie, ważne że ma kawałek błony. Smuci mnie fakt, że gdy się nie ma żadnej pozytywnej cechy, którą można by zainteresować drugiego człowieka, to wówczas opowiada się każdemu, kto się napatoczy o tym, że jest się dziewicą.

Poza irytującą główną bohaterką „Pewnego razu w Paryżu” całkiem mi się podobało. Wydarzenia były ciekawe, choć momentami wydumane. Czytałam bardzo płynnie i szybko. Wydanie jest schludne i bardzo ładne, a okładka dość estetyczna.

Polecam osobom, które zaczytują się w romansach.
3/10
 
 

poniedziałek, 1 września 2014

"Kwantowy umysł. Naukowe dowody na potęgę Twoich myśli" prof. Amit Goswami; "Opukiwanie meridianów . Rewolucyjny sposób na pokonanie negatywnych emocji i stresu"

Studio Astropsychologii
Gdzie kupić? Tutaj.
 Liczba stron: 304




Amit Gotwsami to emerytowany wykładowca fizyki teoretycznej na Uniwersytecie w Oregonie. Autor powyższej publikacji jest twórcą naukowego paradygmatu znanego jako „nauka wewnętrznej świadomości”. Wystąpił w filmie pod tytułem „What the bleep do we know”.

Czy wiecie, co mogą sprawić Wasze myśli? Gdzie się kończy ich potencjał?   Fizyka kwantowa jest niebywałą sprawą. Często brzmi jak totalna abstrakcja, jak np.: to że fizycy kwantowi wiedzą już jak przemieszczać ludzi pomiędzy wymiarami, tylko teraz starają się stworzyć maszynę, która wytworzy wystarczająco energii. Brzmi kosmicznie, prawda?

To kompleksowa publikacja na temat oddziaływania naszego umysłu na świat wokół nas. Autor udowadnia swoje wieloletnie przemyślenia i studia licznymi badaniami. Spogląda na znane nam wszystkim emocje i uczucia przez pryzmat badań kwantowych. Myślenie kwantowe opiera się na dwóch elementach – teraźniejszości oraz nieskończonej liczbie możliwych scenariuszy przyszłości. Dzięki tej książce miałam wkroczyć na drogę samorozwoju i samodzielnie wybierać, który wariant rzeczywistości pragnę zrealizować. Czy mi się to udało?

Może i by mi się to udało, gdyby ta książka nie była taka skomplikowana. Długie, skomplikowane zdania, fachowe słownictwo utrudniało mi odbiór. Liczne ilustracje rzeczywiście ułatwiały czytanie i poniekąd wyjaśniają zawarty tekst, tyle że czytanie publikacji naukowych nie polega na oglądaniu obrazków.

To nie jest wina „Kwantowego umysłu”, że trafiła na kogoś, kto nie posiada odpowiedniego wykształcenia, ażeby zrozumieć przedstawione teorie. I nawet jeśli Pan Amit Goswami ma rację, gdyż nie mogę mu zarzuć nieprawdy, to jednak mam zbyt mało wiedzy własnej, by samodzielnie przeanalizować tekst.
5/10
 

Gdzie kupić? Tutaj.
Liczba stron: 328



„Opukiwanie meridianów”
Wzięłam tę książkę z ciekawości, gdyż myślałam, że poznałam już wszystkie metody medycyny naturalniej. Studio astro co i rusz mnie jednak zaskakuje, wydając książki o nietypowej tematyce. Otóż zaprezentował publikację opisującą opukiwanie meridianów, które pomaga dosłownie na wszystko. Uzdrowić emocje, ciało, duszę – na każdą z tych dziedzin pomoże opukanie odpowiedniego meridianu. To połączenie akupunktury i mocy mantr oraz afirmacji.

Próbowałam, nie udało mi się. Możliwe, że powinnam robić to inaczej, ale tak to jest, gdy uczysz się czegoś z podręczników  bez nauczyciela – nie ma cię kto poprawić. Owszem, technika jest prosta, niekłopotliwa i łatwa do przyswojenia, ale w moim wypadku była nieskuteczna.
3/10

niedziela, 8 września 2013

„Kobieta – niespodzianka” Piotr Kołodziejczak



Data wydania: czerwiec 2011
Liczba stron: 192

Niedawno była okazja do wygrania kilku egzemplarzy „Kobiety-niespodzianki” na moim blogu. Mam nadzieję, że powieść spodoba się szczęśliwcom. Książka to właściwie opowiadanko bardziej niż powieść. Pisarz, jak to ma w zwyczaju, porusza tematykę bliską każdemu z nas. Rodzina, emocje, dojrzewanie i kłamstwa…

Andrzej i Magda to zgodne małżeństwo. Ni z tego ni z owego wkracza w ich życie Kobieta-niespodzianka. Wprowadza zamęt i totalne zamieszanie w życie szczerego dotąd, wobec swojej żony, Andrzeja. Jednocześnie głównym wątkiem jest poszukiwanie przez jego córkę pracy. Basia to młoda absolwentka zaraz po studiach, która boryka się z problemem bezrobocia. Czy uda jej się odnaleźć pracę i jakie perypetie ją spotkają?

Książeczka, tradycyjnie u Pana Kołodziejczaka, jest bardzo krótka, przez co sprawia wrażenie, że historia została skondensowana i przedstawiona w telegraficznym skrócie. Pisarz pozostawia wiele białych plam i miejsca na domysły. Co ciekawe jednocześnie poczułam się potraktowana jak skończona idiotka, której wszystko trzeba opisać, gdyż nie potrafię wyciągać samodzielnych wniosków. Akcja wydawała się zbiorem krótkich epizodów.

Bohaterowie są dobrze wykreowani, ale pobieżnie, bo cóż można nawyczyniać w tak krótkiej opowiastce? Powieść nie ma jakiejś szczególnej fabuły. Przez większą część „Kobiety-niespodzianki” nic się nie działo. Brak było napięcia, wyczekiwania. Przyznaję, że autor jest mistrzem szokujących zakończeń. Spodziewałam się czegoś sztampowego, ale Kołodziejczak totalnie mnie zaskoczył. 

Tradycyjnie styl tekstu mi się nie podoba. Niestety dialogi były dla mnie drętwe, a żarty niesamowicie wymuszone. Sam w sobie jest bardzo prosty i wiem z komentarzy pod poprzednimi recenzjami, że wielu osobom się podoba, z czego jasno wynika, że to indywidualna kwestia. Tak jak cały odbiór książki, jeśli ktoś tego nie wie.

Czyta się szybko i płynnie. To idealna książka, gdy mamy godzinne okienko między wykonywanymi czynnościami i chcemy je jakoś niezobowiązująco zagospodarować. Przeczytałam, przetrawiłam, nic wielkiego, nic nowego…

środa, 7 sierpnia 2013

"Namiętność" Lauren Kate

Wydawnictwo: MAG
Data wydania: 27 lipca 2011 
 
Tak się zastanawiam czy zmieniło się coś we mnie, czy w autorce. Swoją drogą muszę chyba uderzyć się w pierś. Broniłam tej serii. Twierdziłam, że mimo iż nie jest wybitna, to stanowi dobry przykład typowej literatury młodzieżowej. Nic mniej, nic więcej. I aktualnie stwierdzam – bardzo się myliłam. Ta seria jest dnem.  

„Dla Daniela istnienie bez blizn było jedynie kolejnym świadectwem, że nie panował nad swoim przeznaczeniem. Cokolwiek robił, nie pozostawał po tym żaden ślad.”

„Namiętność” to już trzecia część przygód Luce i Daniela. On jest upadłym aniołem, ona jego miłością. Luce właściwie nie jest nikim wyjątkowym. Wyjątkowe jest uczucie, jakim darzy ją Daniel. I przez to dziewczyna umiera – raz za razem. Później odradza się tylko po to, by znów zginąć w ramionach ukochanego. Odważna Luce postanowiła tym razem nie umierać. Chcę rozwikłać zagadkę swoich śmierci i pokonać klątwę. W tym celu udaje się w przeszłość…

„Cierpienie równa się miłości?”

Jak w każdym poprzednim tomie dostaliśmy ogromną dawkę romantyzmu, objawiającą się w wielu westchnieniach, patetycznych mowach oraz jeszcze bardziej patetycznych przemyśleniach. Luce rozdzielona z Danielem tęskni za nim i wzdycha. To głównie wypełnia wiele stron powieści. Młodzieżowy język i natchnione peany miłosne nigdy, ale to nigdy, nie współgrają dobrze razem. Także styl wypowiedzi w tej książce to klęska. Mamy czterysta stron powieści i czymś trzeba było je zapełnić. Więc autorka pokusiła się o nastoletnie westchnienia do ukochanego w rodzaju – Daniel spojrzał na mnie i przeszedł mnie dreszcz, włosy Daniela rozkosznie lśniły w słońcu i wywoływały we mnie ekstazę, skóra Daniela powoduje we mnie odurzenie, usta Daniela wywoływały we mnie uniesienie itp. Itd. (powtórzenia są zabiegiem celowym z mojej strony). Romantyczne książki lubię, ale zemdliło mnie od tego zawartego w „Namiętności”. Ile można ja się pytam?
Główny motyw tej części to podróże w czasie. Wspomnę jeszcze, że autorka w tej kwestii poległa na całej linii. Wcześniej wspomniane podróże, ujawniły, jak bardzo Pani Kate nie potrafi operować językiem. Ludzie w Średniowieczu przemawiali tak samo jak w Starożytności, a właściwie tak samo jak współcześni. Czy naprawdę mam wierzyć w to, że faraon w starożytnym Egipcie mówi do swojego poddanego cytuję.: „spadaj”? Nie chcę mi się w to wierzyć.

„W końcu. Odnalazłem cię. Nigdy cię nie opuszczę.”

Fabułę mogłabym uznać za dość dobrą. Pisarka niewątpliwie miała na nią jakiś pomysł. Ale… Jest jak zawsze ale. Intryga powieści jest ogromnie zagmatwana. Nie wiem, jak to o mnie świadczy, ale ja praktycznie jej nie rozumiem. W „Namiętności” Luce odkryła jedną rzecz (która była oczywista). I nic poza tym. Mam wrażenie jakby autorka skupiona na wyznaniach miłosnych zapomniała rozpętlić tę zagmatwaną zagadkę. Ale nie – czytelnik musi błądzić, gubić się wśród niełączących się ze sobą faktów. Podejrzewam, że taki zabieg miał na celu podniesienie ciśnienia przed punktem kulminacyjnym w przyszłym tomie. Owszem ciśnienie się podniosło – z frustracji…

„Ta miłość była zabójcza, nawet dla anioła.”

Jak dla mnie w tej powieści akcja praktycznie nie istnieje. Główna bohaterka skacze przez swoje przeszłe wcielenia i dowiaduje się, że Daniel ją kocha… Tak właśnie taki wniosek wyciągnęła po całej tej podróży… Lubię wątek podróży w czasie w książkach, jednak tutaj nie został on kompletnie wykorzystany. Wynudziłam się – ot co.

Wiem, że to książka skierowana do nastoletniego odbiorcy. Doskonale sobie zdaję sprawę, że nie mogło się w niej znaleźć prawdziwie ogniste pocałunki, jednak patrząc na tytuł „Namiętność” oczekiwałam czegoś więcej. Więcej tej tytułowej namiętności. A dostałam kryształowo platoniczne wręcz uczucie. Brak w ich miłości ognia. Brak pasji. Nie poruszyło mnie to. Pewnie zaraz zerwą się zastępy oburzonych czytelników – ależ to dla młodzieży, tak ma być! W „Drżeniu” też jest opisana miłość nastolatków, tylko pocałunki, a jednak jest namiętność. Wszystko zależne jest od kunsztu pisarskiego. Powieść młodzieżową też trzeba umieć napisać.

Uważam, że gdyby odchudzić ten tomiszcz o jakieś 100 stron, byłoby z tego niezłe czytadło. A tak to mamy rozwlekłą, nudną książkę, która wprowadza jedynie zamęt, a nic nie wyjaśnia. A tak generalnie to szmira straszna. 3/10