czwartek, 16 kwietnia 2015

Filmowo po raz drugi

„Kwiat pustyni”
To biografia Waris Dirie, modelki, która wywodzi się z somalijskiej wioski, gdzie  to została poddana rytuałowi obrzezania.
I nawet gdybym chciała dać dobrą ocenę, bo porusza istotną tematykę (i do tego mnie niezmiernie interesującą!), to nie mogę. Sumienie nie pozwala mi dać dobrej noty takiemu gniotowi aktorskiemu. Za dużo sztucznych dialogów, a Liya Kebede prawie w ogóle nie gra, za to ładnie wygląda.
4/10


***

"Avatar"
Film bardzo ładny, jestem pełna podziwu dla grafików. Ale niestety film jest po prostu głupi. Serwuje dziesiątki amerykańskich klisz, durne i płytkie dialogi, a do tego płaskie postacie. Typowa sieczka, która pięknie wygląda.
4/10 za piękną stronę wizualną.

***

„Pożegnanie jesieni”
Panie Pazura, niech się Pan weźmie za coś, co Pan rozumie. A Witkacego Pan nie rozumie. 

5/10
***
„Nietykalni”
Ten film jest całkiem w porządku, ale nie doszukujmy się głębi tam gdzie jej nie ma i nie będzie. Nie ma tu nic szczególnego do interpretacji. Dobry, ale nie wybitny. 
7/10

środa, 1 kwietnia 2015

"Klątwa opali" Tamora Pierce

Liczba stron: 600
Data wydania: 17 kwietnia 2013

Tytułowy kamień to opal ognisty, który występuje w Meksyku. Swoją nazwę zawdzięcza intensywnemu czerwonemu lub pomarańczowemu kolorowi. Książka natomiast to pierwszy tom serii pod tytułem Kroniki Tortallu”, opowiadającej o Becce Cooper, początkującej adeptce Gwardii Starościńskiej, czyli, w tamtejszym żargonie, szczeniaku.


Wydarzenia mają miejsce w Corus – stolicy królestwa Tortallu. W tym mieście przecinają się drogi praczek i dam dworu, złodziei i stróżów prawa, pijaków i rycerzy. Losy Becki Cooper były burzliwe: jej matka została pobita przez konkubenta, który zabrał jej wszystkie kosztowności. Dziewczynka dowiedziała się, że należy on do szajki Śmiałego Brassa. Wytropiła go i wystawiła Gwardii Starościńskiej. Warto zaznaczyć, że miała wówczas osiem lat. To rozpoczęło nowy rozdział w jej życiu. Jaśnie Pan Gershom, zainteresowany młodą tropicielką, zaprasza ją do siebie do domu i namawia, by została adeptką tak zwanych psów. Dziewczyna przystaje na to i radzi sobie całkiem dobrze, głównie dlatego że posiada nietypowe zdolności. Może się komunikować ze zmarłymi i podsłuchuje uliczne kręty, czyli niesione przez wiatr myśli, słowa i emocje. Pewnego dnia bohaterka zauważa, że giną ludzie zatrudnieni przy pracy wydobywczej. Czy zdoła przekonać swoich zwierzchników, że sprawa jest poważna?


Świat przedstawiony nie jest szczególnie nowatorski, ale, choć autorka skorzystała ze znanych wizji i nie ukazała ich w niekonwencjonalnej formie, ma swój urok. Często można zaznajomić się z powieścią, której akcja dzieje się w podobnej krainie, przystającej do średniowiecza, gdzie magia to norma i powszechnie akceptowanego. Gdy czytałam o takim uniwersum, to miałam odczucie, że trafiłam do krainy, którą doskonale znam i świetnie się w niej czuję. Przestrzeń została opisana dość dokładnie, ale uważam, że jednak niewystarczająco szczegółowo. Fakt faktem, można było więcej czasu poświęcić na zaprezentowanie rzeczywistości, bo przecież autorka powinna pokazać swój świat, namalować go przed moimi oczami. W pierwszym tomie trudno podejrzewać, jakimi prawami rządzi się rzeczywistość zaprezentowana w danym dziele.

Sam pomysł na fabułę zaciekawia. Historia opowiedziana w książce mocno mnie wciągnęła i nieustannie kibicowałam Rebecce w jej dążeniach do zostania perfekcyjnie wykonującym swoje obowiązki przedstawicielem prawa. Do tego przygody dziewczyny są naprawdę nieprzewidywalne i niesztampowe, świadczy to o wyobraźni Pierce.

Bohaterowie zostali ciekawie wykreowani. Najlepiej oczywiście protagonistka. Początkowo jest mgliście charakteryzowana poprzez swoją rodzinę w scenach odbywających się prawie dwieście lat po tym jak żyła. Potem poznałam jej osobę, co pozwoliło mi skonfrontować zdania jej rodziny z moim odbiorem. Główna bohaterka nie jest jednak tak silna jak obiecywała pisarka. To osoba chorobliwie nieśmiała, która rzeczywiście cechuje się odwagą i uporem. Polubiłam ją, jednak irytowała mnie swoim wycofaniem i tym, że prawie w ogóle nie mówiła, jakby cierpiała na afazję. Na sześciuset stronach odzywa się około dziesięciu razy pełnymi zdaniami. Oczywiście mnie było dużo prościej ją zrozumieć, bo narracja pamiętnikarska pokazywała mi jej tok myślenia, ale współbohaterowie musieli przechodzić gehennę, gdy przychodziło do rozmowy z protagonistką.

Styl sugeruje, że „Klątwa opali” przeznaczona jest dla nastoletnich czytelników. Momentami trąci infantylnością, zaś nazywanie kobiecych piersi „brzoskwinkami” wywołało na mojej twarzy uśmiech zażenowania. W powieści występuje narracja pierwszoosobowa, co niejako może tłumaczyć niewielkie walory językowe. Rebecca, jako dziewczyna wychowana w nizinach społecznych, nie ma obszernego zasobu słownictwa.

Pomimo potężnych gabarytów powieści, losy głównej bohaterki tak mnie wciągnęły, że skończyłam czytać tę książkę w jeden wieczór. Myślę, że „Klątwa opali” wielu czytelnikom sprawi przyjemność. Nawet jeśli nie jest to książka wybitna, to można przy niej miło spędzić czas. Przyznam szczerze, że pisarstwo Pierce nie zrobiło na mnie oszałamiającego wrażenia, ale ogólnie moje wrażenia są bardzo pozytywne.

6/10




wtorek, 24 marca 2015

Pierwszy grób po prawej - Darynda Jones

Liczba stron: 372
Data wydania: 29.08.2012
efantastyka.pl


Autorzy książek starają się wyróżnić z tłumu im podobnych miłośników pióra. Nie każdy z nich posiada zupełnie nieszablonowy pomysł, by to osiągnąć. Dlatego też optymalną opcją wydaje się odświeżenie znanych wszystkim motywów. Darynda Jones poszła właśnie tą utartą drogą. Na warsztat wzięła kostuchę – tę mroczną postać w czarnej pelerynie, która grywa w bergmanowskie szachy. Podejrzewam, że Charley Davidson, czyli główna bohaterka „Pierwszego grobu po prawej”, za grą królów nie przepada. W gruncie rzeczy to normalna dziewczyna, której jest też Śmiercią. Po prostu miała pecha.

Osią fabuły są perypetie Charlotte, która widzi zmarłych i potrafi się z nimi komunikować. Dzięki tej umiejętności świetnie sprawdza się w roli prywatnego detektywa. Zamordowani informują ją o przyczynach własnego zgonu, co niesamowicie ułatwia jej pracę. Tym razem bohaterka musi rozwiązać sprawę tajemniczych zgonów kilku prawników. Równolegle Charley prowadzi własne dochodzenie, w którym usiłuje rozwikłać zagadkę jej notorycznie powtarzających się snów erotycznych z zabójczo przystojnym mężczyzną z przeszłości.

To bardzo słaby debiut. Po tym niewypale z panią Jones żegnam się na najbliższe kilka lat. „Pierwszy grób po lewej” składa się, jak widać powyżej, z dwóch wątków, które nijak się nie splatają. Charley kończy rozwiązywać jedną łamigłówkę i przechodzi do następnej. Wcale się nie łączą, a nieudane próby zespolenia ich sprawiły, że chaos powieści przytłacza. Zagadka kryminalna była nudna. Z irytacją czytałam te części dotyczące śledztwa. Wątek seksualno-romansowy był odrobinkę lepszy. Z większym zaciekawieniem czekałam na to, aż dziewczyna odkryje przede mną tajemnicę swojej przeszłości. Niestety nie był aż tak dobry, by zrekompensować nużąco poprowadzoną sprawę morderstw.

Stwierdzenie, że ta książka okraszona została podobnym poczuciem humoru jak seria o Stephanie Plum, a takie zachęty widnieją na okładce, jest obrazą dla tej ostatniej. Powieści o Śliweczce są lekkie, śmieszne, absurdalne, a komentarze głównej bohaterki aż skrzą się komizmem. W „Pierwszym grobie po prawej” żarty okazują się mało zabawne. Autorka ze wszystkich sił stara się, by było zabawnie, ale widać, jak bardzo te starania są wymuszone. Ironiczne komentarze wydają się ciężkie. Wiadomo „dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”, toteż Jones powinna troszkę sobie odpuścić, odetchnąć i dać słowom płynąć.

Główna bohaterka to postać niesamowicie nienaturalna. To właśnie ona nieustannie rzuca tymi nieśmiesznymi żartami. Gdy próbowała być zabawna, ja tylko unosiłam brew i mruczałam: „Jakaś ty zabawna dziecinko”. Drugim przerysowanym do granic możliwości bohaterem jest Rhys – seksowny, mroczny, perfekcyjny, bez skazy, cudowny ... Dodam tylko że to postać bardzo mało wiarygodna, ale też zwyczajnie męczącą swoją idealnością. Pisarka naprawdę ma dryg do romantycznych historii. Ze szczerego serca i bez ironii radzę, by to nimi się zajęła, bo urban fantasy naprawdę jej nie wychodzi.

Język tekstu jest dość dobry, pomijając żenujące żarty autorki. Atmosfera w powieści to coś, co nie pozwoliło mi jej odłożyć na bok. Tajemnice z przeszłości budowały wokół głównej bohaterki klimat delikatnej grozy. Oczywiście pomijając momenty, gdy na tapecie był przegadany wątek kryminalny.

Pierwszy grób po prawej” nie jest tak kiepską książką jak ją maluję. Posiada swoje nieliczne plusy i całe multum minusów. Gdyby tylko pisarka tak mocno się nie starała, byłoby lepiej. To wszystko brzmiałoby bardziej naturalnie, prosto, nie tak pretensjonalnie. Jones musi nauczyć się, że lepsza książka bez żartów niż z takimi kompromitującymi tworami. Powieść ma swój niewątpliwy urok, w przeciwieństwie go głównej bohaterki, zaś pisarka zalążki talentu. Jednakże „zalążek” to prawie tyle co nic.


sobota, 14 marca 2015

"After. Płomień pod moją skórą" Anna Todd


tłumaczenie - Agnieszka Myśliwy

tytuł oryginału - After

wydawnictwo - Znak

data wydania - 26 stycznia 2015

liczba stron - 632
 


Coś co powstało jak internetowe opowiadanie, powinno nim pozostać. Od lat wyznaję tę zasadę, niestety wydawnictwa bynajmniej. A boli mnie, gdy czytam takie kocopoły i to jeszcze wydawane przez Wydawnictwo Znak. „After” to ciąg dalszy mody na erotyki spowodowanej „50 twarzami Greya”. Po losy Any i Christiana sięgają (głównie) panie w średnim wieku. Która grupa społeczna jest podobnie niezaspokojona erotycznie? Oczywiście nastolatkowie!

Ta książka jest straszna pod każdym względem. Nie posiada w sobie nic, co mogłabym pochwalić. Tak naprawdę spotkanie z nią było mocno traumatyczne. Mam nadzieję, że wyrażę swoje myśli w miarę składnie. Mam co do tego wątpliwości, gdyż ponad 600 stron tego „dzieła” porządnie zlasowało mi mózg. „After” opowiada historię Tessy, która to całe życie ma zaplanowane. Od dawna wiedziała, że pójdzie na dobrą uczelnie, a kiedyś będzie pracowała w wydawnictwie. Ubiera się jak swoja własna babcia i lubi klasyki literatury. Nadszedł dla niej niezwykły czas, kiedy to zostawia za sobą dom rodzinny, przenosząc się do akademika. Niestety pierwszy dzień w nowym miejscu nie należy do udanych. Poznaje swoją współlokatorkę, która jest zupełnie innym typem człowieka. W przeciwieństwie do Tessy Steph lubi imprezować i nie odmawia sobie sypiania z chłopakami. Hardin to znajomy Steph i straszny mężczyzna. Rozwiązły, wredny, złośliwy, nieokrzesany, ale gdy tylko Tessa go widzi to budzą się w niej nieznane dotąd uczucia. Hardin jest zauroczony dziewiczą pochwą Tessy.

Żeby nie było wątpliwości - akcja zmierza donikąd. Całość polega na tym, że główna bohaterka kłóci się z głównym bohaterem, uprawiają seksy w różnych konfiguracjach oraz anturażu, by chwilę potem pokłócić się znów. Nie ma żadnego punktu kulminacyjnego, są koleje epizody z życia studenckiego luźno połączone osobami Tessy i Hardina uprawiających seks jak króliki. Wtórność, banalność, to cechy tej książki. TO NIE JEST ROMANTYCZNE!!! Ta książka nawet przez moment nie stała przy romantyczności. To związek czysto patologiczny, a dziewczyna zgubiła gdzieś swoją godność. On ją szykanuje, poniża, obraża, a ona jeszcze z nim po wszystkim (chyba z wdzięczności) uprawia seks. Tessa to tak naprawdę dziecko z jakimś pseudo-aspergerowskim syndromem. Do tego głupia jak but. Myślałam, że nie możliwością jest znaleźć postać głupszą od Any z „50 twarzy Greya”, ale... ma godną współzawodniczkę. Oczywiście, uwielbia czytać, ma się za lepszą niż jest w rzeczywistości. I znajduje swojego księcia, który jest mroczny i pociągający jak wszyscy mężczyźni z jej książek. I tak, Tessa i Hardin, bawią się w tej uroczej piaskownicy, którą jest ich związek. Nie rozmawiają ze sobą, co najwyżej stroją fochy raz na jakiś czas. Ten związek to jeden wielki dramat uwieńczony dzikim seksem.

Ta historia ma w sobie coś z nudnego, niezdrowego bagna, który można zobaczyć na co dzień, na każdej szerokości geograficznej. Dziewczynka i chłopiec, którym pochwą tej pierwszej zaszły oczy. Jak to się skończy? Oczywiście że ciążą. Kolejnej części czytać nie zamierzam, ale może ostatnią, w celu potwierdzenia moich przypuszczeń?

To naprawdę wielka powieść. To ponad 600 stron scen łóżkowych i jęków „on mnie nie chce, taki wielki smuteg, może jak pozwolę się przelecieć to mnie polubi!” Może gdyby była krótsza... Ale nie jest. To 600 stron męki i cierpienia. Jeśli nie lubisz czytać o nastoletnich problemach, niedojrzałych związkach i o seksie w różnych konfiguracjach, odradzam. Jakoś koło setnej strony domyśliłam się końcówki. A przede mną było jeszcze całe mnóstwo stronic. W moim umyśle pojawiało się nawracające pytanie – czy książka może być aż tak głupia? Może. Myślę, że każda starsza niż 16 lat dziewczyna nie zobaczy w Hardinie nic ciekawego, co najwyżej chłopca, którego trzeba zabrać do psychoterapeuty. Tak to jest, gdy za pisanie biorą się fanki One Direction, które przeczytają „Wichrowe wzgórza” o jeden raz za dużo.
1/10

 

czwartek, 5 marca 2015

"Piętno rzeki" - Patricia Briggs

tłumaczenie - Marek Najter
tytuł oryginału - River Marked
wydawnictwo - Fabryka Słów
Efantastyka
data wydania - luty 2015
liczba stron - 400
 
Zżyłam się z Mercedes Thompson. Śledzę jej przygody od bardzo dawna i wypatruję kolejnych książek z cyklu z niecierpliwością psychofanki. Z ulubionymi postaciami chciałoby się zostać na zawsze, dlatego bardzo lubię długie serie. Tylko wtedy mogę traktować bohaterów jak przyjaciół, za którymi się tęsknie. Niestety, przy takim podejściu w pewnym momencie przychodzi dylemat – czy lepiej, gdy pisarz kończy przygodę z serią u szczytu swoich możliwości, czy może ciągnąć ją do oporu, aż skończą się wszystkie pomysły, zaś kolejne tomy będą zwykłymi zapchajdziurami.

Mercedes jest w końcu w stałym, szczęśliwym związku. Jej najpoważniejszy problem to matka, która na wesele pragnie zamówić synogarlice. Żywe i fruwające. Panna młoda postanawia uciec i wziąć cichy ślub. Nie wie tylko, że została sprawnie zmanipulowana, przez co robi dokładnie to, czego się od niej oczekuje. Koniec końców przed ołtarzem pada sakramentalne „tak”. Mechaniczka samochodowa może odpocząć z Adamem i wyjechać w podróż poślubną na biwak nad brzeg rzeki Columbia. Niestety jest to prezent od rasy nieludzi, co zwiastuje same kłopoty.

Wszystko wydaje się być takie jak dawniej. Bo i Mercedes taka sama. I Adam pełen uroku jak zawsze. I tu pojawia się problem. Główna bohaterka wplątuje się w niezłą kabałę, zdobywa kolejnych wrogów, tak jak we wszystkich poprzednich tomach. Nieustannie to samo. Wciąż jest doskonale w porównaniu z innymi pisarzami urban fantasy, ale patrząc na książki z tej serii, to można zaobserwować stopniowy spadek poziomu. Opowieść o kojocie staje się wtórna, a ona sama przewidywalna w swoim szaleństwie. Mam wrażenie, że pisarka stara się jak najbardziej motać akcje, czyniąc ją maksymalnie zakręconą, tak by nie można było posądzić ją o nudę. Tym razem prostota by wygrała. Myślę, że ciekawiej wyszłoby, gdyby autorka nie nawarstwiała wątków, tajemnic, legend, które pełnią funkcję ucieczki od prawdy. Pisarka opisuje niewiele faktów, za to chowa się za podaniami, by na końcu skonkludować, że tak naprawdę nic one nie znaczą.

Mercedes jako główna bohaterka zaczyna nużyć. Tradycyjnie, tylko ona, prosty kojot, musi ratować swoich bliskich przed strasznym złem. Dowiaduje się sporo w tej części o swojej przeszłości i zmiennokształtnym dziedzictwie, niestety nie wydaje się, by miało to znaczenie w dalszej perspektywie. Zyskała wiedzę i koniec. Briggs wprowadziła liczne postaci drugoplanowe, które dość słabo scharakteryzowała i niezbyt zapadły w pamięć. Bardzo brakowało mi członków watahy. Ta część byłaby idealną okazją do prezentacji, jak wilki akceptują kojota jako osobę znajdującą się prawie na samym szczycie w hierarchii. W poprzednich tomach autorka sygnalizowała, że wynikają z tego poważne konflikty. Myślałam, że kolejna część będzie miejscem rozliczeń, ostatecznego utworzenia i potwierdzenia statusu Mercedes pośród wilków. Wydaje mi się, że autorka niezbyt miała pomysł, jak to zrobić, więc asekuruje się wysłaniem kobiety do dziczy z daleka od wszystkiego i ciągłym „zadymianiem” obrazu licznymi legendami. Znane z poprzednich tomów postacie to naprawdę dobrze wykreowane charaktery i żal mi serce ściska, że wolała wprowadzić osoby nowe, które wcale nie przyniosły powiewu świeżości, a zamiast tego narobiły trochę zamętu swoją nijakością.

Język nadal jest bardzo poprawny, choć zaobserwowałam zwiększoną liczbę słabych żartów. Mimo to wciąż brzmi lekko i bardzo przyjemnie. Okładka prezentuje się bardzo ładnie, spore litery zaś ułatwiały czytanie. Pomimo to „Piętno rzeki” czytało się ciężko i z trudem. Natłok klechd zaciemniających obraz, nie ułatwiał zapoznawania się z tą historią. Uważam, że to najsłabszy tom serii. Wyraźnie widać, że został napisany na siłę. Mam nadzieję, że gdy wszystko wróci do normy, to jest Mercy z Adamem do watahy, to znów będzie ironicznie, lekko i ciekawie.
 

sobota, 28 lutego 2015

„Krajobraz miłości” Sally Beauman

Tłumaczenie - Anna Dobrzańska-Gadowska
Tytuł oryginału - The Landscape Of Love
Wydawnictwo - Świat Książki
Data wydania - 2007
Liczba stron - 496
 
Oto kolejna książka z pretensjonalnym tytułem, która prezentuje całkiem interesujące wnętrze. Nie do końca rozumiem cel nazywania książki w ten sposób, bo emocje, które pojawiają się w powieści z miłością mają mało wspólnego. Więcej z namiętnością, z pożądaniem, pragnieniem posiadania, czy zemstą, a miłość wydaje się raczej czymś czystym i wzniosłym. Uczucia łączące bohaterów trudno nazwać miłością i raczej nie są pozytywne. Więc skąd „Krajobrazy miłości”?

Sally Beauman to przede wszystkim dziennikarka New Yorkera, Queen i Daily Telegraph. Jej poprzednie książki osiągnęły status bestsellera i przetłumaczono je na ponad dwadzieścia języków. Pisarka pokusiła się o napisanie „Opowieści Rebeki”, które są kontynuacją słynnej powieści Daphne du Maurier. Bardzo nie lubię takich książek, gdyż inny pisarz dopowiada historię napisaną przez innego autora.

Początkowo rzecz ma miejsce w 1967 roku. Powieść opowiada historię trzech sióstr zaprzyjaźnionych z biednym Cyganem Danielem oraz artystą Lucasem. Każda z nich jest inna. Julia to piękność, która pragnie zrobić światową karierę. Finn to intelektualistka zakochana w Danie. Najmłodsza Maise to dziecko z zespołem aspergera, ale w tamtych czasach ta choroba nie była rozpoznana. Ich losy splatają się, łączą i przeplatają. Wzajemnie się ranią i niszczą, czyniąc sobie wzajemnie coraz większe rany. Mieszkają w starym klasztorze z matką i dziadkiem.

„Krajobraz miłości” opowiadany jest przez różnych narratorów, dzięki czemu mogłam poznać każdy punkt widzenia. Bardzo mi się ta powieść podobała. Od samego początku opowieść Maise mnie wciągnęła, głównie dlatego że to bardzo ciekawa dziewczyna, która wszystko widzi, wszystko rozumie, a mało mówi. To daje idealną perspektywę, z której dowiadujemy się o wszystkim. Kolejni narratorzy uzupełniają się. Ta opowieść jest niezwykle złożona i skomplikowana, dlatego to doskonałe rozwiązanie, poprzez różnych narratorów pokazać, jaki wpływ miała każda postać na tę historię. Urzekła mnie atmosfera, jaka panowała w starym klasztorze. Trochę mistyczna, tajemnicza, niepokojąca. Żałuję tylko, że lepiej nie zostały wyjaśnione powodowanie najmłodszej siostry.
 
 
Książka wywołuje wiele emocji, głównie tych negatywnych. To powieść o ludziach, którzy ciągle się wzajemnie ranią. Dlaczego? Bo mogą. Bo w dzieciństwie ktoś kopnął im kota, a oni będą się mścić za to aż po kres wieczności. Tacy są dziecinni, tacy nieżyciowi.

Język był ładny, całkiem zgrabny, trochę za dużo przymiotników, ale całokształt brzmiał całkiem przyjemnie. Uroczo komponował się z treścią i dobrze oddawał dramatyzm sytuacji. Pisarka zmieniała delikatnie idiolekt zależnie od tego, kto był narratorem, ale to trochę zbyt mało.

Książka pozostawia wiele pytań i daje mało odpowiedzi. Pozostała w moim umyśle na długi czas i nie mogłam wyrzucić jej z pamięci. A próbowałam, ponieważ takie rozmyślania sprawiają mi ból. Dlaczego ludzie, którzy się kochają, muszą tak się ranić. Dlaczego odczuwamy potrzebę, by krzywdzić tych, którzy kochają nas za mocno? „Krajobrazy miłości” pozastawiają za sobą smutek i wielki żal. W tej rodzinnej rozgrywce wszyscy przegrali. Kiedy popełnili błędy? Kiedy się tak pogubili w labiryncie straconych szans?

Powieść wciągnęła mnie od początku do końca. Chciałam rozwiązać tajemnicę ciążącą nad tym opactwem, zrozumieć poczynania Maise i pojąć skomplikowane powiązania między bohaterami. Myślę, że polska okładka najlepiej oddaje atmosferę powieści i jest zgodna tematycznie z zawartością. Polecam osobom, które lubią sagi rodzinne z mroczną tajemnicą, ale też czytelnikom, którzy lubią powieści z dużym ładunkiem emocjonalnym.
8/10
 

piątek, 20 lutego 2015

"W milczeniu" Erica Spindler

Tłumaczenie - Klaryssa Słowiczanka
Tytuł oryginału - In silence
Wydawnictwo - Harlequin
Data wydania -16 stycznia 2015
Liczba stron - 496
 
Muszę przyznać, że jestem szczerze zaskoczona. To pierwszy kryminał, który przeczytałam z niekłamaną przyjemnością. Zawsze gdy oceniałam ten gatunek, to chodziłam wokół niego na palcach, bo nie chciałam skrzywdzić dobrej książki, tylko dlatego że nie lubię danego gatunku. Tym razem jest inaczej. Ten kryminał po prostu mi się spodobał i to już powinna być wystarczająca rekomendacja.

Ale pewnie nie jest, więc przejdę dalej. „W milczeniu” opowiada o dziennikarce Avery Chauvin. Jej ojciec popełnił samobójstwo. Dziewczyna wraca do swojego rodzinnego miasteczka, by zająć się pogrzebem i zdecydować, co zrobić ze swoim życiem po tej tragicznej śmierci. Wie, że jej ojciec kochał życie, pomimo tego że ostatnio miał trudny czas. Jak ktoś, kochany przez wszystkich, mógł tak po prostu odebrać sobie życie? W Cypress Spirngs dochodzą ją coraz dziwniejsze pogłoski o zaginięciach i tajemniczych śmierciach. W Avery budzi się zmysł dziennikarski i zaczyna badać sprawę. Odkrywa, że idylliczne miasteczko na Południu nie jest wcale tak idealne, za jakie chce uchodzić.

Nie jestem znawczynią kryminałów, ale nie będę oszukiwać. Domyśliłam się, jak potoczy się fabuła już w pierwszych czterech rozdziałach. Możliwe dlatego, że oceniam tę książkę pozytywnie pod wpływem euforii, że udało mi się odkryć mordercę, dzięki moim niebywałym zdolnościom dedukcyjnym. Fakt faktem, nie było to zbyt skomplikowane... Jeśli o to chodzi to Spindler, nie popisała się szczególną kreatywnością. To że wiedziałam, kto zabił oraz to, kto jest dobry, a kto zły nie zepsuł mi przyjemności z lektury. Muszę dodać, że próby motania fabuły wychodziły dość niemrawo. To takie mało finezyjne, gdy autorka tak prostacko wkłada w usta postaci „tropy”, które tak naprawdę są tylko fałszywymi wskazówkami.

Polubiłam główną bohaterkę, choć przyznaję, że irytowało mnie jej rozmemłanie życiowe i brak zdecydowanych działań. Reszta postaci została wykreowana dość dobrze. Lubię, gdy miejscem akcji jest południe w USA, bo ludzie tam to ciekawy obiekt badawczy. Wciąż mnie zadziwiają ich kostyczne poglądy.

Trudno mi jednoznacznie ocenić język tekstu. Z jednej strony podobały mi się krótkie, dynamiczne zdania, które sprawiły, że akcja mknie, a liczba nieprzeczytanych stron niepostrzeżenie się zmniejsza. Z drugiej jednak strony całość brzmi dość topornie i mało płynnie. Nie wiem, na ile winę można zrzucić na tłumacza, który używa słów, które wyszły już z użycia typu „kto zacz”. Niektóre słowa są błędnie użyte. Wysunęłabym nawet oskarżenie, że pisarz / tłumacz nie znają słów, których używają.

Poczucie humoru pisarki przypadło mi do gustu. Spodobały mi się drobne, narratorskie żarciki. Całe rozwiązanie zagadki było dobre i przyznam, że wydarzył się pewien fakt, którego nie przewidziałam i który sprawił, że skrzywiłam się z obrzydzeniem.

Lektura „W milczeniu” jest łatwa, lekka i przyjemna. Odbieram ją pozytywnie, w ogóle się przy niej nie nudziłam, jak przy innych kryminałach. Fakt, że pisarka zastosowała znany powszechnie motyw hermetycznej, małomiasteczkowej społeczności w ogóle mi nie przeszkadzał. Trochę zabrakło mi odpowiedniej atmosfery w tej dziwnej miejscowości. Chciałabym poczuć klaustrofobiczny charakter tego miejsca, niestety nie było mi to dane. Generalnie polecam, bo nawet ja, osoba stroniąca od książek z wątkiem kryminalnym, wciągnęła się w proces dochodzenia przez Avery przyczyn śmierci w Cypress Spirngs.
4/6
7-/10