piątek, 25 stycznia 2019

Zielone sari - Ananda Devi

Zielone sari
Odwrócenie perspektywy jest świetnym zabiegiem, gdy chcemy namieszać w głowie czytelnikowi. Większość osób lubi współodczuwać z protagonistą książki, wczuwać się w jego myśli i uczucia, ale co jeśli główny bohater jest potworem, gdy autorka robi nam żart i zaprasza do umysłu psychopaty? A może niekoniecznie psychopaty, tylko do umysłu mężczyzny, który został wychowany w kulturze, która chwali go za sadystyczne skłonności, jeszcze je potęgując. Czy można ocenić człowieka, który jest przecież produktem patriarchalnego wychowania? Heh, oczywiście, że można, bo dlaczego by nie?

Choć główny bohater umiera, to nie rozlicza się z przeszłością, analizuje swoje życie, z samozadowoleniem uznając, że wszystko zrobił tak jak powinien. To nie tylko pewność siebie, to przekonanie, że w swoim domu był bogiem i powinien nim zostać do ostatnich chwil, mimo że choroba go upokorzyła i pokonała. To nie pewność siebie, to daleko idąca zuchwałość i przekonanie o wyższości, o tym że jest on istotą nadrzędną zwłaszcza dla córki i wnuczki. Przekonanie, że jego śmierć nic nie zmieni. Fizyczna obecność, zmieni się na obecność duchową, co przyczyni się do życia w cieniu zmarłego fantomu. Bezwzględny w swojej potrzebie uwielbienia. Bo oczekuje nie tylko szacunku, ale czci.

To jedna z tych książek, które sprawiają, że człowiek pozostaje niemy. Wniknięcie w umysł szalonego (?) starca jest bolesne i trudne. Jednocześnie książka ta jest tak znakomicie napisana, że człowiek mimowolnie wzdryga się, gdy zauważa, że przez moment współodczuwa z nim zbyt mocno, że podąża za jego rozmyślaniami i zaczyna słuchać jego przemów i mimowolnie ulega jego charyzmie. Bo charyzma tego starszego pana oddziałuje nawet przez karty książki, co jest przerażające. Zaczęłam na nią patrzeć jak na jadowitego skorpiona. Tak przekonująco mówi o swoich niegodziwościach, że jesteśmy o krok od obwinienia ofiar za jego przewinienia. O krok. Wszak najgorsza bestia zna nieco litości i gdy okazuje litość krowie, którą leczy, wydaje się taki ludzki, mimo że przed chwila znęcał się nad swoją córką.

Książka, w której wypowiada się kat, więcej niż o nim mówi o samych ofiarach. Bo on wyraża się tylko przez to, że ofiary są jego ofiarami. Są jego hobby wręcz, ich dręczenie jest jego głównym celem, żyje po to, by udowodnić im i sobie, że jest ich wszechświatem, początkiem i końcem.
Krótko mówiąc, jest genialna, wciągająca w ten zły, mroczny sposób, który trudno opisać, ale można tylko przeżyć.

sobota, 27 października 2018

Miłość. Made in China - Dorian Malovic

Liczba stron: 352

Kto by pomyślał, że Chiny są tak nieromantycznym krajem! Tylko pytanie brzmi, czy oni chcą być nieromantyczny, czy też trudna historia wyrugowała romantyzm na obrzeża świadomości i zastąpiła go pieniądzem, który zajął centralne miejsce?
Dorian Malovic przedstawia dziwaczny konglomerat tradycji połączonej z nowoczesnością w sposób wręcz obrzydliwy. Tworzy się z tego przerażający stwór podobny do Frankensteina bez emocji, przekalkulowany. Niemoralny? Czy całemu społeczeństwu można zarzucić amoralność? Czy jeśli ludzie z mlekiem matki uczą się, że najważniejszy jest pieniądz, to czy jest w tym coś dziwnego, że to święcie wierzą?
Książka porusza całe spektrum problemów - od prostytucji przez przemoc domową aż po targi singli. Aparat państwowy bardzo aktywnie wspiera agencje matrymonialne, które pozwalają kobietom poznawać obcych mężczyzn (zwyczajowo nie wolno im rozmawiać z obcymi). Czytając anonse, można się mocno zasmucić, wszak wszystko ogranicza się do zarobków, wyglądu i wykształcenia. Co z marzeniami? Ano nic. Wszelka kobieca samodzielność w tej materii jest mocno piętnowana. Wydaje się, jakby cały świat patrzył na to, czy kobieta wychodzi za mąż za odpowiedniego mężczyznę, jak szybko ma dzieci, czy aby nie zanadto się kształci. Państwo weszło z buciorami w życie Chińczyków, wytarło błoto w perski dywan, pierdnęło, otłuszczoną gębę wytarło w zasłonkę... i się zadomowiło tak, że prawie nikt nie pamięta, że kiedyś go tam nie było.
Opisywane są także konsekwencje polityki jednego dziecka, która przestała obowiązywać dopiero 3 lata temu. Ile to dramatów rozegrało się w czterech ścianach, gdy urodziło się nadprogramowe dziecko, albo dziewczynka, albo niepełnosprawna pociecha. Zatrzymać? Oddać? Porzucić? Próbować dalej? Zabić? To były pytania, z którymi zmagali się Chińczycy i chyba wszyscy zgadzamy się, że nikt nie powinien mierzyć się z takimi dylematami.
Ciekawie opisana została sytuacja homoseksualistów w Chinach.
Autor zdecydowanie pisze tę książkę, mając konkretną tezę i łatwo można wyczuć po której stronie się opowiada. Nie jest to wada, ale warto podkreślić, że jest to książka jednostronna, prezentująca sposób patrzenia człowieka z zachodu na Chiny. Nie wiem, czy słusznie, ale wydaje się, jakby w Chinach żyli sami niemoralni i materialistyczni ludzie. Czy mam słuszne wnioski? Czy autor się zagalopował?
Czy w Chinach można znaleźć miłość? Dorian Malovic nie odpowiada na to pytanie wprost. Po przeczytaniu jej pojawia się więcej pytań niż odpowiedzi. I to świetnie. "Miłość" to poruszająca opowieść o tym, co się dzieje, gdy wyrugujemy z naszego życia uczucia. Chińczycy nie są szczęśliwi po prostu.
9/10

niedziela, 30 września 2018

Życie w średniowiecznej wsi - Frances Gies, Joseph Gies

Liczba stron: 440


Jeśli jesteście ciekawi, jak wyglądało życie w typowej średniowiecznej wiosce, to zdecydowanie książka dla Was. Zwłaszcza jeśli przepadacie za literaturą popularnonaukową, która źródłami i przypisami stoi.
Publikacja ta odpowie na niemal każde pytanie dotyczące średniowiecznej wsi. Co robili chłopi w wolnym czasie? Jak dobierali się w pary? Czy kościół naprawdę był taki ważny? Co jedli? Jak egzekwowali sprawiedliwość? Jak dbali o higienę osobistą, a może w ogóle tego nie robili?
O ile uwielbiam książki dotyczące historii i tego, jak się żyło w przeszłości, to "Życie w średniowiecznej wsi" było dla mnie odrobinę nudne. Trudno się dziwić, życie chłopów nie obfitowało w rozrywki i głównie skupiało się na pracy, odrabianiu pańszczyzny i próbie przeżycia kolejnego dnia. Brak tutaj pasjonujących opisów. Brak mi było jakiejś fabularyzacji. Całość jest napisana rzeczowym jęzkiem i jest rzetelną rozprawą naukową. Autorzy eksplorują Średniowiecze metodyczne i bardzo starannie, ale jak się okazało, że średniowieczna wieś nie zafascynowała mnie na tyle, by być radosnym uczestnikiem tychże eksploracji. Obszerna bibliografia może sugerować nawet, ze publikacja jest publikacją uniwersytecką, jednak nie mam wiedzy, by to potwierdzieć.
Wydanie jest fantastyczne. Bardzo ładna okładka, świetny font oraz liczne grafiki sprawiają, że techniczna strona zapoznawania się z książką jest bez zarzutu.
Mediewistką nie jestem, w pewien sposób fascynuję się historią, jednak w wypadku "Życia w średniowiecznej wsi" zostałam zderzona z przykrą prawdą - lubię historię, jednak nie na tyle, by fascynować się tym, jakie podatki płacili chłopi w średniowiecznej angielskiej wsi.
Wystawiam 5/10 i polecam prawdziwym fanatykom, a nie okazjonalnym hobbystom.

czwartek, 26 lipca 2018

"Content - elementarna cząstka marketingu. Kompletny przewodnik do content marketingu" Rebecca Lieb i Jaimy Szymański

Liczba stron: 288

Reklamy wyświetlane w otoczeniu wartościowej treści są o 42 procent bardziej efektywne. Ekspozycja reklamy w otoczeniu contentu premium sprawia, że staje się ona bardziej widoczna. Bardziej oznacza 52 procent. To naprawdę wiele w obliczu ślepoty banerowej, na którą cierpi współczesny użytkownik Internetu. Mniej niż 1 procent ludzi klika w banery. Przykłady na to,  że życie współczesnego marketera jest trudne można mnożyć. Tylko... Co można z tym zrobić? 

Odpowiedź na tak naiwnie zadane pytanie jest prosta i równie naiwna. Ludzie chcą kupować to co im się przyda, zaciekawi ich bądź zdumi. I takie powinny być reklamy. Gdy zobaczymy baner o treści - kup buty: kliknij. Co zrobimy? Nic, bo najpewniej go nie zauważymy. Współczesny użytkownik Internetu chce czytać teksty eksperckie, odpowiadające na coraz bardziej zaawansowane i skomplikowane pytania. Content marketing wie, o co pytają ludzie w Internecie i śpieszy z odpowiedzią, jednocześnie podsuwając gotowe produkty.
 "Content - elementarna cząstka marketingu. Kompletny przewodnik do content marketingu" jest to książka dla specjalistów marketerów, nie zaś dla osób, które zajmują się pisaniem contentu. Nie do końca rozumiem głosy osób, które 'NIE SPODZIEWAŁY SIĘ, MYŚLAŁY, ŻE DOWIEDZĄ SIĘ JAK PISAĆ BLOGASKA'. No nie, jest to kompendium wiedzy teoretycznej o tym jak działać i w ogóle dlaczego działać. Dlaczego nie poprzestać na reklamach w telewizji - na to pytanie odpowiada ""Content - elementarna cząstka marketingu". Ciekawym zagadnieniem, do którego wcześniej nie przywiązywałam uwagi, jest strategia contentowa. Nigdy do tej pory nie tworzyłam w mojej pracy czegoś takiego i content był zwykle robiony na bieżąco. Zgadzam się jednak z argumentami autorów, że ze strategią jest po prostu łatwiej. Ogólnie jestem bardzo za tym, by nim zaczniemy działać, chociaż w kilku słowach skonstruować swoją strategię. Często można spotkać się z problemem, że działamy, ale w sumie nie wiemy po co, a gdzie się firma/blog/cokolwiek znajdzie za 5 lat - los pokaże. Przy całym swoim profesjonalizmie książka jest po prostu przystępna, napisana bez lania wody, zawiera sporo ilustracji, tabel, wykresów, diagramów, które ułatwiają przyswajanie wiedzy. Nie ma mówienia dla samego mówienia, chociaż zauważyłam, że we słowa wstępu zostały powtórzone w późniejszym rozdziale (dziwne).Jest to zdecydowanie najlepsza, najbardziej wszechstronna książka o contencie, którą do tej pory czytałam. Nie jest nudna, nie jest przesadzona, opisuje tylko to, co istotne, podaje przykłady udanych kampanii content marketingowych. Problem ujęty został kompleksowo. Jestem bardzo zadowolona!Bardzo polecam specjalistom, juniorom, managerom i pasjonatom 

sobota, 14 lipca 2018

Filmowo #6


„Absolwent”
Młody chłopak –Benjamin nie ma pomysłu na dalsze życie po studiach. Nieoczekiwanie w romans wciąga go dużo starsza od niego pani Robinson.
Film kultowy, wielokrotnie nominowany do Oscara, koniec końców nagrodzony jedną statuetką. I tak naprawdę to nie wiem za co. Nie wiem zupełnie, co reżyser chciał powiedzieć i czy w ogóle cokolwiek chciał mówić. Może ja uparcie doszukuje się jakiegoś drugiego dna, a to po prostu historia niezwykłego romansu? Może to po prostu banalna historia kobiety w średnim wieku, która chce sobie udowodnić, że wciąż jest atrakcyjna i wykorzystuje w tym celu naiwnego chłopca. Tylko jaką rolę odegrała w tym jej córka? Co reżyser miał na myśli wprowadzając te postać. A raczej tę piękną kukłę, bo ekranowa Elaine jest tylko urodziwa. Stoi i jest kukłą bez charakteru, czy portretu psychologicznego.
Ale to nie jest zły film. Wykonanie jest genialne. Długie ujęcia, młody Dustin Hoffman i muzyka, która towarzyszyć mi będzie jeszcze długo. Ale nic poza tym. Dobry dramat obyczajowy z elementami groteski. 6/10

 

„Wybuchowa para”

Film, którego jedyną wartością jest umięśniona klatka piersiowa Toma Cruza i seksowne ciało w bikini Cameron Diaz. Momentami było nawet zabawnie. 3/10

 

„666 Park Avenue
 „666…” to taki soft horror. Z mroczną atmosferą. Mamy stary budynek z tajemniczymi przejściami i ukrytymi schodami, mamy duchy, zjawy, wizje, tajemniczą sektę, a to wszystko buduje tajemniczy i niepowtarzalny klimat. Aktorzy zostali świetnie dobrani, a muzyka wzmagała te delikatną grozę towarzyszącą oglądaniu odcinków. Podkreślę jeszcze genialną rolę Terry’ego O'Quinn’a (znanego z Lost). Wspaniale wykreował postać enigmatycznego właściciela Drake’a. Przez długi czas pozostaje niezdefiniowany pod względem moralnym, a jego pojawienie się na ekranie wywołuje dreszcz. Żałuję, że serial został anulowany. Najważniejsze wątki zostały domknięte, choć bardzo topornie. Ale drobniejsze wątki pozostały bez wyjaśnienia. Ostatnie epizody zostaną wyemitowane podobno w te wakacje, co bardzo mnie cieszy. Może wówczas wszystko zakończy się z klasą. 7/10

„Alcatraz”
Kolejny anulowany serial, który zaczęłam oglądać. Podoba mi się klaustrofobiczna atmosfera. Jest lekko mroczny, tajemnice nakładają się na siebie, a rozwiązanie zagadki powracających skazańców, popełniających morderstwa, nurtuje i przyciąga do dalszego oglądania serialu.
W większości gra aktorska mi się podoba. Nie odpowiadają mi tylko typowo amerykańskie zagrywki. Głowna bohaterka – seksowna blondynka, naturalnie sierota (widz musi jej współczuć i podziwiać, że kobieta bez rodziców tyle osiągnęła!), robi groźną minę, podczas scen w deszczu, uzewnętrzniania się pomiędzy rozwiązywaniem różnorakich spraw kryminalnych. Może jestem przeczulona, ale odrzuca mnie to.  Do tego serial po prostu jest nijaki. Nie wzbudza wielkich emocji. Autorzy lecą schematem i właściwie nie ma w sobie nic zaskakującego. Ogólnie na plus 5/10

niedziela, 1 lipca 2018

Żarcik i inne (bardzo różne) opowiadania - Antoni Czechow

Mam wrażenie, że Czechow lepiej realizuje się w dramatach. Dramaty, mimo że jednostajne, to mięsiste są od metafor. Z kolei opowiadania w książce „Żarciki”, choć ładne, to jednak jakieś takie niepogłębione, ledwie naszkicowane zostały, jakby były szkieletem, bez mięśni, tkanek, życia.

I to nie tak, że to opowiadania są złe, źle napisane, czy też nieciekawe. Pochłonęłam ją w czasie jednej podróży pociągiem, tak mnie wciągnęły! Ale było to jak patrzenie na nieistniejący świat, fantastykę niemalże. Bo choć emocje i zachowania, były bardzo realne i przystające do aktualności, to świat przedstawiony był obcy, zupełnie nie rozumiem Rosji początku wieku XX, jest dla mnie tworem niema egzotycznym i przez tę egzotykę nie potrafię dostrzec uniwersalności.

Czy „Żarciki” są zabawne? To zależy od poczucia humoru. Jeśli lubicie mroczny, przewrotny żart, mający na celu ocenianie postaw i zachowań innych, to tak, polubicie się z Czechowem. Wyśmiewa wady, jest bezlitosny dla ludzkich słabości, obnaża fałsz i obłudę, nie zostawiając suchej nitki na pozornie idealnych obywatelach. Jeśli Czechow stosuje żart, to tylko taki który wywołuje gorzkie parsknięcie, a nie radosny wybór wesołości. Porusza problematykę chociażby: małżeństw dla pieniędzy, czy też nepotyzmu oraz korupcji, z którą zmagała się Rosja w ówczesnym czasie. Ten zbiór opowiadań daje wgląd w tamtą epokę i wyjaśnia sytuację, z którymi musieli się zmagać Rosjanie. Tym samym publikacja ta jest także dobrym dokumentem historycznym.

„Żarciki” są przede wszystkim krytyką społeczną. W dalszej kolejności wszystkim innym. Język tekstu jest idealny. Bardzo wyważony, dozujący emocje, jasno stający po stronie konkretnej jednostki. To narrator mówi, co uważa za dobre, a co za godne pogardy. Bardzo podobały mi się opisy – nie występowały za często, ale gdy się pojawiały to były bardzo sugestywne. Przykładem był opis świecznika przedstawiającego nieobyczajną scenę.

Wydanie jest staranne jak każda publikacja wydawnictwa MG.

„Żarciki” to dobra książka, jednak nie zachwyca. Trudno odmówić Czechowowi bystrości spojrzenia, ale jednocześnie brak temu spojrzeniu świeżości. Niewiele odkrył, a jest w nim pewnego rodzaju gorycz. Jeśli lubicie gorzkie spojrzenie na świat, ludzi i życie – to coś dla Was. Jeśli wolicie patrzyć na zły świat z czułością, będziecie zirytowani tym, że Czechow nie dostrzega w ludziach dobra. Tylko zło.

niedziela, 10 czerwca 2018

Moje serce, mój wróg - Steiger A.J.

Bukowy las 
Liczba stron: 368

Myślałam, że na świecie nie istnieje powieść dla młodzieży, która mogłaby mi się podobać. Myślałam tak do czasu, aż nie sięgnęłam po powieść A. J. Steiger. Ta książka nie tylko porusza ważny temat, przybliża życie osób, które dotychczas były dla mnie zagadką, ale również jest przewrotnie napisanym romansem z nieoczywistym zakończeniem.

„Moje serce, mój wróg” opowiada historię uczucia rodzącego się między Alvie, która ma problem z dostowaniem się do społeczeństwa ze Stanleyem, który jest chory na nieuleczalną chorobę.

Główna bohaterka ma zespół Aspergera. Niby coś tam wiedziałam o tej chorobie, lecz tak naprawdę nie miałam pojęcia jakimi drogami chadzają myśli ludzi z tą chorobą. Dzięki „Moje serce, mój wróg” weszłam do głowy takiej niesamowitej osoby jak Alvie. Wciąż jej nie rozumiem, ale tak naprawdę czy trzeba wszystko rozumieć? Nie wystarczy akceptować i starać się poznać? Ja tak robię. Ja Alvie polubiłam w całej jej niezwykłości. W tym, że jest taka niedostosowana społecznie, w tym że kocha fizykę i uwielbia seriale fantasy. Nie rozumiałam wszystkich jej zachowań, ale nie ma to znaczenia. Jest świetna! Inteligenta, nieprzystosowana, genialna, deprymująca – taka jest Alvie.
Fantastyczne w tej książce jest to spotkanie się z czymś, co jest dziwne, nieznane, dla niektórych nienormalne. „Moje serce, mój wróg” oswaja inność, jednocześnie jej nie spłycając. To niesamowita umiejętność, która wymaga wrażliwości.

W książce tej jest wiele romansu – wszak chłopak, z problemami i to poważnymi, pojawia się na białym koniu (czy też o białej lasce) i układa Alvie życie. Z jednej stronie jest to powieść o wyobcowanych ludziach z problemami, którzy spotykają się w pewnym momencie  życia i postanawiają dzielić ze sobą samotność. Trudno jednak zaprzeczyć, że to Alvie jest tą gorzej przystosowaną, tą która wymaga pomocy i nie radzi sobie.

Problemy dotyczące rodziców zostały pokazane lekko pretensjonalnie, niemniej pasuje do treści i prowadzonej narracji. Ten problem został pokazany dość naiwnie, w przeciwieństwie do problemu zwierząt trzymanych w zoo. Pisarka, za sprawą przemyśleń protagonistki, przybliżyła uczucia towarzyszące zwierzętom trzymanym w klatkach, ich problemy psychologiczne, wzrastający poziom frustracji.

Fabuła nie jest szczególnie dynamiczna, ale dzięki temu po prostu poznałam Alvie i Stanleya. Ich postacie zostały doskonale nakreślone, a brak szczególnych wydarzeń i nieprzesadny dramatyzm sprawia, że to wszystko jest takie prawdziwe w swojej niezwykłości.

Nie dajcie się zwieść źle brzmiącemu tytułowi. Jest to cytat z książki „Wodnikowe wzgórze” i ma dużo głębsze znaczenie niż na pierwszy rzut oka można myśleć. Dlatego warto sięgnąć po tę książkę, nawet jeśli zwykle nie czytacie książek o tytule takim jak ten. Język jest prosty, a jednocześnie w łatwy sposób tłumaczy często zawiłe fizyczne problemy.

Zachęcam do zapoznania się nawet sceptyków – warto. 8/10

środa, 2 maja 2018

Hrabina Cosel - Józef Ignacy Kraszewski

Liczba stron: 200
Wydawnictwo MG



Hrabina Cosel” jest powieścią o intrygach. Nie ma w nich wyrafinowania, bynajmniej. Są to intrygi na polskim dworze, wynikające ze złej, małostkowej, podłej natury ludzi wówczas żyjących. Co tu dużo mówić. Są one siermiężne i łatwe do rozwikłania. Czy to źle? Czy wynika to z błędu pisarskiego? Absolutnie nie. Józef Ignacy Kraszewski daje lustro – nam Polakom, aktualne nawet teraz, zadając niemo pytanie, jak kraj ma funkcjonować, skoro jesteśmy do tego stopnia zdeprawowani i pozbawieni finezji? Nawet jeśli intrygujemy, to jest to tak przaśne, że wręcz żałosne...

Książka opisuje historię miłości Anny von Hoym i Augusta II Mocnego. Ona była żoną ministra skarbu, nieszczęśliwą w małżeństwie, została ukryta na wsi przez zaborczego męża. On był królem Polski i elektorem saskim, a o jego miłosnych podbojach krążą legendy. Ponoć miał ponad 300 nieślubnych dzieci. Piękna Anna zawróciła mu jednak w głowie na dłużej, czcił ją jak boginie. Cosel, jak twierdzi Krasiński, zbyt była dumna i szlachetna, by zostać po prostu kochanką (ja twierdzę, że zbyt była przezorna i perfidna), dlatego wymusiła na królu dokument, który czynił ją oficjalną konkubiną i żoną po śmierci królowej.

Jaka była Anna von Hoym, powszechniej znana jako hrabina Cosel? Narrator pragnie nas przekonać, że była to kobieta próżna, acz o woli nieugiętej i szlachetnym sercu. Czy można mu wierzyć? O to trudno, bo widząc szaleńczą radość i wykorzystywanie swojej pozycji, czułam nie tyle złość, ale współczucie. Ja hrabinie Cosel współczuję. Nie trzeba mieć tęgiej głowy, by wiedzieć, że główna bohaterka trzymając głowę zadartą wysoko, nie dostrzegła, że tanecznym krokiem dąży wprost do katastrofy. Walczyła o serce Augusta, jakby nie dostrzegając, że jego serce funta kułaków warte nie jest, a tym bardziej słowo. August był kimś w rodzaju trefnisia, w ogóle nie zwracający uwagi na to, co się dzieje w Polsce ani na świecie. Wszystko po nim spływało, ważne by uczty były wystawne, a kobiety wokół piękne. Był przykładem władcy strasznego, gdyż bezmyślnego i nieustannie szukającego rozrywki.

Nie potrafię powiedzieć, czy Cosel go kochała. Owszem był przystojny i czarujący, ale czy można kochać mężczyznę, który jest bałamutnikiem i się tym szczyci? A może Cosel zaakceptowała ten fakt i postanowiła, że wyciągnie z tego związku to, co może, nie przejmując się ani jego zdradami, ani kłamstwami...? Jakoś nie potrafię uwierzyć w szczere oddanie, bardziej w przebiegłą obłudę i szaleńczą potrzeb ocalenia swojego honoru – wszak nikt nie lubi być fraszką jedynie, nawet fraszką króla. Co nie znaczy, że Anny nie da się lubić. Jest niczym urocze dziecko – labilne, roześmiane, emocjonalne, próże, dumne, irytujące.

Ale nie tylko o miłość się tutaj rozchodzi! Ale też o kraj, o władzę, o Polskę – jest to wszystko obecne w tej książce, ale zdaje się jakby nie było istotne. Bo w gruncie rzeczy... nie było. Została przedstawiona perspektywa Augusta II Mocnego, który miał inne priorytety. Kraszewski doskonale to oddał. Książka, mimo wstawek historycznych, opisujących ówczesną sytuację, nie jest ani trochę nudna. Jest ich wystarczająco, by nawet ktoś kto nie fascynuje się historią, wiedział, o co chodzi, ale na tyle mało, że książka nie jest nudna.

Język tekstu jest wspaniały. Fantastycznie wprowadził mnie w tamte czasy, będąc jednocześnie zrozumiałym. Ma w sobie trochę poezji, czasem bywa prosty, ale nigdy banalny. Cudowne opisy sprawiły, że poczułam jakbym przebywała w Dreźnie ówczesnych lat.

Wydanie MG jest naprawdę piękne, okładka mnie urzekła, korekta w punkt.

piątek, 20 kwietnia 2018

Belladonna - Anne Bishop


tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska
seria/cykl wydawniczy: Efemera tom 2
wydawnictwo: Initium
data wydania: październik 2012
liczba stron: 416

Belladonna” to druga część serii o nazwie „Efemera”. Uważam, że kontynuacja plasuje się na identycznym poziomie, co poprzedniczka. Dostałam od tej książki dokładnie to, czego oczekiwałam.
Świat rozpadł się na kawałeczki. Stał się płynną substancją silnie powiązaną z ludzkimi sercami. Świat, czyli Efemera dostosowuje się do najgłębszych pragnień i zmienia się pod ich wpływem. W krajobrazach grasuje Zjadacz świata. Żywi się negatywnymi emocjami, które są przecież powszechne. Jedyną osobą, która może pokrzyżować niecne plany Zjadacza Świata jest Glorianna Belladonna. Choć jak się prędko okazuje, kobieta nie jest wcale taka osamotniona ze swoim darem. Poznaje innych podobnych do niej, z podobnymi problemami…

Dźwięk starych ran, bolesnych wspomnień, głęboko pochowanych lęków”.

Ten tom skupiony został na postaci Glorianny. Oczywiście bohaterowie z pierwszej części są istotnym elementem serii i przewijają się przez karty powieści. Główna bohaterka zaintrygowała mnie już w „Sebastianie” swoją incydentalną obecnością. Trochę tajemnicza, trochę zagadkowa i nierozpoznana. Poznawanie tej bohaterki było dla mnie bardzo interesujące. Ciąży na niej wielka odpowiedzialność. Ona doskonale zdaje sobie sprawę z misji, jaką musi wykonać i bierze na siebie to brzemię. Podkreśla ona wagę wypowiedzianych życzeń. Ukazuje także innym bohaterom, że większości decyzji raz podjętych nie można cofnąć. Reszta postaci tworzy ciekawy wachlarz charakterów. Niestety nowa postać, czyli Michael ukazał mi się jakoś dość nudny mężczyzna i nie wiem, co taka enigmatyczna, młoda kobieta jak Belladonna w nim widziała.

To moja tratwa, zbudowana z ułamków zniszczonego życia”.

O języku dokładniej pisałam przy części pierwszej. Styl tekstu jest prosty, a zarazem poetycki. Idealnie wpasowuje się w świat przedstawiony, dzięki czemu styk nie jest odbierany jako patetyczny.


Jeśli jestem skazany na mroczne miejsce, będzie to miejsce, które sam sobie wybiorę”.

Naprawdę nie chcę się powtarzać, ale światy, które tworzy Bishop są ogromnie oryginalne i w żaden sposób niepowielone. Od początku do końca stworzyła rzeczywistość w której żyją bohaterowie Efemery. Podziwiam ją za to. Poprzednia część poświęcona była rzeczywistości, jaką stworzyła Anne. Tym razem nasza wiedza o tej krainie została tylko delikatnie pogłębiona i usystematyzowana. Czytając „Belladonne” nie miałam żadnego problemu w zorientowaniu się w miejscu, którym się znalazłam. Autorka światy, które tworzy opiera na kobietach. To one są fundamentami, podwalinami, na których można coś budować i gwarantem bezpieczeństwa. To niewiasty w dziełach Bishop mają największy i najbardziej znaczący wpływ na akcję.
Autorka porusza także problematykę odrzucenia osób wyróżniających się. Życia, gdzieś na obrzeżach grup społecznych osób, które są inne. Ale także ważną kwestią przewijającą się w książce jest szukanie własne miejsca wśród ludzi i w świecie. Poszukiwanie własnego skrawka wszechświata, gdzie zostaniemy zaakceptowani. Wcale nie jest to takie proste, gdy się jest odmiennym.


Podróż życia. Po drodze wpływają na was inni, pomagają wam, krzywdzą was. Niektóre rzeczy zdarzają się, ponieważ na nie zasłużyliście. A inne dlatego, że z prądów Mroku wypływa okrucieństwo i podnosi się bez ostrzeżenia, zadając ból, raniąc, doprowadzając do tragedii, które mogę zniszczyć człowieka”.


Wątek miłosny był uroczy. Nie było zapowiadanego szumnie erotyzmu, ale ładnie i zgrabnie wpisał się on w atmosferę powieści. Lekko groźną, lekko filozoficzną, chwilami romantyczna.


Była wysublimowanym szaleństwem, cudowną wściekłością, boską obojętnością”.


To dobrze napisana powieść fantastyczna z nienachlanym wątkiem romansowym. Nie zawiodłam się. Mam nadzieję, że będzie wiedziała, kiedy skończyć, a nie tak jak w przypadku Czarnych kamieni, które mają już chyba tyle tomów, co Moda na sukces sezonów. Nie mogę doczekać się kolejnej części, mianowicie „Mostu snów. Głównym bohaterem będzie tym razem Lee – brat Glorianny. Darzę go sympatią, dlatego nie mogę się doczekać momentu, gdy poznam go bliżej.
6/10

sobota, 10 lutego 2018

"Dwudziestolecie od kuchni. Kulinarna historia przedwojennej Polski” Aleksandra Zaprutko-Janicka

Dodaj napis

Jaki obraz mamy przed oczami, gdy myślimy o przedwojennej Polsce. Prawdopodobnie widzimy pisarzy i poetów, którzy w tamtym czasie, przechadzali się uliczkami Warszawy/Krakowa/Lwowa, chłonąc niepowtarzalną atmosferę. Dwudziestolecie łączy się z dostojną Nałkowską, szalonym Witkacym i psychologiczną Kuncewiczową. W powszechnym przekonaniu dwudziestolecie międzywojenne było czasami piękna, szczególnego artyzmu i wyjątkowo dobrych manier. Kojarzy się nam ze wspaniałymi salonikami literackimi, na których cała śmietanka towarzyska bawiła się, omawiała problemy polityczne kraju i tworzyła historię.

O czymś zupełnie innym pisze Aleksandra Zaprutko-Janicka. Autorka skupia się nie na osobach uprzywilejowanych, spędzających czas na rautach. Zwraca uwagę na tę większą część społeczeństwa, która o zabawach mogła co najwyżej pomarzyć. Proste kobiety, które w dużej mierze całkowicie samodzielnie zarządzały chałupą lub gospodarstwem (zależnie na co mogły sobie pozwolić). Przemiany społeczne i możliwość pracy zawodowej często im (wbrew pozorom) nie sprzyjała, gdyż, mimo że dzięki pracy usamodzielniły się, to jednak tzw. obowiązki domowe wciąż zostały w 100 procentach na głowach kobiet.

Taki stan rzeczy skutkował tym, że kobiety wyrobiły sobie zmysł przedsiębiorczości. Zaprutko-Janicka pokazuje jak kobiety radziły sobie na dwa etaty, jednocześnie będąc pozbawionymi współczesnych udogodnień takich jak chociażby lodówka (co sprawiało, że podstawowe zakupy spożywcze musiały być robione bardzo często). To przedsiębiorczość zwykłych Polek sprawiała, że świat nie rozsypał się w posadach, gdy następowały polityczne zawieruchy. Wiele rodzin w tamtych czasach żyło w skrajnym ubóstwie i państwo Polskie nic z tym fantem nie robiło. Kobiety musiały nalewać z pustego w próżne, by wykarmić rodziny. Pisarka odziera z mitu Dwudziestolecie Międzywojenne, pokazując, że był to prawdziwie dramatyczny czas dla wielu rodzin, dla których jedyny posiłek mogła stanowić kora wymieszana z trawą.

Język „Dwudziestolecia od kuchni” jest fantastyczny. Prosty, lekki, publicystyczny. Publikację czytało się bardzo szybko. Autorka odwołuje się do źródeł, jednak nie czyni ze swojej książki hiperlinku do innych publikacji na ten temat. Dzięki temu odebrałam tę książkę bardziej jako fabularyzowaną historię wielu kobiet, aniżeli rozprawę naukową. To wielki plus, bo sprawiło to, że publikacja jest przystępna dla każdego.

Jednocześnie „Dwudziestolecie od kuchni” nie jest bardzo szczegółowe, ani rozwlekłe. Trudne tematy pisarka często omawia na ledwie kilku stronach. Przyczynia się to do pewnych uogólnień, ale jednocześnie upraszcza książkę, przybliżając ją do przeciętnego konsumenta. Według mnie można to uznać za zaletę, a w razie gdyby „Dwudziestolecie od kuchni” (nomen omen) rozbudziło apetyt można sięgnąć po którąś z pozycji wymienionych w bibliografii, które z pewnością będą bardziej szczegółowe i prezentowały omawiany problem w szerszym kontekście.

Bardzo interesującymi fragmentami książki były rozdziały o wprowadzaniu udogodnień w domach Polek takich jak gaz i elektryczność. Nie wiedziałam, że urzędy organizowały specjalne spotkania, na których kobiety mogły za darmo nauczyć się korzystać z tych nowinek.

Dwudziestolecie od kuchni” to fantastyczna publikacja, dzięki której mogłam wkraść się do domów przedwojennych kobiet. Odwiedziłam chłopskie chaty jak i domy zamożniejszych kobiet, które mogły pozwolić sobie nawet na... lodówkę! Wiem już jak wyglądało poprawne nakrycie stołu na przyjęcie gości, a także dowiedziałam się jak wówczas wyglądał wielkanocny koszyczek ze święconką. Poznałam także menu na święta Bożego Narodzenia i kto wie, może nawet wykorzystam niektóre dania? W razie gdybym potrzebowała informacji jak wywabić plamy z czerwonego wina to również sięgnę po tę książkę. Chociaż nie. Szybciej będzie, gdy użyję Internetu. Dodatkowym profitem są piękne zdjęcia i przedruki reklam pochodzących z tamtych czasów, dzięki czemu mogłam lepiej sobie zobrazować opisywane tematy.

Szczerze polecam tę książkę!


wtorek, 30 stycznia 2018

Dzikie łabędzie.Trzy córki Chin - Jung Chang

Dzikie łabędzie.Trzy córki Chin - Jung Chang

„Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin” Jung Chang

Całkiem prawdopodobne, że właśnie przeczytałam najlepszą książkę w 2018 roku. Podejrzewałam, że powieść ta przypadnie mi do gustu, nie podejrzewałam jednak, że do tego stopnia mną wstrząśnie i pochłonie. Stałam się częścią opisywanej rodziny i współodczuwałam wraz z nimi.

„Jednak jej największym majątkiem były krępowane stopy, zwane po chińsku „siedmiocentymetrowymi złotymi liliami”. Oznaczało to, że jej chód był jak „kołysanie się młodych pędów wierzby w wiosennych powiewach”, jak to ujmowali chińscy znawcy urody kobiecej. Widok kobiety kołyszącej się na krepowanych stopach miał działać na mężczyznę erotycznie, ponieważ jej bezradność budziła opiekuńcze uczucia w patrzącym”.

Miałam przyjemność poznać trzy pokolenia kobiet, których życia wpisują się w dramatyczną historię polityczną Chin.  Jung Chang tworzy opowieść o swojej babci, matce i o sobie samej, bardzo sprawnie pokazując jak życie ludzi zostało całkowicie podporządkowane politycznym machinom terroru. Pokazała także jak Chiny przekształcały się pod wpływem zmian politycznych. Chiny były wielkim buzującym tyglem napięć, konfliktów i wrogich frakcji, które walczą ze sobą o władzę i wpływy, nie przejmując się anonimowym człowiekiem, który cierpi. To anonimowemu człowiekowi autorka oddaje głos. Opisuje to dzięki przypadkowi swojej rodziny – ale co rodzina to osobny dramat. W małym preparacie badawczym, jakim jest jej rodzina, pokazuje losy całych Chin.

„Nawet okazywanie uczuć własnym dzieciom było źle przyjmowane — jako wyraz rozszczepionej lojalności. Każda godzina — o ile nie jadło się lub nie spało — powinna należeć do rewolucji i pracy. Wszystko, co nie było związane z rewolucją, jak na przykład noszenie dzieci na rękach, powinno trwać jak najkrócej„.
Książka ma sporą liczbę stron, ale jest to wskazane i bardzo słuszne posunięcie pisarki. Dzięki temu książka jest szczegółowa, wielowątkowa, opisująca dobrze atmosferę, zwyczaje, nastroje społeczne. Zupełnie inne było życie babci od życia chociażby jej córki, tym samym każda z tych kobiet przeżywała osobisty, prywatny i całkowicie osobne zdarzenia.  Nie dało się tego streścić w kilku słowach. Konieczne było dokładne oddanie atmosfery, tradycji i charakteru danego czasu. Wszystkie opisane kobiety zasługiwały na to, by potraktować je z czułością i zrozumieniem.  
„Zdolna kobieta potrafi zrobić posiłek bez żywności”.

Jednak to nie jest tylko smutna historia kobiet z tej rodziny. To także bardzo wnikliwy opis reżimu Mao Tse-tunga. Pokazane zostało jak kształtowała się boska cześć, którą otaczano wodza, opisane zostały polityczne machinacje, które prowadził, by utrzymać swoją bezwzględnej i prawie boską władzę. Jednak „Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin” skupiają się także na niższych urzędnikach i pokazują, co nawet niewielka ilość władzy robi z niegodnymi jej ludźmi. Kampanie Mao zostały  wykorzystane przez nikczemnych urzędników do osobistych celów, często wendet. Kraj pogrążył się w chaosie, ponieważ nikt nie mógł ufać nikomu – dzieci odwróciły się od rodziców, mężowie od żon, każdy oczekiwał, że druga osoba jest donosicielem.

„… rodzice dziewczynki sprzedają wędzone mięso. Uprowadzi i zamordowali wiele małych dzieci. Sprzedawali je potem jako mięso królicze po ogromnie wysokich cenach”.

Połączenie tych dwóch aspektów  tj. bardzo prywatnych zapisków dotyczących życia kobiet z aspektem politycznym dotyczącym całych Chin sprawia, że książka niesamowicie wciąga i w ogóle nie nudzi. Wielka polityka niezbyt mnie interesuje, ale to że została ona sprowadzona do poziomu zwykłego człowieka, który czuje, myśli i cierpi, sprawia, że stała się przystępniejsza, groźniejsza zarazem, bo to zupełnie inaczej usłyszeć, że na skutek głodu wywołanego błędnymi poczynaniami Mao Tse-tunga zmarło 30 milionów ludzi, a co innego, gdy poznajesz ich imiona, znasz ich historię i obserwujesz jak umierają przez puchlinę głodową. Partia wchodzi w każdy aspekt życia człowieka. Ingeruje w to, jak ludzie spędzają wolny czas, w co chodzą ubrani. Matka Jung jest krytykowana za to, że zdarzyło jej się płakać, gdy była wyczerpana marszem. Nie wolno jej było także płakać po poronieniu – płacz był wymysłem burżuazji. Wszelkie naturalne odruchy takie jak rozpacz, śmiech, radość, smutek były wyrugowane z życia społecznego.

„Ojciec jest bliski, matka jest bliska, ale nikt nie jest tak blisko jak przewodniczący Mao”.

Każde wydarzenie z osobna wstrząsa i jest osobnym dramatem – straszne jest gdy czytamy o tym, jak babci Jung (nie miała nawet imienia, nazywano ją –drugą córką) krępowano stopy. Opis zmaltretowanych stóp jest bardzo dosadny. Okazało się, że takie stopy, mimo że śmierdziały, były silnym afrodyzjakiem. Kobieta poruszała się na zdeformowanych stopach bezradnie, przez co mężczyźni mogli poczuć się przy nich bardziej męsko.  Straszne jest to jak matka Jung jest katowana, by przyznała się do niezawinionych win. Po pewnym czasie wszystkie te nieszczęścia układają się w łańcuch ciągłego smutku. Matka była jednocześnie rozsądna, ale też oddana komunizmowi bezgranicznie. Przedstawiona była jako osoba mocno ideowo zaangażowana. Wszystko co robiła, czyniła dla wyższego dobra. Ojciec zaś był przede wszystkim działaczem partyjnym, a dopiero potem mężem i ojcem. Miał bardzo sztywne zasady moralne i był wręcz fanatycznie uczciwy, nawet jeśli od kłamstwa zależało jego życie, to wolał cierpieć katusze, niż zrobić coś przeciw sobie. Dzięki temu została pokazana także pewna prawda o partii – partia komunistyczna to nie tylko bezduszni, straszni sadyści. To także dobrzy ludzie, którzy chcieli lepszego świata. I nadal pewnie chcą. . Dramatyczne były także losy Jung Chang. Kobieta opisała fakt, że odebrano jej dzieciństwo. Nie mogła zbuntować się przeciwko rodzicom, nie mogła się zakochać w sąsiedzie, nie mogła być próżna i skupiona na własnym wyglądzie. Cała jej energia i jej rodzeństwa skoncentrowana była na tym, by ratować lżonych i bitych rodziców przed szaleństwem.

„Obelgi związane z kobietą mają w języku chińskim graficzny, obrazowy charakter: „czółenko” (od kształtu narządów płciowych), przelewająca się lampa olejowa (zbyt często się „puszcza”) i zdarty but (często używana)”.

Wielość osób i wydarzeń przedstawionych w „Dzikich łabędziach” nie powoduje chaosu. Ta mnogość buduje epickość fabuły i daje pełny obraz sytuacji chińczyków. Jeśli pojawiało się uczucie chaosu, to wynikało ono z faktu, że życie w Chinach w tamtym czasie było chaotyczne, nielogiczne – jednego dnia spokojnie pracujesz i spędzasz dni z rodziną, następnego dnia jesteś oskarżony o to, że jesteś „uczniem kapitalizmu” bez dowodów.

„Przyjm, proszę, moje przeprosiny, które przychodzą o całe życie za późno”.

Polecam osobom, które tak jak ja fascynują się losem jednostki w historycznych zawieruchach. Podczas wojen i przewrotów tak łatwo zapomnieć, że zamordowany człowiek miał imię, nazwisko, rodzinę i przyjaciół. I ktoś po nim płacze. To prawdziwa epopeja, ujmująca problemy jednostki i całego kraju jednocześnie. Mimo swojej objętości bardzo wciąga. Mocno zżyłam się z bohaterkami i przeżywałam wszystkie ich wzloty i upadki (a tych drugich było więcej). Wiele dowiedziałam się na temat historii Chin i dostałam wgląd w psychikę Chińczyków i lepiej rozumiem to, dlaczego poddali się reżimowi Mao Tse-tunga. Polecam! 10/10

piątek, 5 stycznia 2018

Jaka piękna iluzja – Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską

Liczba stron: 264

Szczera rozmowa dwóch kobiet jest czymś, co najgłębiej mnie porusza. Rozmowy, w których spotykają się różne sposoby patrzenia na świat i postrzegania rzeczywistości dotykają mnie bardzo głęboko. Zwłaszcza takie rozmowy, w których obie panie są dla siebie łaskawe i pozwalają swoim myślom płynąć. Tulli razem z Dąbrowską skupiają się na emocjach i opowiadają o miłości, stracie, macierzyństwie i nie tylko. Bardzo ważnym tematem jest opresja.

Wydawać by się mogło, że ta rozmowa jest odrobinę sztampowa. Wszak powyższe tematy są... takie przegadane. Możliwe, niemniej Magdalena Tulli nadaje swoim przemyśleniom wymiar nieomal metafizyczny. Widać, że jej styl bycia ciągle orbituje gdzieś wśród poetyckości. Książka zachowuje formę wywiadu rzeki, jednak niewiele w niej „wywiadu” tradycyjnie rozumianego. To bardziej rozmowa, wymiana doświadczeń, przy jednoczesnym obdarowaniu Magdaleny Tulli mnóstwem przestrzeni na wypowiedzi. Jej odpowiedzi (używam nomenklatury właściwej tradycyjnym wywiadom) są obszerne i wielowątkowe. Tulli zahacza o wiele trudnych dla niej i dla nas tematów.

Książka podzielona została na 12 rozdziałów, a każdy z nich scharakteryzowano jednym słowem. Mimo że rozmowy mają ten punkt przewodni to jednak czuć taką spontaniczność, w przechodzeniu z tematu na temat oraz brak scenariusza, który narzucałby kolejne punkty do odhaczenia. Przy tym wszystkim rozmowa jest uporządkowana, nie czuć chaosu myślowego, a zarazem naturalna i swobodna – to naprawdę sztuka!

Dowiedziałam się, że Magdalena Tulli lubi muzykę i śpiewa w chórze. Miała nawet doświadczenia podobne do mnie – też musiała stać pod tablicą i śpiewać piosenki na ocenę. Gdy ja to robiłam czułam się upokorzona i zgnębiona, a moje gardło zaciskało się i ledwie mogłam wydać z siebie dźwięk. Pisarka miała to szczęście, że po latach spotkała swojego nauczyciela muzyki i mogła mu powiedzieć, co wówczas czuła – jednak nie zrobiła tego. Może i dobrze. Podobnie jak ja rozwiązuje konflikty - poprzez wycofywanie się. To także mój ogromny defekt – milczę, gdy powinnam się postawić.

Ciekawym aspektem są również aspekty polityczno-społczene poruszanie w tej publikacji. Tulli razem z Dąbrowską analizują to, czy Polska jest na etapie tracenia wolności i czy dwie tak agresywne frakcje, które można zaobserwować w Polsce, mogą żyć w jednym państwie. Porusza także tematykę uchodźców. Przyznaje, że codziennie myśli o uchodźcach i myśli o tym, że kto wie, czy kiedyś nie zdarzy się to nam. Tulli stała się czymś w rodzaju mojego głosu sumienia.

Bardzo poruszyła mnie wypowiedź Magdaleny Tulli: „Jeśli cierpienia nie są nagłe i gwałtowne, większe niż na co dzień, organizm umie tak zrobić, żeby ich nie czuć. Takie ciężary dźwiga się inaczej. Nie w rozpaczy, tylko w nieczuciu, w jakimś wewnętrznym ubóstwie”. Poruszyło mnie to i chcę poznać dokonania powieściowe Magdalny Tulli. Dodatkowo bardziej przyjrzę się karierze Justyny Dąbrowskiej, ponieważ bardzo podoba mi się styl prowadzenia przez nią rozmów. Irytuje mnie, gdy dziennikarze podczas wywiadów próbują zabłysnąć bardziej niż gość i zamiast skupić się na rozmówcy to przedstawiają swój punkt widzenia – na wszystko. W przypadku książki „Jaka piękna iluzja” coś takiego nie miało miejsca. Dąbrowska chciała się czegoś dowiedzieć o Tulli i nie próbowała zawłaszczać rozmowy. Jest dla mnie fantastyczną dziennikarką ze świetnym warsztatem.

Wydanie nie zachwyca. Książka zachwyca.

7/10

niedziela, 26 listopada 2017

Historia kotów - Madeline Swan

Nie jest tajemnicą, że kocham koty miłością szczerą, acz nieodwzajemnioną. Z wielkiej miłości zrodziła się potrzeba przeczytania "Historii kotów" autorstwa Madeline Swan. Sięgnęłam po nią i... przepadłam w gąszczu ciekawostek i kocich anegdot.

Swan zachowuje chronologię, tym niemniej bardziej niż na faktach skupia się na anegdotkach i pojawianiu się mruczących przyjaciół w tekstach kultury. Ich popularność na przestrzeni wieków może przypominać sinusoidę - koty doświadczały wahnięć popularności - od nienawiści i bezwzględnego mordowania, aż po czczenie w starożytnym Egipcie (któremu poświęcona została duża część książki).
Anegdoty i analizy, chociażby tekstów literackich, są bardzo krótkie, migawkowe wręcz. Przyznam, że to trochę dla mnie za mało. Chciałabym głębszego wniknięcia w problematykę kocią na przestrzeni wieków. Ponadto autorka posługuje się schematycznym myśleniem i postrzeganiem- dla przykładu koty lepiej pasują do pisarzy, bo psy są zbyt hałaśliwe. Pisarze, z tego co wiem, mają bardzo różne charaktery - są pisarze weseli, smutni, otwarci, zamknięci, rozrywkowi i introwertyczni. Nie jest tak, że jest jeden model pisarza, który Madeline Swan akceptuje, ludzie są różni, a ich charakterów nie determinuje zawód, który wybierają.

Przy tym wszystkim autorka w ciekawy sposób zgromadziła kocie opowieści w jednym miejscu, za co należą się jej ukłony. Z przyjemnością oglądałam obrazy, zdjęcia i ryciny przedstawiające koty z różnych wieków i kultur, a nawet zdarzało mi się uśmiechnąć w reakcji na opowieść o jakimś kocie. Jedną z moich ulubionych ciekawostek jest ta o bitwie o Palazjum Persów z Egipcjanami. Otóż Egipcjanie mieli dużą przewagę nad Persami, więc wyniki bitwy były nieomal przesądzone na korzyść Egipcjan. Persowie zadziałali jednak sposobem - przeczesali okoliczne wsie, nałapali kotów, dzięki czemu w czasie bitwy każdy żołnierz dzierżył pod pachą kota. Jako że Egipcjanie uważają koty za święte, żaden nie podniósł ręki na przeciwnika z kotem. Tym sposobem Persowie wygrali, zdawałoby się, straconą bitwę.

To ładna, miła i urocza książka. Została wydana bardzo starannie, okładka jest fantastyczna (mam torbę z tym obrazkiem : ) ) i z przyjemnością ją czytałam. Madeline Swan niestety nie ustrzegła się pewnych uogólnień w postrzeganiu kotów, a także nie pogłębiła, w mojej opinii, wystarczająco tematu. Mam wrażenie, że koty jeszcze czekają na biografię godną ich pozycji społecznej. Póki co - 7/10

środa, 1 listopada 2017

"Siedem dalekich rejsów" Leopold Tyrmand

"Siedem dalekich rejsów" Leopold Tyrmand
Liczba stron: 192
I co z tą książką zrobić? Historia sama w sobie jest taka... niewciągająca. Ale z drugiej strony jak może być wciągająca, przecież, jak klasyfikuje wydawnictwo, książka ta przynależy do serii "biblioteka wykształciucha". Widział kto kiedy wykształciucha, który czytałby ciekawą, na planie fabularnym, książkę? No, ja też nie.

A przy „Siedem dalekich rejsów” jest powieścią fascynującą. Leopold Tyrmand, w dzisiejszych czasach, mógłby pisać dialogi do... komedii romantycznych. Ale nie tych durnych, polskich pseudo-filmów, tylko do tych najlepszych, skrzących się inteligentnym żartem. Tyrmand wykreował w omawianej przeze mnie książce atmosferę ciągłego starcia się dwóch charakterów i erotyzmu. To wszystko na tle niebanalnej, a jednocześnie niewciągającej historii dotyczącej dzieła sztuki. I mimo że w tle rzeczywistość skrzeczy, jest groźnie, a Polska Ludowa przeraża swoją nieuchronnością, od Bałtyku wieje chłodny wiatr, to jednak najważniejsi w tej historii są ona i on.
Nie zamierzam przytaczać biografii Tyrmanda, kto ciekaw, sam znajdzie. Ważniejsza od biogramu jest dla mnie książka, która mimo niewielkiej objętości, serwuje wieloznaczne, niesztampowe postacie, które z przyjemnością się obserwuje jak robaki na szkle laboratoryjnym. Jak już wspomniałam książka liczy ok. 200 stron, ale mimo to czyta się ją niełatwo. Jest przeładowana dialogami, które chociaż błyskotliwe, nie popychają akcji naprzód. I dobrze, bo to przede wszystkim powieść o ludziach. A akacja... Jakie ma znaczenie akcja i jakiś durny obraz w obliczu erotycznego napięcia między dwojgiem ludzi? Nie jest to tylko sztuka dla sztuki, autor nie próbuje pokazać, że posiada talent do prowadzenia kunsztownych literackich rozmów. Pokazuje, że seks ma początek w głowie. I w głowie się kończy.
Wszystko to dzieje się w małym miasteczku. Małym miasteczku - nie Stephena Kinga. Nie ma tam mrocznej atmosfery. Jest to małe tyrmandowskie miasteczko, w którym każdy się zna, ale nikt nie wie o nikim nic "naprawdę". Wszystko jest przypuszczeniem, drugi człowiek nie interesuje nikogo, jest aura beznadziei, konieczności przeżycia do jutra. Jakoś.

Ładna ta książka, może nie najlepsza, ale naprawdę ładna - tym samym 7/10, ponieważ w pewnym momencie pojawia się chaos myślowy, brak porządnego rozwiązania akcji i solidnej puenty.


A na koniec Tyrmand na dziś, na jutro, oby nie na zawsze: "Dziś pesymizm nie jest ani wysiłkiem, ani niezależnością. Jest pierwszym wrażeniem po rozejrzeniu się dookoła. Stanowi najprostszy wniosek, jaki można wyciągnąć z obserwacji. Jest światopoglądem łatwiejszym. Ale dostrzegać dół kloaczny, zdawać sobie sprawę z jego głębi i smrodu, a mimo to pozostawać optymistą… to sztuka. Oto dumne bohaterstwo naszego czasu. Oto wspaniała, trudna, niebezpieczna, szlachetna ekwilibrystyka moralna, na którą tak niewielu może się zdobyć".

czwartek, 3 sierpnia 2017

Przeczucie – Tetsuya Honda

Przeczucie – Tetsuya Honda

Muszę przyznać, że kryminały to nie moja broszka. Nie chodzi o to, że mnie odrzucają, tylko nie wywołują na mnie wrażenia. Opisy zbrodni nie wstrząsają mną, ani nie powodują fikołków w żołądku. Wolę aspekt psychologiczny jeśli już. Po „Przeczucie” sięgnęłam z ciekawości. To coś innego, świeżego, jak mi się wydawało. Wiem, że niezbyt dużo kryminałów rodem z kraju kwitnącej wiśni jest wydawane w Polsce, więc chciałam zapoznać się z tym rzekomym Cesarzem Japońskiego Kryminału.


Główną bohaterką jest pani komisarz Reiko Himekawa. Jak na kobietę zajmuje wysokie miejsce w hierarchii policyjnej. Bada sprawę morderstwa mężczyzny, który został znaleziony w krzakach, zawinięty w folię, z ranami na brzuchu. Reiko, dzięki swojej niezwykłej intuicji, potrafi połączyć niełączące się na pozór fakty.

Akcja płynie powoli, zwłaszcza w pierwszej połowie książki. Honda wprowadza bohaterów, przekazuje informacje, prezentuje rozmowy z rodziną i znajomymi zabitego. Z wielu tych rozmów nic nie wynika, oprócz szkicowania tła i sylwetki zamordowanego. Ale także pokazuje to jak pracuje tokijska policja, charakteryzuje hierarchię występującą w szeregach japońskich stróżów prawa. Wielkim plusem jest tak skrupulatne i szczegółowe pokazanie metod pracy. Praca japońskich policjantów wydaje mi się dużo bardziej poukładana i zhierarchizowana niż Polaków.

Jeśli ktoś liczy, że poczyta sobie o zapierających dech w piersiach krajobrazach, to się rozczaruje. Autor nie poświęca Tokio zbyt wiele czasu, raczej jest to dla niego tylko miejsce akcji, które cechuje się określoną kulturą, ale mogłoby nim być dowolne inne duże japońskie miasto. Mnie to nie przeszkadzało, nie sięgnęłam po ten kryminał dla opisanych widoczków.

Sama fabuła jest bardzo ciekawa. Nie od razu mnie zaintrygowała, ale pisarz umiejętnie buduje napięcie. Kawałki układanki wyjawia niechętnie, a gdy to już robi, to konstrukcja układa się w całość. Niemniej jednak ja się nie domyśliłam, jakie będzie rozwiązanie. Było zaskakująco i ja się nie domyśliłam, co jest dla mnie ogromnym plusem. Widać, że zagadka kryminalna została gruntowanie przemyślana, więc jak dla mnie, bardzo duży plus za to.

Reiko opisana jest jako silna i nieustraszona kobieta. Niestety, tylko opisana. Z jej zachowań nie można za wiele o niej samej wywnioskować, jej postępowanie nie wskazuje szczególnie, by była aż tak silna, za jaką pragnie uchodzić. W gruncie rzeczy za cały jej charakter odpowiada trauma, którą przeżyła w wieku nastoletnim, a to jednak trochę za mało by stworzyć wielowymiarową i pełnowymiarową postać. Reszta postaci także niestety nie ma zbyt złożonych charakterów. Nawet „tak jakby” czarny charakter – Katsumata – składa się li tylko z tego, że gardzi kobietami i po trupach dąży do celu. Chociaż przyznaję, że jest on ciekawym bohaterem i mam nadzieję, że w kolejnych częściach nie zostanie zniszczony przez zbytni afekt do Reiko.

No i ta rzekoma intuicja. Nie żebym z niej kpiła – ale cóż – kpię. No po prostu nie zwołuje się płetwonurków, bo coś ci podpowiada kobieca intuicja. Po prostu nie, nawet jeśli koniec końców masz rację. Nie. Ponadto są oni schematyczni -  silna pani komisarz z mroczną przeszłością, zakochani w niej podwładni, wredny i ironiczny komisarz, który rzuca jej kłody pod nogi.

Cenna była początkowa rozpiska wszystkich bohaterów – naprawdę nie pamiętam większości imion  postaci. Tylko ona pozwalała mi jakoś poruszać się pośród nieomal identycznie brzmiących nazwisk.

Język jest prosty, jasny. Trochę nazbyt informacyjny, za mało opisowy. Niewiele emocji było opisane, co również, według mnie, jest minusem tej publikacji. Jednakże „Przeczucie” czyta się szybko i bezproblemowo.

Powieść Hondy wpisuje się w nurt powieści o policjantkach, które są dyskryminowane przez innych policjantów ze względu na płeć. Celują w tym amerykańskie pisarki takie jak pani Hamilton pisząca serię o Anicie Blake, czy też Nora Roberts, która opisuje przygody Eve z serii In Dead. Wydaje się jednak, że Honda poradził sobie z tym najlepiej. Pokazał to, nie jak ciekawostkę, lecz jako poważny problem społeczny, z którym kobiety w szeregach policji muszą zmagać się na co dzień. Doceniam.


Dobry początek serii. Mogłoby być lepiej, wierzę, że pisarz rozwinie postaci i nada im prawdziwe charaktery – 5+/10

sobota, 29 lipca 2017

„Niewidzialna” Sophie Jordan

Nie zachwyca mnie ta seria. Pierwsza część wydawała mi się bliźniaczo podobna do „Zmierzchu”. Może podobieństwo fabuły nie rzuca się tak bardzo w oczy, gdyż jakiś czas temu było tak, że każda książka zaczynała się podobnie – do szkoły przybywa nowy Ktoś. Bardziej przeszkadzało mi to, że znajdowałam w „Ognistej” sparafrazowane cytaty z dzieła Pani Meyer. Nie lubię takich trików, więc się delikatnie zraziłam. Niemniej czytałam zaledwie kilka opowiadań o smokach i byłam zainteresowana tym jak Jordan popchnie dalej temat.


„Nikt z nas nie jest samotną wyspą. (…) Czyny jednostki odbijają się na wszystkich”.


Jacinda popełniła karygodny błąd. Ujawniła się ze swoją smoczą naturą przed ludźmi. To, że zrobiła to, by uratować życie człowieka nie ma znaczenia. A wiadomość, że kocha tego mężczyznę, ściągnęłaby na nią jeszcze większe potępienie. Dziewczynka musi wracać do swojego stada. Nie jest tam przyjęta z otwartymi ramionami. W przeciwieństwie do jej siostry, która zyskała przychylność pobratymców, dzięki nowo odkrytym zdolnościom. Czy Jacinda odnajdzie się pośród ludzi takich jak ona? Czy będzie tęsknić za dawnym ukochanym Willem? Czy może otworzy serce na zawsze obecnego u jej boku Cassiana?
Nie byłam zachwycona pierwszą częścią. Teraz jestem porządnie rozczarowana. Pomysł na smoczą fabułę był wspaniały. Tyle można było wymyślić, przedstawić czytelnikom zwyczaje i tradycje tego gatunku i milion innych rzeczy. Ale nie. Dostajemy tylko od niechcenia podane informację na temat smoczych zwyczajów. Autorka jednak odpuściła sobie i wolała popisać o fascynującym trójkącie miłosnym. Wynudziłam się.


„Jesteś po prostu samolubną, wystraszoną dziewczynką, która woli lizać swoje rany niż żyć”.


Główna bohaterka jest niedojrzałym emocjonalnie koszmarem. Snuje się bez życia i opisuje swoje nudne rozterki i zajęcia w osadzie, które nie są w żaden sposób interesujące. Do pewnego stopnia potrafię ją zrozumieć – nikt nie lubi być pariasem, ale naprawdę trudno się o tym czytało. Ponadto niezdolna była do podjęcia jakiejś decyzji. Albo gdy już jakąś decyzję podjęła to chwilę potem się rozmyślała i kreowała misterne plany, by wyplątać się z kabał, w jakie się wplątywała na własne życzenie. Powinna podjąć decyzję i uporządkować swoje życie. Nie obchodzi mnie, w którą stronę, by poszła. Ważne, by jednak w którąś poszła, a nie miotała się bez końca. Ze swojego stada to uciekała chyba z dziesięć razy tylko po to, by się rozmyślić i wrócić… Żenujące. Czytanie o płytkiej, niezrównoważonej dziewoi obrzydło mi.
Co, by tu powiedzieć pozytywnego… Bo wychodzi na to, że ta książka to gniot. Niby nudny gniot, ale jednak czytało się szybko i okładka ładna ze skrzydełkami… Trójkąt miłosny jest nawet niczego sobie, szkoda tylko, że jest pierwszoplanowy. Książka składa się z rozterek Jacindy – kocham tego, lecz powinnam być z tamtym, ale tamtego kocha moja siostra, a ja kocham moją siostrę. Jaka ja jestem nieszczęśliwa! - były nie tylko nudne i monotonne, ale naprawdę żałosne. Poza tym autorka ma wyraźną słabość do jednego z męskich boków trójkąta. Na moje nieszczęście popieram inną konfigurację, przez to jestem skazana na rozczarowanie. Nic nie poradzę, że od słodkich jak miód słów Willa, wolę stateczną pewność Cassiana. Ten ostatni uwiódł mnie swoją nieustępliwością i opanowaniem.


Język tekstu jest dość dobry. Bardzo prosty, niewymyślny, dzięki temu książkę czyta się naprawdę szybko, mimo powolnej akcji skupionej wokół rozterek głównej bohaterki.



Na książce poważnie się zawiodłam. Znużyła mnie. Akcja w porównaniu z pierwszą częścią wyraźnie zwolniła, a głównej bohaterce mam ochotę wydrapać oczy i podciąć skrzydła, żeby w końcu dowiedziała się, że za błędy się płaci i nie zawsze można wyjść „na farcie” z każdej opresji. Mimo wszystko nie było tak najgorszej. 4/10  

środa, 19 lipca 2017

Bezsenność na Manhattanie – Sarah Morgan

Powiedzieć o Sarze Morgan, że jest płodną pisarka to nic nie powiedzieć. Ilości książek, które produkuje przechodzą ludzkie pojęcie! W „ Bezsenności na Manhattanie” zdradza, że napisała już siedemdziesiąt pięć romansów. Widać, że kobieta ma wprawę w pisaniu takich powieści. Mało tego – doskonale się w tym czuje i widać, że pośród miłosnych wyznań, niejasnych uczuć i skomplikowanych relacji międzyludzkich czuje się jak ryba w wodzie.


„Bezsenność na Manhattanie” ma wszystko, by być doskonałym romansem. Jest to powieść lekka, ale poruszająca ważne tematy. Mamy tutaj skrzywdzonego mężczyznę i kobietę, która go uratuje. Magiczna różdżką uleczy rany na jego duszy i wszystko skończy się szczęśliwie. Zakończenie jest pozytywne, nie tylko dlatego że miłość wygrywa, ale też dlatego, że książka sugeruje, iż każdy kto ma jakiś talent i posiada pasję – odniesie sukces.


Polubiłam bohaterów, chociaż Jake mnie irytował. Jego problemy psychiczne zostały dość uproszczone, a przez to te jego rzekome problemy z uczuciami były co najmniej kuriozalne. Natomiast bardzo polubiłam Frankie i już wiem, że przeczytam kolejną część, gdyż w niej jest opisana jej historia miłosna. Podoba mi się jej cyniczny charakter i to, że do wszystkiego podchodzi racjonalnie i bez sentymentów. Liczę na to, że mimo iż znajdzie ukochanego, to pozostanie taka zadziorna i rozsądna. Miasto zostało ciekawie przedstawione, chociaż oczywiście jest to tylko powierzchowne.



Okładka jest naprawdę czarująca. Niesamowicie się prezentuje! Font jest duży, wygodnie się czyta, a strony tekstu same przelatują między palcami. Lekka i przyjemna powieść, jeśli potrzebujecie czegoś niezobowiązującego. Polecam.  

poniedziałek, 10 lipca 2017

„Winter” Asia Greenhorn

Babcia tytułowej bohaterki niespodziewanie trafia do szpitala. Dziewczyna jest nieletnia, dlatego trafia do rodziny zastępczej. Nowe miasto, nowi znajomi, nowa szkoła, tajemnica do odkrycia i enigmatyczny chłopiec do kochania.


Książka jest bezgranicznie denna. Fabuła, jak widzicie powyżej, jest sztampowa, a bohaterowie nudni. Winter to typowa siedemnastolatka, bez wykreowanego charakteru, z miejsca zakochująca się w niebezpiecznym chłopaczku. A on taki „tajemniczy”, taki „mroczny” taki „ zagadkowy”… Wszystkie postacie zlewają się w jedno. Żadna nie jest dostatecznie scharakteryzowana, ażeby były godna zapamiętania.


Fabuła tego „dzieła” także nie jest godna zapamiętania. Nudna, bez polotu i inwencji. Nie wciągnęła mnie i wlokła się. Nawet śmiesznie krótkie rozdziały nie zdynamizowały tej powieści.


Język „Winter” jest fatalny. Brak nastoletnich neologizmów, ale styl jawi mi się jako niewprawny, zwyczajnie nudny, nieciekawy. Autorka nie potrafi swoimi słowami wykreować świata. Nie nadaje się na pisarkę. Powinna zmienić profesję. Dialogi sztuczne, a postacie sztywne. Tłumacz nadużywa słowa „kontemplacja”. Dodam jeszcze, że w tekście zdarzają się błędy językowe i interpunkcyjne. Szczególnie tymi językowymi jestem zdegustowana. Podkreślę jeszcze jedną kwestię dotyczącą polskiego wydania, mianowicie brak tłumaczenia walijskich sformułowań. Nie wiem, dlaczego wydawnictwo doszło do wniosku, że każdy zna język walijski i nie potrzebuje tłumaczeń. Ja potrzebuję.


Ta powieścią kończę etap mojego życia wypełniony paranormalnymi powieściami. Więcej już nie zniosę. Może powinnam być wdzięczna Asia Greenhorn, za to że pisze tak niskich lotów powieści. Dzięki niej wyewoluowałam. 1/10



sobota, 25 lutego 2017

"Dziewczyna którą kochałeś" Jojo Moyes

Liczba stron: 512




Zainteresowania Moyes są naprawdę szerokie. W swoich powieściach, oprócz romansu, porusza tematyki tabu. W „Zanim się pojawiłeś” omawia problem eutanazji i prawa do niej ludzi, którzy nie mogą się ruszać, w „Dziewczynie, którą kochałeś” opowiada o wojennych romansach między wrogami, a także o problemie odzyskiwania zrabowanych w czasach wojny obrazów.

W czterech niemieckich miejscowościach (Gallenbach, Landshut,Inglostadt, Pfaffenhofen) znajdują się pomniki ku czci miłości. Ja je tak nazwałam, bo mnie to wzrusza. Pomniki te poświęcone są Polakom i Polkom, którzy utrzymywali intymne relacje z Niemcami. Dobrowolnie. Z miłości. Drugą stroną medalu było to, co czyniono z Polkami na ziemiach polskich, ale też we Francji i w Belgii. Hłasko opisuje bardzo dokładnie, jak golono głowę i zgwałcono dziewczynę butelką za kontakt z okupantem.


Akcja toczy się dwutorowo. Opowiada o dwóch bohaterkach, które łączy obraz „Dziewczyny którą kochałeś”. Obie bohaterki w pewnym momencie dotyka odium niesławy. Zostają wyobcowane ze swoich środowisk, a ludzie nimi gardzą. Sophie musi radzić sobie z romantycznym zainteresowaniem swojego wroga. I choć sama go do tego nie zachęca, to ludzie wiedzą swoje. Oskarżyli ją, wydali wyrok i dokonują egzekucji – naraz. Liv po śmierci męża zmaga się z problemami finansowymi. Gdy dowiaduje się, że posiada przedmiot innej rodziny, ukradziony w czasie wojny. Jej mąż kupił obraz w dobrej wierze i jest to dla niej po nim pamiątka po zmarłym. Gdyby oddała obraz to otrzymałaby nie tylko rekompensatę, ale też uchroniła swoje nazwisko przed ogólną społeczną niechęcią. Liv nie chce jednak oddać obrazu. Czy warto aż tak poświęcać się dla przedmiotu?

Postaci są dobrze wykreowane, lecz nie do końca rozumiałam Liv. Jej ogromne przywiązanie do „Dziewczyny którą kochałeś” było wręcz obsesją, której nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Nie rozumiałam jej poczynań. Sophie była dla mnie bardziej zrozumiałą postacią. Zależało jej na obrazie, ale nie w tak opętańczy sposób. Miała jasną, dla mnie, hierarchię wartości – najpierw życie, bezpieczeństwo, pożywienie dla siebie i rodziny, potem przedmioty.

Przeszkadzał mi nagły przeskok między narracjami. Przez prawie pół książki poznaję historię Sophie, a potem nagle przenoszę się do współczesności. Zapewne miało to na celu urozmaicenie, ale głównie mnie zirytowało. Bardzo. Wciągnęłam się w historię Sophie, a nagle zostało to brutalnie przerwane.

Postacie drugoplanowe zostały świetnie stworzone. Każda miała indywidualny charakter i wiele wnosiła do powieści. W samej historii przeszkadzały mi zadziwiające zbiegi okoliczności, niczym w słabych komediach romantycznych.

Język jest poprawny, chociaż, jeśli chodzi o warstwę przeszłości, to nie został wystylizowany. Niemniej jest prosty, jasny, dostępny dla każdego. Okładka jest estetyczna, ale jakie ma powiązanie z treścią, to nie wiem...






czwartek, 1 grudnia 2016

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć - kolorowanka


Jestem jedną z tych osób, których największą pasją jest czytanie. Ostatnio polubiłam się z audiobookami i kolorowanie to czynność towarzysząca słuchania powieści. Kolorowanka „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” towarzyszy filmowi o tym samym tytule. Co jak co, ale Rowling wie, że seria o Harrym Potterze jest kurą znoszącą złote jajka i „prawdziwy” Potteromaniak nie odpuści – ani kolorowanki, ani, tym bardziej, filmu.

Co myślę o kolorowance? Podoba mi się. Papier jest dobry. Fantastycznie, że jest biały i gładki, a nie chropowaty albo żółtawy. Bardzo dobrze się na nim pracuje. Akceptuje wszystkie kredki, choć przy kolorowaniu na mokro pojawiły się fale Dunaju. W połączeniu z tym, że kolorowanka jest dwustronna – niezbyt fajnie. Poziom trudności jest zróżnicowany co także uznaję za plus. Obrazkom ciut brakuje klimatu, może też miałam takie wrażenie, gdyż film nie przypadł mi do gustu. Dlatego też raczej nie ruszałam kadrów z filmu, wolałam ilustracje przedstawiające zwierzęta.